Muzeum bombki w Miliczu: Kolekcja liczy 60 tys. małych dzieł sztuki
- Amerykanie zachwycili się polskimi bombkami, które już w latach 60. zaczęły trafiać do modnych nowojorskich domów handlowych. Ta popularność może tłumaczyć, skąd Walt Disney dowiedział się o naszej fabryce - choć to oczywiście przypuszczenia, bo niestety do dzisiejszych czasów nie zachowały się żadne dokumenty. Jednak milickie bombki sprzedawano nie tylko w Ameryce, ale także w wielu krajach europejskich, a nawet w Japonii i Nowej Zelandii - o historii dawnej fabryki bombek i działalności Muzeum Bombki w Miliczu opowiada Izabela Brymerska, menedżerka centrum turystyczno - edukacyjnego KOM w Miliczu.

Tekst jest częścią akcji "Polska Niezwykła" - cyklu, realizowanego przez redakcję Lifestyle portalu Interia, w ramach którego przybliżamy najróżniejsze miejsca, zjawiska i fenomeny naszego kraju.
Katarzyna Pruszkowska: W czasach swojej świetności fabryka bombek choinkowych w Miliczu była jednym z najbardziej znanych obiektów tego typu w Polsce. Jakie były jej początki?
Izabela Brymerska: - Zakład powstał w 1951 roku, a więc niedługo po wojnie, w czasach raczkującego PRL-u i był prowadzony przez spółdzielnię. A ponieważ znajdujemy się w sercu Doliny Baryczy, najpierw w fabryce wytwarzano przede wszystkim towary, którym dziś moglibyśmy przybić znaczek "eko", np. maty czy koszyki wykonywane z rogożyny - surowca plecionkarskiego pozyskiwanego z lokalnych zasobów Doliny Baryczy. Z czasem zaczęto prowadzić obróbkę wydobywanego na Dolnym Śląsku kamienia, potem produkować lizaki. Wreszcie po paru latach, do tego dość różnorodnego, zbioru dołączyły szklane bombki choinkowe. Na początku wytwarzano je w części hal fabrycznych, ale dość szybko okazało się, że popyt jest ogromny i żeby choć spróbować odpowiedzieć na zapotrzebowanie rynku, należy zlikwidować inną produkcję. Tak się stało, i choć nasza fabryka nie była najstarsza, bo takie powstawały w Częstochowie (tam tradycja wytwarzania bombek sięga początków XX wieku - przyp. red.) to dość szybko nasza stała się największą.
- Przez wiele lat 90 proc. produkowanych u nas bombek szło na eksport, a zainteresowanie nimi było tak ogromne, że ani likwidacja innych linii produkcyjnych, ani rozbudowa fabryki nie gwarantowały, że uda się na czas wyrobić z zamówieniami. Z tego powodu podpisywano umowy z podwykonawcami, którzy zajmowali się konkretnym etapem produkcji - np. wydmuchiwaniem bombek albo ich srebrzeniem. Tak przygotowane bombki trafiały do Milicza i tutaj były ręcznie zdobione.
Wspomniała pani o eksporcie - a milicka fabryka słynie z tego, że przygotowywała bombki dla samego Walta Disney'a.
- Rzeczywiście, Amerykanie zachwycili się polskimi bombkami, które już w latach 60. zaczęły trafiać do modnych nowojorskich domów handlowych. Ta popularność może tłumaczyć, skąd Walt Disney dowiedział się o naszej fabryce - choć to oczywiście przypuszczenia, bo niestety do dzisiejszych czasów nie zachowały się żadne dokumenty. Wiemy na pewno, że wzory tworzone dla Disney'a zostały opatentowane i były pilnie strzeżone - pod żadnym pozorem nie mogły być pokazywane ani publicznie, ani wewnątrz fabryki na tzw. wzorcowni. Ich kształty znały tylko osoby bezpośrednio zaangażowane w proces projektowania i produkcji.
- To właśnie dzięki byłym pracownikom fabryki, już po otwarciu muzeum, dowiedzieliśmy się, że w naszej kolekcji mamy te bombki, ale nie dokładnie takie same. To znaczy zgadza się kształt, ale mogą się różnić kolorami i formami. Mało tego, niektórzy mówią, że mają te bombki w swoich domowych kolekcjach! PRL był jaki był, więc podejrzewam, że tajemnica bombek Walta Disney'a szybko stała się tajemnicą poliszynela. Niemniej jednak przez brak archiwum nie możemy z całą pewnością wskazać konkretnych bombek, które miały trafić do fabryki snów za Ocean. Oczywiście milickie bombki sprzedawano nie tylko w Ameryce, ale także w wielu krajach europejskich, a nawet w Japonii i Nowej Zelandii.
