Nawyk chomikowania czegoś na najlepszą okazję wynosimy często z dzieciństwa - jako spadek po oszczędnych babciach, rodzicach żyjących w czasach niedoboru czy trudnych relacjach domowych. Przekonanie, że na to, co dobre, trzeba dopiero zasłużyć, skutecznie odbiera nam radość z codzienności.
Elegancka sukienka na bardzo daleką przyszłość
Szafa Judyty wygląda jak ekskluzywny butik, na wieszakach wiszą prawdziwe perełki. Łączą je dwie wspólne cechy: po pierwsze, są absolutnie przepiękne, i wciąż mają komplet papierowych metek.
- Czasami otwieram szafę, patrzę na nie i myślę sobie: "Boże, jakie to jest ładne!" Ale zaraz potem włącza mi się w głowie ten głos: "Gdzie ty w tym wyjdziesz? Do pracy? Zniszczysz. Do znajomych? Bez przesady, nie będziesz się tak stroić. Czekaj na coś ważniejszego" - śmieje się Judyta.

To nawyk, który Judyta wyniosła z rodzinnego domu. Jej mama była osobą wymagającą, oschłą i przede wszystkim - obsesyjnie oszczędną. Wszystko, co wartościowe, musiało być chronione przed zużyciem.
- Pamiętam, jak w podstawówce dostałam od cioci z Niemiec śliczną, białą bluzkę z haftem - wspomina. - Mama schowała ją do szafy z komentarzem, że to "na ważne wyjście". Wyrosłam z niej, zanim zdążyłam założyć ją choćby raz - wspomina kobieta.
- Mój partner ostatnio zażartował, że te najładniejsze sukienki to chyba zbieram z myślą o trumnie. I najgorsze jest to, że ma rację. Jeśli niczego nie zmienię, pierwszy raz założę którąś z nich na własny pogrzeb. A przecież żyję tu i teraz - dodaje.
Słodki zapas i amunicja na "ostatniego bossa"
U Marka zaczyna się nie od szafy, ale od kuchennej półki. A dokładniej od eleganckiej bombonierki czekającej w kredensie.
- Otworzyłem ją niedawno z myślą, że może w końcu zjem chociaż jedną i okazało się, że czekolada poszarzała, a nadzienie stwardniało na kamień. Musiałem wyrzucić całą bombonierkę. Trzymałem ją na lepszą okazję, na przyjście jakichś wyjątkowych gości. Tylko że ci goście albo wpadali spontanicznie i wyciągałem zwykłe herbatniki, albo nie przychodzili wcale. Zostałem z luksusowym śmieciem w ręku - mówi nam Marek.

- Najbardziej uderzyło mnie to, kiedy grałem w moją ulubioną grę komputerową - śmieje się Marek. - Zauważyłem, że przez kilkadziesiąt godzin rozgrywki chomikuję najlepszą broń, najrzadszą amunicję i mikstury leczące. Mówiłem sobie: "Zostaw to na ostatniego bossa, na finałową walkę!". Jak to się skończyło? Przeszedłem całą grę, pokonałem finałowego przeciwnika podstawowym ekwipunkiem, a w wirtualnym plecaku została mi masa potężnego sprzętu, którego ani razu nie użyłem. Zrobiłem w grze dokładnie to samo, co z tą bombonierką.
Gdy Marek zaczął zastanawiać się, skąd wziął się w nim ten mechanizm, odpowiedź pojawiła się błyskawicznie. Wspomnienie babci - niezamożnej kobiety, która przeżyła trudne lata i wychowywała go przez znaczną część dzieciństwa.
- U babci wszystko, co było ładne albo smaczne, miało status nietykalnego. Szynka była "dla gości", kryształy stawały na stole tylko w Boże Narodzenie, a ładny ręcznik wisiał w łazience wyłącznie wtedy, gdy ktoś miał nas odwiedzić. Babcia nie robiła tego ze złośliwości, po prostu żyła w poczuciu, że jutro może wszystkiego zabraknąć. Dzisiaj łapię się na tym, że choć zarabiam sensowne pieniądze i niczego mi nie brakuje, wciąż myślenie mam dokładnie takie samo, jak moja babcia - mówi Marek.
Dlaczego oszczędzamy własne życie?
To, co dla Judyty i Marka jest codzienną udręką, dla psychologów stanowi doskonale znany mechanizm.
Psycholog Agata Nowak wskazuje, że korzenie takiego myślenia sięgają głęboko - do lęku przed brakiem i przekonań o własnej wartości.
- Osoby wychowane w domach, gdzie stale oszczędzano, przyswajają podświadomy komunikat: luksus, piękno i wygoda są czymś zarezerwowanym na wyjątkowe chwile, na które my sami musimy najpierw zasłużyć. Pojawia się syndrom "odroczonej gratyfikacji", ale w wersji max. Boimy się użyć nowej rzeczy, bo jej zużycie oznacza stratę. W efekcie traktujemy samych siebie jak kogoś mniej ważnego niż goście, którzy być może nigdy nie pojawią się w naszych drzwiach - wyjaśnia psycholożka.

- Warto zadać sobie jedno kluczowe pytanie: czy naprawdę muszę czekać na święto, żeby poczuć się dobrze? Użycie ładnych perfum we wtorek rano czy wypicie dobrej kawy to nie marnotrawstwo. To prosty sygnał wysłany do własnej głowy: jestem ważny - dodaje.
Życie nie daje gwarancji na "lepszą okazję", a rzeczy ulegają zniszczeniu lub przedawnieniu - tak samo jak wyczekiwane chwile. Może więc czas otworzyć te zamknięte na klucz szafy i kredensy? Przecież najładniejsze ubrania i najsmaczniejsze rzeczy są stworzone po to, by z nich korzystać.










