Michał Jędryka: Zatrucia ołowiem były tajemnicą poliszynela
- Huta była oczkiem w głowie towarzysza Zdzisława Grudnia, sekretarza komitetu wojewódzkiego PZPR. Dlatego lekarki musiały wymyślić sposób, by pomóc dzieciom, ale działać na tyle przezornie, by jeden towarzysz z drugim nie postanowili zamieść sprawy pod dywan. Myślę, że przyjęły najlepszą strategię, a mianowicie - działały spokojnie. Najpierw zdobyły dowody na to, że problem rzeczywiście istnieje - mówi Michał Jędryka, pisarz, scenograf i malarz, autor książki "Ołowiane dzieci". Rozmawiamy przy okazji premiery serialu "Ołowiane dzieci" (11.02, Netflix).

Katarzyna Pruszkowska, Interia: Czy zatrucia ołowiem zaczęły się na Górnym Śląsku dopiero w latach 70. XX czy problem ten istniał już wcześniej?
Michał Jędryka: - Powiedziałbym, że znacznie wcześniej - bo już w XIX wieku, kiedy na tych terenach zaczęły funkcjonować pierwsze piece do wytapiania ołowiu. Robotnicy pracowali wtedy w naprawdę prymitywnych warunkach, bez żadnej ochrony w postaci odzieży czy masek, a na dodatek wielu z nich nie miało gdzie mieszkać, więc nocą spali przytuleni do nagrzanych pieców. Dlatego właściwie przez całą dobę byli narażeni na kontakt z ołowiem. Pośrednim dowodem na to, że już wtedy mieszkające w okolicy dzieci były narażone na zatrucie metalami ciężkimi, było otwarcie w Szopienicach pierwszej szkoły specjalnej, co miało miejsce już na początku XX wieku. Nie sądzę, żeby niemieccy kapitaliści byli z zamiłowania filantropami, którym jakoś szczególnie zależało na polskich dzieciach; raczej tych dzieciaków było na tyle dużo, że trzeba było zareagować, gdzieś je umieścić.
- Oczywiście nie wszystkie dzieci trafiały do placówki, część zostawała przy rodzinach, które traktowały je jako dopust boży. Ale wtedy rodziny były wielodzietne, więc to, że jedno dziecko było bardziej wątłe i anemiczne, raczej nikomu nie spędzało snu z powiek. A to, że praca z ołowiem wpływa na zdrowie, nie było zresztą wśród pracowników tajemnicą. Tyle że huta z jednej strony była trucicielką, a z drugiej, znacznie wtedy ważniejszej, żywicielką. Pozwalała zarobić na chleb i dach nad głową, przywracała sprawczość i godność. Jeśli ceną były kłopoty ze zdrowiem, ludzie byli gotowi ją płacić - przede wszystkim dlatego, że po prostu nie mieli innego wyjścia.
W latach 70. XX wieku huta nadal znaczyła tak wiele?
- Jak najbardziej - nawet kiedy było już wiadomo o zatruciach, ludzie wcale nie chcieli zostawiać swoich domów w jej pobliżu i przenosić się do mieszkań zastępczych. Huta dawała nie tylko pracę, ale i szereg świadczeń socjalnych - za Gierka była już dość dobrze rozwinięta przyzakładowa medycyna pracy, można było wyjechać na wakacje do jednego z domów wczasowych, na przykład do "Storczyka", wysłać dzieci na kolonie, brać udział w wydarzeniach kulturalnych, wycieczkach, piknikach. Ludzie często czuli się wręcz dumni, że reprezentują zakład pracy i często nie wiązali dolegliwości swoich czy dzieci z pracą w hucie.