- Jako ciekawostkę dodam, że jakiś czas temu odwiedziłam warszawskie Centrum Nauki Kopernik i trafiłam na eksponat, który pokazywał, co zniknęłoby, gdyby z mapy usunąć to czy inne państwo. Pomyślałam, że usuwając Polskę może znikną jakieś sprzęty militarne, ale nie - po naciśnięciu guzika z mapy świata zniknęły bombki choinkowe! To pokazuje, że byliśmy i nadal jesteśmy potentatem w ich potentatem w dziedzinie ich produkcji.

A czy zamówienia słane do Ameryki czy Japonii różniły się od tych kierowanych na rynki europejskie?
- Zdecydowanie. W Polsce i innych krajach Europy uwielbiamy śnieżne krajobrazy, wiejskie, drewniane kościółki, dzieci zjeżdżające na sankach, pięknie strojone choinki, ogień trzeszczący w kominku, wirujące w powietrzu płatki śniegu. Natomiast kierownicy wspomnianych nowojorskich domów handlowych zamawiali bombki w klimacie "wakacyjnym" - z egzotycznymi zwierzętami, barwnymi kwiatami, słońcem.
Wcześniej wspomniała pani o "wzorcowni". Co to za miejsce? Przyznam, że mi kojarzy się z jakimś skarbcem pełnym różnokolorowych bombek.
- Muszę przyznać, że to najładniejsza definicja wzorcowni, jaką do tej pory słyszałam. Rzeczywiście, można ją porównać do skarbca, bo gromadzi się tam wszystkie prototypy bombek wraz z kompletnym opisem technicznym, który pozwala na ich ewentualne odtworzenie. O tym, jak wielką wartość mają zgromadzone w Miliczu prototypy może świadczyć fakt, że kiedy fabryka została zamknięta i majątek przejął syndyk masy upadłościowej, ogłoszono nie jeden, ale dwa przetargi. Pierwszy obejmował teren, budynki, maszyny - a więc to, co materialnie wartościowe. Drugi - właśnie zawartość wzorcowni, która miała także wartość sentymentalną. Te prototypy są bowiem świadectwem wieloletniego istnienia milickiej fabryki i naszym dziedzictwem kulturowym.
Kiedy zakład został zamknięty?
- W 2008 roku. W sezonie w fabryce pracowało nawet 700 osób i one z dnia na dzień znalazły się w bardzo trudnej sytuacji. Nasz region jest bowiem cenny przyrodniczo i odpowiednio chroniony, co jednak stanowi pewne ograniczenie dla rozwoju przemysłu, więc o pracę nie było łatwo. Szczególnie, że wielu pracowników pracowało w fabryce od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat, i niezwykle trudno było im się "ot tak" przekwalifikować. Oczywiście sytuacja finansowa fabryki nie popsuła się z dnia na dzień, ale podejrzewam, że wielu miało nadzieję, że to tylko przejściowe trudności. Niestety, wiele czynników, takich jak rosnąca sprzedaż tanich bombek z Chin czy spadek kursu dolara, doprowadziło do ogłoszenia upadłości.
- Teren i zabudowania wystawiono na sprzedaż, a nowi właściciele postanowili, że część obiektów przeznaczą na Muzeum Bombki. Prace nad projektem trwały kilka lat, bo wszystko było tu w naprawdę kiepskim stanie. Rewitalizację tej postindustrialnej przestrzeni docenili zarówno architekci podczas konkursów branżowych, jak i nasi odwiedzający, którzy mówili, że nadal czują "ducha" dawnej fabryki.
Wiem, że na ekspozycję trafiły egzemplarze bombek ze wspomnianej już wzorcowni. Co jeszcze mogą zobaczyć odwiedzający?
- Przede wszystkim te 6 tysięcy bombek, z których najstarsze pochodzą z przełomu lat 50. I 60., a najmłodsze - z 2008 roku. Wystawa nie byłaby jednak kompletna bez informacji o historii bombek, ich symbolice, czy sposobie wytwarzania.

Zacznijmy więc po kolei - kiedy powstała pierwsza szklana bombka?
- Zwykle takie historie zaczynają się od słów "dawno, dawno temu pewien mężczyzna…". W tym jednak wypadku jest inaczej, bo wiemy dokładnie nie tylko kiedy powstała, ale i kto ją stworzył. Otóż był to Hans Greiner, który mieszkał w niemieckim miasteczku Lauscha (w Turyngii - przyp. red.) i pracował w lokalnej manufakturze szkła. Ponieważ nie było go stać na zwyczajowe dekoracje choinkowe, czyli małe jabłuszka, cukierki, lukrowane ciastka czy orzechy, postanowił wydmuchać ze szkła ozdobę, która będzie je choć trochę przypominała. Było to w roku 1847, a jego pomysł tak się spodobał, że bombkowe szaleństwo ogarnęło wkrótce całą Europę - w wielu krajach powstawały przydomowe zakłady, w których pracowały całe rodziny - dziadkowie dmuchali, rodzice ozdabiali, a dzieci zawijały w papierki. Potem takie wyroby sprzedawano na jarmarkach, które cieszyły się ogromną popularnością do połowy XX wieku.
- W Polsce było jednak inaczej. W wielu regionach kraju, zwłaszcza na wschodzie, jeszcze do lat 70. choinki dekorowano ręcznie wykonywanymi ozdobami, robionymi z papieru, szyszek czy słomy, a także prawdziwymi świecami. Szklane bombki przyjęły się dopiero z czasem, jednak kiedy już tak się stało - to na dobre. Tym bardziej, że o choince, którą zdobiły, często mówi się, że jest "drzewkiem wiadomości", a wiadomości te można odczytać właśnie z ozdób choinkowych.
Jak to zrobić?
- Kluczem jest znajomość bogatej symboliki, która splata religię i polskie zwyczaje. Na przykład gwiazda, która w wielu domach do dziś wieńczy szczyt choinki, ma wskazywać drogę do szopki nowonarodzonego Jezusa, czyli, bardziej współcześnie - pokazywać nam prawdziwy sens Bożego Narodzenia. Są aniołki, które zwiastowały dobrą nowinę, dzwonki, które dzwoniły na znak, że rodzi się Boży Syn. Do takich bardziej "świeckich" czy "ludowych" symboli zaliczamy np. ptaszki symbolizujące beztroskę i wolność, grzyby i rybki - odpowiedzialne za dostatek i pomyślność.
- Szyszki wieszano po to, by zapewnić siłę gospodarzowi domostwa, orzechy - by domownicy cieszyli się zdrowiem i mieli mocne zęby, jabłka - by panny były urodziwe. Znajdą się pewnie osoby, dla których zaskoczeniem może być to, że dawniej na choinkach nie mogło zabraknąć jajek. Najczęściej ozdoby wykonywano w wydmuszek i papieru kolorowego - nadawano im rozmaite kształty, np. ryb, pajacyków, kogucików. To dość łatwy do odczytania symbole, w wielu kulturach jajko jest symbolem nowego życia, płodności, siły; skorupka - ochrony. To były takie podstawowe kształty ozdób, których nie mogło zabraknąć na żadnej choince. Nieco później, bo w latach 70., modne stały się bombki z tzw. reflektorem, a więc wklęśnięciem w okrągłej bombce, często bogato zdobionym, które miało mieć działanie ochronne. Mówiono, że to "oko wiedźmy", które ma odstraszać złe moce i duchy.
- A ponieważ mówi się, że "co kraj to obyczaj" w muzeum mamy też zielonego ogórka, który, jak się okazuje, również nie przez przypadek pojawił się na choince.

Trudno mi wyobrazić sobie, co może symbolizować zielony ogórek. Bo po pani opowieści nie mam wątpliwości, że taką symbolikę ma.
- To prawda, choć sami przez dłuższy czas zastanawialiśmy się "skąd u licha wziął się pomysł, by zrobić bombkę w kształcie ogórka?". Aż w końcu jeden z naszych odwiedzających wyjaśnił nam, że w tradycji niemieckiej ogórek symbolizuje szczęście. Jest tam nawet taka ciekawa tradycja: jedna osoba, która nie bierze udziału w zabawie, wiesza na choince ogórka, prawdziwego lub w formie ozdoby, a pozostali go szukają. To oczywiście nie jest łatwe, bo i ogórek jest zielony, i choinka. Ale warto się starać, bo temu, kto go znajdzie, w nowym roku nie zabraknie szczęścia i dostatku, a gospodarz ma przygotowany dla niego dodatkowy prezent.
Wiem już, jakie kształty co oznaczają. Ale zastanawiam się, jak je wykonać?