- Po premierze książki oprowadzałem po okolicy huty Anię Dudzińską, reporterkę z radiowej Trójki, która ma niebywałego nosa do bohaterów. W pewny momencie podeszła do jakiejś starszej pani i zaczęła ją wypytywać o hutę. Okazało się, że trafiła - pani pracowała w hucie, więc zaczęła opowiadać, jaka to była dobra praca, jakie ciekawe miejsca zwiedziła właśnie dzięki tym zakładowym wycieczkom. Na koniec Ania zapytała, czy mąż również pracował w hucie - a kiedy się okazało, że tak, rzuciła, że pewnie i on jest już na emeryturze. Na co pani odpowiedziała, że gdzie tam, mąż już dawno nie żyje, bo jak rzucili go na oddział z jakimiś zbiornikami, to zachorował na płuca i parę miesięcy później zmarł. Właśnie ten rozdźwięk między huta-wspaniałą, a hutą-trucicielką utkwił mi w pamięci, bo dla tej zaczepionej pani nie istniało żadne powiązanie między pracą w hucie, a chorobą męża. Zresztą sam rozmawiałem z emerytowanymi pracownikami huty i mówili mi, że z jednej strony rozumieli, co o stanie zdrowia ich dzieci mówią lekarki, ale trudno im było tak po prostu "obwinić" hutę. Za dużo jej zawdzięczali.

Dlaczego to właśnie w latach 70. XX zaczęto interesować się problemem potencjalnych zatruć ołowiem?
- Myślę, że złożyło się na to wiele czynników. Mam przypuszczenia, oczywiście niepotwierdzone, że ponieważ w tamtym czasie w przemyśle potrzeba było dużo ołowiu, do wytapiania zaczęto używać surowców coraz gorszej jakości - jakichś starych akumulatorów czy innych świństw. Poza tym to były czasy, kiedy nadal panował kult pracy, a na zjazdach partii głośno chwalono się wszystkimi wynikami "ponad normę". Sądzę, że to mogło wpływać na decyzje kierownictwa i pracowników, np. w tamtym czasie stosowano już filtry, choć to dość poważane określenie na zwykłe jutowe worki nakładane na piec, żeby ograniczyć zapylenie okolicznych dzielnic. A wiadomo - taki worek sprawia, że ciąg jest gorszy, piec dymi, więc i produkcja idzie gorzej. Podejrzewam, że mogło tak być, że robotnicy się wkurzali, bo te działania opóźniały im robotę, więc te filtry ściągali. Oczywiście nie ze złej woli, ale właśnie po to, żeby wyrobić normy.
- Jeszcze innym powodem była zwykła nieświadomość problemu połączona z brakiem higieny. Słyszałem opowieści o tym, że pracownicy huty co prawda dostawali z zakładu odzież ochronną, ale najpierw pracowali w niej kilka dniówek, a potem zanosili do domu. A tam żona wrzucała ją do pralki razem z ubrankami dzieci. Zresztą nie tylko dzieciaki, których rodzice pracowali w hucie, miały kontakt z ołowiem - wystarczyło, że wychodziły na zewnątrz i bawiły się w "piasku", który, według opowieści dr Jolanty Wadowskiej-Król, był niskoprocentową rudą ołowiu. Już pomijam to, że dzieci, jak to dzieci, często pakują do buzi brudne ręce, ale w domach, które przylegały do huty, nie było nawet łazienek, a więc możliwości porządnego umycia się. Na przykład ja, wg definicji pani doktor, nie byłem "ołowianym dzieckiem". A to dlatego, że mieszkałem w "nowoczesnym" bloku - to znaczy takim z łazienką.
Jakie były objawy ołowicy?
- Z perspektywy dzieciaka, którym wtedy byłem - nie było żadnych. Nikt w klasie nie dostawał drgawek, nie zwijał się z bólu, nie toczyła mu się piana z ust. Takim "objawem" była znikająca klasa - ktoś chodził do szkoły, a pewnego dnia znikał i nie było go przez rok. Albo z dwóch klas robiła się jedna.
- Ołowica, czyli zatrucie ołowiem, nie boli. W początkowej fazie w zasadzie jest bezobjawowa, chyba, że się wie, na co patrzeć - dzieci nią dotknięte są na ogół mniejsze od rówieśników, mają znacznie słabszą odporność, charakterystyczny chód. Poważniejsze objawy pojawiają się po długim czasie ekspozycji - charakterystyczne są czarne dziąsła, drgawki, zaburzenia świadomości. Przebieg jest różny i zależy nie tylko od tego, jak długo dziecko było narażone na kontakt z ołowiem, ale i od indywidualnych predyspozycji. Na przykład mój dziadek pracował w hucie, choć nie fizycznie, i żył ponad dziewięćdziesiąt lat w dobrym zdrowiu.
Jak doszło do wykrycia ołowicy?