- Tradycyjna metoda, stosowana dawniej w milickiej fabryce i dziś w działających polskich zakładach, składa się z kilku etapów. Pierwszym jest wydmuchanie kształtu bombki z przezroczystej rurki, którą wcześniej rozgrzewa się nad palnikiem do ok. tysiąca stopni. Formowanie odbywa się nad żywym ogniem, dlatego to proces wymagający skupienia i dokładności, a także cierpliwości - bo szkło szybko stygnie, dlatego idealny kształt musi powstać błyskawicznie. Tak oczywiście powstają przede wszystkim bombki okrągłe, ale także prostsze kształty typu sopelki - to tzw. bombki "z wolnej ręki - kształtki". Jeśli jednak bombka ma mieć bardziej skomplikowany kształt, np. domku, choinki, autka, misia, trzeba zastosować inny sposób. Mianowicie sięgnąć po specjalną metalową formę - w muzeum mamy kilka takich urządzeń, a nasi zwiedzający śmieją się, że one wyglądają jak narzędzia tortur. Dmuchacz zaczyna robienie od rozgrzania rurki, a następnie wdmuchuje szkło w formę i czeka, aż ono przestygnie. W ten sposób można uzyskać naprawdę fantazyjne kształty.

- Takie przezroczyste bombki nazywa się "formówkami". Żeby było wiadomo, jak dokładnie mają wyglądać po zdobieniu, trzeba sięgnąć po plany wykonane przez plastyków. To oni projektują każdy detal - od kształtu, przez kolorystykę i sposób zdobienia. Bez takich wskazówek praca dekoratorek w zasadzie nie byłaby możliwa, bo proszę mi wierzyć, że w przezroczystym przedmiocie o niezidentyfikowanym kształcie nawet wprawnemu oku trudno dostrzec konika na biegunach, bałwanka czy mikołajka ze śnieżną kulą.
- Po wydmuchaniu bombki należy od środka wysrebrzyć roztworem azotanu srebra, dzięki któremu tracą swoją transparentność. Następnie w lakierni zyskują kolor. Tak przygotowane bombki trafiają do dekoratorni, a tam dzieją się cuda - pracownicy malują finezyjne wzorki, doklejają cekiny czy piórka, obsypują brokatem; zdobią bombki różnymi technikami, na przykład modnym decoupage. Kiedy bombka jest już gotowa, wysuszona i zatwierdzona przez dział kontroli jakości, odcina się "ogonek - odciąg", który powstał podczas formowania, i który ułatwia potem zdobienie. W powstały w ten sposób otwór wkłada się kapsel, czyli metalową część z uchwytem, przez który można przewlec tasiemkę lub haczyk - zawieszkę na choinkę.

A więc jedna bombka przechodzi przez kilka par rąk, nie licząc projektanta. Nic dziwnego, że niektóre bombki, zwłaszcza te o bardziej skomplikowanych kształtach, potrafią naprawdę sporo kosztować.
- To prawda. Klient płaci nie za cenę półproduktu, czyli szkła, ale za precyzję wykonania i jakość ozdób. Zbliżają się święta, więc można się wybrać na jarmarki lub do galerii handlowych i porównać bombki - szczególnie te, które, pozornie, mają ten sam kształt. Jeden św. Mikołaj będzie miał ledwo zarysowany kształt brody i czapki, czarne kropki zamiast oczu i niedokładnie pomalowane buty; u drugiego dokładnie pomalowana będzie nawet złota sprzączka paska i realistycznie wyglądający pompon. Jedne będą półprzezroczyste, ze smugami, inne zachwycą intensywnym, odbijającym światła kolorem - co oznacza, że nałożono na nie więcej warstw farby. To właśnie te detale, niektórzy mówią "bajery" są tym, co budzi zachwyt i zainteresowanie kolekcjonerów. Na cenę ma również wpływ sposób pakowania - możemy otrzymać bombkę w papierowej torebce, która w ogóle nie chroni zawartości, lub drewnianym, specjalnie zaprojektowanym pudełku. Przypomniała mi się właśnie kolekcja bombek polskiego producenta w kształcie misiów - uczniów. Były tam misie, ławeczki, pióra, zeszyty, pomoce szkolne. A wszystko zapakowane w drewnianą szkatułkę. Tu już mamy do czynienia z produktem luksusowym.
A czy obserwuje pani mody w świecie bombek? Czasem wydaje mi się, że wyprodukowano już wszystko - bohaterów bajek czy gier, piłkarzy, sprzęty domowe, sylwetki celebrytów, perły architektury, kształty najbardziej egzotycznych roślin i zwierząt.
- Poniekąd tak, choć myślę, że w przypadku bombek to nie producenci kreują trendy, ale klienci. Zazwyczaj na przełomie stycznia i lutego odbywają się targi bombek, we Frankfurcie i wielu innych miastach, i tam producenci pokazują katalogi ze swoimi propozycjami na "zbliżające się" święta. Hurtownicy albo wybierają coś z katalogu - najczęściej klasyki, albo proponują coś sami, w oparciu o zapytania czy potrzeby klientów. Jeśli jakaś bajka, film czy gra okaże się hitem, można się domyślić, że właściciele sklepów, hurtownicy, będą chcieli mieć w ofercie bombki, które z dużym prawdopodobieństwem spodobają się np. dzieciom. Nie chcę przez to powiedzieć, że producenci bombek nie mają swoich pomysłów, bo to byłaby nieprawda - to biznes, w którym nadal można pozwolić sobie na kreatywność, bo zawsze znajdą się osoby, które chętnie zapłacą za niestandardowy kształt czy piękne zdobienie. Jednak sądzę, że częściej o tym, jakie kształty bombek znajdziemy na straganach w grudniu, pośrednio decydujemy my - klienci.

W muzeum znajduje się jedna, wyjątkowa bombka. Wyjątkowa nie tylko dlatego, że ma 20 cm średnicy, ale z powodu bogatej symboliki. Może pani o niej opowiedzieć?
- Z przyjemnością, bo Bombka Dolnośląska jest naszym oczkiem w głowie i powodem do dumy. Żeby jednak zrozumieć, dlaczego postała i czego jest symbolem, musimy cofnąć się w przeszłość. Milicz leży na Dolnym Śląsku, 60 km od Wrocławia. To tzw. Ziemie Odzyskane, przyłączone do Polski po II wojnie światowej. Wcześniej zamieszkiwała je głównie ludność niemiecka, którą zastąpili Polacy przybywający z całej Polski, szczególnie z terenów, które zostały włączone do ZSRR. Przez pewien czas przebywali tu nawet Grecy i Macedończycy, ponieważ u nich szalała wojna, i zdemobilizowani żołnierze, osadnicy którzy wrócili w robót przymusowych w Rzeszy. Ludzie przyjeżdżali tu, osiedlali się i zaczynali nowe życie na nowej ziemi, jednak nie byli w stanie zupełnie odciąć się od życia, które "minęło". Przywieźli ze sobą tradycje, zwyczaje, znane tylko sobie opowieści, a nawet rytuały. To zróżnicowanie, fascynujące pod względem etnograficznym i antropologicznym, sprawiło, że na Dolnym Śląsku nigdy nie było "jednego tradycyjnego stroju", "jednej tradycyjnej muzyki" czy symboliki zrozumiałej dla wszystkich, jak np. wiatraczki na Kurpiach, róża na Górnym Śląsku i w Krakowie czy podhalańskie parzenice.
- Kiedy więc odwiedził nas pan Ryszard Glegoła, twórca Wiszeńskiej Pisanki, który starał się zawrzeć na niej jak najwięcej bogactwa symboli współistniejących na Dolnym Śląsku, pomyśleliśmy o naszej bombce. Rozpoczęliśmy proces gromadzenia wzorów ważnych dla mieszkańców naszych ziem, zaczerpniętych ze sztuki użytkowej i plastycznej z ich rodzinnych stron. Stworzyliśmy zasady tworzenia kompozycji wzorniczych z tych elementów. Tak powstała z naszej inicjatywy koncepcja współczesnego wzoru dla Dolnego Śląska. Za sugestią etnografów bazą każdego wzoru są motywy wzornicze charakterystyczne dla przedwojennego Dolnego Śląska. Bombki zdobione Wzornikiem Dolnośląskim metodą zbliżoną do malowania wydmuszek woskiem są Bombkami Dolnośląskimi. Zarówno Wzornik, jak i Bombki Dolnośląskie posiadają certyfikaty zastrzeżone w Urzędzie Patentowym. Nie po to, aby nikt nie mógł z tych wzorów korzystać - wprost przeciwnie, sami do tego zachęcamy, organizując warsztaty dla dzieci i dorosłych, na których można zrobić własne bombki. Chodzi o to, by Wzornik był gwarantem autentyczności tych symboli; żeby ci, którzy je odtwarzają, mieli poczucie, że spotykają się z autentycznym dziedzictwem swoich przodków czy dawnych mieszkańców Dolnego Śląska.
Czy tylko w wakacje można odkrywać kraj? W żadnym wypadku! Zapraszamy was do "Polski Niezwykłej", krajoznawczego cyklu redakcji Lifestyle portalu Interia. W publikowanych co dwa tygodnie artykułach pokażemy Wam zakątki i atrakcje, o których słyszeli nieliczni, przedstawimy postacie pasjonatów i ludzi o niezwykłych umiejętnościach, skosztujemy specjałów z regionalnych kuchni i sprawdzimy, jak małe, lokalne inicjatywy, potrafią wywoływać wielkie zmiany. Zobacz, jak niezwykła może być Polska.