- W przychodni w Dąbrówce Małej, do której jako dzieciak należałem, zaczęło przybywać dzieci z ciężką, przewlekłą anemią, która była oporna na leczenie. Lekarki wysyłały je do szpitala w Zabrzu, w którym pracowała dr Bożena Hager-Małecka, zwierzchniczka dr Jolanty Wadowskiej-Król. W szpitalu wyniki dzieci się poprawiały, więc wypisywano je do domu. A one po jakimś czasie znowu wracały do przychodni rejonowej - oczywiście z anemią. Przełomem był wyjazd dr Bożeny Hager-Małeckiej na jakąś zagraniczną konferencję, podczas której omawiano przypadek bardzo podobny do tych z Dąbrówki. Jakiś chłopiec bawił się ołowianymi żołnierzykami, a potem zachorował, objawy były takie i takie. Profesor oczywiście powiązała fakty, a po powrocie z konferencji przyjechała do Dąbrówki, a to się nie zdarzało często, żeby konsultantka wojewódzka osobiście się fatygowała do jakiejś małej przychodni. No i tam powiedziała Jolancie Wadowskiej-Król, że mają problem, bo coś, co do tej pory było uważane wyłącznie za chorobę zawodową hutników, przybrało rozmiary epidemii wśród dzieci.
Czyli: sztandarowy zakład pracy, który dostarcza surowce pod budowę państwa socjalistycznego, truje okoliczne dzieci. Jakie działania w tak trudnej sytuacji podjęły lekarki?
- Mało tego - huta była oczkiem w głowie towarzysza Zdzisława Grudnia, sekretarza komitetu wojewódzkiego PZPR. Dlatego lekarki musiały wymyślić sposób, by pomóc dzieciom, ale działać na tyle przezornie, by jeden towarzysz z drugim nie postanowili zmieść sprawy pod dywan. Myślę, że przyjęły najlepszą strategię, a mianowicie - działały spokojnie. Najpierw zdobyły dowody na to, że problem rzeczywiście istnieje - prowadziły badania przesiewowe i porównawcze, które czarno na białym pokazały skalę zatruć. Tym zajmowała się głównie Włodkowska - Król, a zadaniem Hager-Małeckiej była próba dotarcia do decydentów. Najpierw o pomoc poprosiła Jerzego Ziętka, który był wojewodą katowickim, a przy okazji szczerze nienawidził towarzysza Grudnia. Znali się, bo Ziętek był towarzyszem broni ojca lekarki w Powstaniu Śląskim, a ona leczyła dzieci wojewody. To właśnie dzięki Ziętkowi o sprawie dowiedział się sam Gierek.

- Początkowo nie było wiadomo, jak on zareaguje, bo to były czasy "gierkowskiej prosperity" - ludziom żyło się trochę dostatniej po ulicach zaczęły jeździć małe Fiaty, w sklepach można było kupić Cola-Colę, piwo w puszkach, słodycze. W telewizorze mówili, że Polska jest siódmą potęgą świata w wydobyciu węgla i produkcji stali. No i nagle przychodzi jakaś lekarska z Katowic i mówi, że ten wspaniały przemysł, chluba kraju, zabija polskie dzieci. Nic dziwnego, że trudno było przewidzieć, jak zareaguje Gierek. Jolanta Wadowska - Król opowiadała mi, że kiedy Hager-Małecka została wezwana do komitetu partii, nie wiedziała, czy za drzwiami czeka dwóch tajniaków, którzy ją wywiozą w nieznanym kierunku, czy ktoś, kto pogratuluje jej obywatelskiej postawy.
Okazało się, że władze jednak jakoś przełknęły informacje o zatruciach.
- Tak, i muszę przyznać, że sam byłem zaskoczony, jak szybko działania odważnych kobiet przyniosły rezultaty. Od momentu, w którym zidentyfikowano problem, do pierwszych turnusów w prewentoriach na Kubalonce minął zaledwie rok. Oczywiście nie przyznano oficjalnie, jaki jest powód - komunikat był taki, że władze dbają o zdrowie dzieci i młodzieży, więc w różnych rejonach kraju prowadzi się rozmaite badania porównawcze. To była oczywiście bzdura, w PRL-u nigdy nie prowadzono jakichś ogólnokrajowych badań stanu zdrowia dzieci i młodzieży, ale to było w zasadzie nieważne, bo pod tą przykrywką podejmowano realne działania. Sam Ziętek znalazł trochę mieszkań socjalnych dla rodzin, które mieszkały najbliżej huty i w których chorowały dzieci, a potem władze przekazały kolejne lokale na osiedlu Franciszka Rybki, jak się wtedy mówiło w Szopienicach o osiedlu Morawa. Jakiś czas później zburzono targowisko w pobliżu Huty, powoli wygaszono też produkcję, bo okazało się, że technologia jest przestarzała i ekonomicznie nieopłacalna.
Czym były prewentoria i jak były zorganizowane?
- Prewentoria zorganizowano w sanatoriach w Rabce, na Kubalonce i w innych miejscach Beskidu Śląskiego, w których wcześniej leczono dzieci chore na gruźlicę, co zresztą było pomysłem Jerzego Ziętka. No więc naprędce przygotowano oddziały dla dzieci chorych na ołowicę - dzieciaki się tam uczyły, miały różne terapie, bawiły na świeżym powietrzu. Zazwyczaj to nie było jakieś intensywne leczenie, bo takie prowadzono w szpitalach - największe znaczenie miał sam pobyt z dala od źródła ołowiu, bo właściwie na tym polegają działania prewencyjne. Wiem, że pobyt dla wielu dzieci nie był łatwy - mógł trwać od kilku miesięcy do roku, sale były wieloosobowe, rodzice przyjeżdżali rzadko. Dokopałem się nawet do raportu z jednego z prewentoriów, w którym zapisano, że pewien uczeń drugiej klasy pewnego dnia wyszedł z ośrodka i po prostu poszedł do domu. A miał stamtąd 100 kilometrów! Najwyraźniej dziecko miało dość prewentorium i po prostu chciało wrócić do rodziny.
Co o takich "znikających dzieciach" mówiono tym, które pozostały w szkole?
- Przeważnie jakieś warianty zdania "a co cię to obchodzi? Nie interesuj się, to nie twoja sprawa". Efekt był oczywiście taki, że wymyślaliśmy własne scenariusze - od takich w miarę realistycznych, do zupełnie nieprawdopodobnych, trochę rodem ze "Stranger Things". Często podejrzewana była legendarna czarna wołga, na widok której dzieci naprawdę krzyczały z przerażenia.
- Myślę też, że takie "znikanie" obywateli było w jakimś stopniu normalne - rozmawiałem kiedyś z Arkiem Jakubikiem (aktor, lektor, reżyser, który czyta audiobook "Przemilczana epidemia") który urodził się w Strzelcach Opolskich. Powiedział mi, że z jego klasy również znikały dzieci, jednak dlatego, że ich rodzice podjęli decyzję o wyjeździe do Niemiec. To był taki czas, kiedy rząd RFN-u płacił po kilka tysięcy marek za głowę, w ramach akcji łącznia rodzin, więc władze się tym wyjazdom jakoś specjalnie nie sprzeciwiały, bo mogły zarobić. Nawet w mojej klasy koleżanka i kolega wyjechali właśnie na takiej zasadzie.

Czy za zajęcie się problemem zatruć lekarkom groziły jakieś represje?
- Czasy wywózek na Sybir i strzelania do ludzi już wtedy minęły, ale władze mogły wyciszyć sprawę choćby przenosząc Wadowską - Król do innej przychodni, gdzieś na końcu Polski, dajmy na to - do Drawska Pomorskiego. Czasy były takie, że albo by pojechała, albo nie miałaby pracy, więc trudno mówić o wyborze. Natomiast uważam, że w przeciwieństwie do Hager-Małeckiej, która napisała kilka prac na temat "ołowianych dzieci" i której ta sprawa w jakimś stopniu pomogła w karierze zawodowej, Wadowska - Król na tym straciła. Od początku zbierała materiały, na podstawie których chciała napisać pracę doktorską, zresztą właśnie u Hager-Małeckiej. Jeśli to by się powiodło, mogła zaistnieć naukowo, i to nie tylko w Polsce, ale i na świecie - jako epidemiolożka, która jako pierwsza zajęła się problemem masowych zatruć ołowiem wśród dzieci w socjalistycznej Polsce.
- Jednak o ile władza zgodziła się na podjęcie lokalnych działań, które miały pomóc dzieciom, o tyle nie mogła sobie pozwolić na nagłośnienie sprawy. No więc rozprawa doktorska wylądowała w sejfie ówczesnego rektora Akademii Medycznej, nawiasem mówiąc wielkiego przyjaciela towarzysza Grudnia, i została tam na lata. Wadowska - Król zrozumiała, że z kariery naukowej nic nie będzie, więc skoncentrowała się na pracy w przychodni, a swój egzemplarz rozprawy, jak mi powiedziała, wrzuciła gdzieś na strych. Zaczęła wtedy robić robótki ręczne, jak mi powiedziała, "są dobre na nerwy". Pomimo straconej szansy na karierę naukową, wiodła udane i szczęśliwe życie u boku męża, Zbyszka- doczekała się dzieci i wnuków, zrealizowała swoje marzenia o podróżach, niemożliwych w PRL-u. Była kobietą spełnioną.
- Tytułu doktora w końcu się zresztą doczekała - w 2021 Uniwersytet Śląski w Katowicach przyznał jej tytuł doktora honoris causa. Moim zdaniem słusznie, zresztą Honoris causa to tytuł jednego z rozdziałów w mojej książce, tyle, że zbyt późno. W życiu Wadowskiej - Król niewiele już to zmieniło - była wtedy na emeryturze, a dwa lata później zmarła.
Jolantę Wadowską- Król nazywa się czasem "polską Erin Brockovich". Co pan myśli o takim porównaniu?
- Nie jestem jego fanem, choć rozumiem, skąd się bierze. Jednak Erin odniosła sukces i doczekała się satysfakcji za życia - mówiąc "po amerykańsku", zarobiła pieniądze, ludzie ją szanowali, nakręcono o jej życiu film. A w przypadku Wadowskiej- Król ten, zasłużony przecież, splendor przyszedł za późno. Sama mówiła: "no i na co mi to teraz?". Doktórka działała też w innym systemie - nie walczyła z "korporacją", jak Erin; prawdę mówiąc, ona nie rozumiała tego jako walki, to była roztropna gra Myślę, że gdyby byłaby facetem, poszłaby na otwartą wojnę z socjalizmem, a to na pewno skończyłoby się ukręceniem sprawie łba. Jednak ona działała rozważnie, bo wiedziała, jaki ma cel - nie "zdenerwowanie" władz, które chełpią się swoimi osiągnieciami i przy okazji każdego pochodu podają, ile wyprodukowano w zakładach, ale ratowanie dzieciaków.
- Była bohaterką, ale nie w rodzaju wodza, który rzuca się do walki z wrogiem prowadząc na śmierć połowę swoich wojsk i ciesząc z iluzorycznego zwycięstwa. Nie - jej bohaterstwo polegało na tym, że znakomicie wykonywała swoją pracę, wykryła chorobę i dołożyła wszelkich starań, by położyć jej kres - za cenę swoich ambicji. A to przecież cena niemiała. Warto również pamiętać, że przecież w okolicy huty było wiele przychodni, nie ona jedna przyjmowała te chore dzieciaki. A jednak - tylko ona zdecydowała się na podjęcie tej gry z systemem, oczywiście dzięki wsparciu prof. Hager-Małeckiej oraz pielęgniarki Wiesi Wilczek, dobrego ducha tej przychodni.
Wadowską - Król nazywano czasem "Matką Boską - szopienicką". Podobało się jej to określenie?
- Absolutnie nie, bo początkowo miało negatywny wydźwięk. To określenie wymyśliła, zdaje się, że w stanie wojennym, jakaś "paniusia" z Warszawy, która chcąc skrytykować działania Jolanty Wadowskiej-Król miała powiedzieć coś w stylu: "przyszła tu do nas, nie wiadomo skąd, jakaś Matka Boska - szopienicka i będzie nam prawić morały. Przecież tym ludziom bardziej wódka szkodzi, niż ołów". Ale tak się stało, że coś, co miało być złośliwą obelgą, przylgnęło do dr Jolanty Wadowskiej-Król już w pozytywnym sensie. Mimo to - do końca życia nie cierpiała tego określenia.

Kiedy można było głośniej mówić o sprawie zatruć na Śląsku?
- Myślę, że to zawsze była raczej tajemnica poliszynela, a dzieciom się nie mówiło, żeby przypadkiem gdzieś czegoś nie chlapnęły i rodzice nie mieli z tego powodu jakichś nieprzyjemności. Natomiast bardziej otwarcie zaczęto rozmawiać w czasach pierwszej Solidarności - w szkole, w ramach profilaktyki, dostawaliśmy wtedy mleko i jakieś tabletki, ale nie pamiętam już, jakie niby miały mieć działanie. Ta historia przez miniony system była z wiadomych względów spychana w cień, potem w latach 90. ukazało się kilka artykułów w "Gazecie Wyborczej", ale temat nigdy nie trafił na czołówki. Sam przypomniałem sobie o nim dość przypadkowo, przy okazji malowania serii akwarel przedstawiających Górny Śląsk. Chodziłem wtedy po mieście, robiłem zdjęcia i gadałem z ludźmi. I ktoś mi opowiedział o mojej lekarce, o hucie, zatruciach. Stąd właśnie wziął się pomysł na książkę, na podstawie której powstaje teraz serial produkcji Netflixa. Mam świadomość, że do dziś raczej niewiele osób wie o tej sprawie - Maciek Pieprzyca, który reżyseruje serial, powiedział mi, że nad produkcją pracowała ponad trzystuosobowa ekipa i nikt wcześniej o zatruciach nie słyszał.
A czy po latach ktoś monitoruje stan zdrowia dorosłych już "ołowianych dzieci"?
- Nie. Sam chciałbym wiedzieć, jaki mógł być długofalowy wpływ ekspozycji na ołów na zdrowie moich rówieśników, ponieważ wielu z nich już nie żyje, a przecież nie jesteśmy jeszcze tacy starzy. Jeden chłopak, piłkarz, dotąd "zdrowy", umarł na boisku, podczas meczu. Inni chorują przewlekle na serce, mają ogromne problemy z układem odpornościowym, a także zdrowiem psychicznym - znam nawet przypadki samobójstw, a przecież zatrucie ołowiem wpływa na działanie układu nerwowego. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ktoś może zapytać: "no i jaki to ma związek z waszym dzieciństwem"?
Jakby pan odpowiedział?
- Że sam nie wiem, ale właśnie chciałbym.
Czyli na Górnym Śląsku zostali już tylko dorośli, którzy kiedyś byli "ołowianymi dziećmi", a temat zatruć jest zamknięty?
- Niekoniecznie. Nie tak dawno rozmawiałem ze znajomą, która jest lekarką rodzinną i pediatrą - powiedziała mi, że ktoś jej zapytał, czy nie miałaby u siebie jakichś dzieci, które wyglądają tak, że mogłyby być statystami w serialu - takich bladych, niewyrośniętych. Odpowiedziała, że ma takich dzieci pełno, a większość mieszka na Szombierkach w Bytomiu. Czy te dzieciaki mają ołowicę? Nie wiemy, ale możemy podejrzewać, że coś jest na rzeczy. Zresztą to też postindustrialne dziedzictwo, bo kiedy kilka lat spacerowałem po Szopienicach, po takich typowych śląskich podwórkach - i widziałem dzieciaki, które wyglądały, jak dawniej moi koledzy. Nie wiem, czy dziś ktoś prowadzi jeszcze badania przesiewowe i monitoruje sytuację zdrowotną tych dzieci, ale moim zdaniem powinien.
Czy podczas spacerów dotarł pan w pobliże Huty? Jestem ciekawa, jak dziś wygląda okolica.
- Nie raz, bo pochodzę się Śląska i często tam wracam. Po wielu latach wręcz wybuchała tam zieleń. Przez długi czas nic tam nie rosło, nawet iglaki nie wytrzymywały skażenia. A teraz rosną tam choinki, po drzewach skaczą wiewiórki, po ziemi dreptają inne dzikie zwierzęta - to dawniej byłoby nie do pomyślenia. Z huty niewiele już zostało, istnieją zaledwie fragmenty tego ogromnego kompleksu. No więc zakładu nie ma, ale historia o lekarce, która miała odwagę upomnieć się o dzieci, ocalała cieszę się, że dzięki światowej sieci streamingowej pozna ją cały świat. Choć powtórzę za Jolantą Wadowską- Król: Tylko czy młodzi zrozumieją po latach tamtą tragedię?











