Natalia Harasimowicz: Święta to najgorszy czas na zwierzenia
- Wigilia jest sytuacją formalną, z określonym scenariuszem. Myślę, że gdybyśmy tak do niej podeszli i unikali tematów, których w podobnych okolicznościach się nie porusza, wszystkim wyszłoby to na dobre. Więcej przestrzeni może pojawić się później, kiedy kolacja została zjedzona, prezenty odpakowane. Jeśli jesteśmy z kimś blisko, to dobry moment na zaszycie się gdzieś na uboczu, żeby spokojnie porozmawiać.

Katarzyna Pruszkowska: W reklamach i filmach familijnych zbliżający się czas zazwyczaj prezentuje się cudownie - zwaśnieni małżonkowie się godzą, problemy cudownie rozwiązują, a przy stole nikt ze sobą nie kłóci. Jednak dla wielu święta są czasem trudnym…
Natalia Harasimowicz: - … a nawet bardzo trudnym. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób dało się uwieść romantycznym wizjom świąt z filmów, ale myślę, że należy je traktować raczej jak bajki - może i piękne, ale zazwyczaj nieprawdziwe. Zresztą w czasie poprzedzającym Boże Narodzenie moi pacjenci często poruszają niełatwe tematy związane ze świętami. Nic w tym dziwnego, bo w mojej ocenie pewna teatralność świąt, która nadal istnieje w wielu rodzinach, jest bardzo nienaturalna. Oczywiście są rodziny, które często się ze sobą spotykają i lubią wspólnie spędzać czas - dla nich kolacja wigilijna będzie po prostu kolejną okazją do spotkania. Jednak osoby, które przez cały rok nie widują dalszych krewnych, mogą w ich obecności czuć skrępowanie, sztywność. Oczekujemy od samych siebie, a czasem i od bliskich, że będziemy spokojni, wyluzowani, dobrze nastawieni. Że w trakcie tego jednego wieczoru uda nam się, choćby na kilka godzin, poczuć bliskość. Jednak to mrzonka.
- Jakkolwiek przyziemnie by to nie zabrzmiało, organizacja świąt jest obciążająca, a większość pracy od pokoleń spada na barki kobiet. Oczywiście następują pewne zmiany społeczne i mężczyźni coraz częściej angażują się w obowiązki domowe, ale jestem przekonana, że w większości polskich domów za większość tej świątecznej logistyki odpowiadają jednak kobiety. Z jednej strony mamy więc wykończone matki, które urobiły się po łokcie, żeby zaprosić swoje dorosłe dzieci z rodzinami, ugotować 12 tradycyjnych potraw, posprzątać, udekorować dom. Chciałyby, żeby inni docenili ich trud, co jest zresztą zrozumiałe, ale jeśli wypełnianiu tych obowiązków towarzyszy narzekanie, wzbudzanie poczucia winy, obwinianie - zrozumieć należy też bliskich, że częściej będą zniechęceni, niż naprawdę wdzięczni. Do tego dodać trzeba także oczekiwania dotyczące prezentów - wiele osób nie wyobraża sobie bez nich świąt, nawet jeśli budżet się "nie spina" i na zakupy trzeba przeznaczyć oszczędności lub wykorzystać limit na karcie kredytowej. Zresztą jeśli ktoś jedzie w gości i wie, że zostanie obdarowany, może czuć wstyd na myśl o pojawieniu się z pustymi rękami. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla wielu osób rozmawianie o finansowym aspekcie świąt może być trudne, ale rzeczywistość jest taka, że wiele osób boryka się z różnymi zobowiązaniami, które "magicznie" nie zanikają tylko dlatego, że zbliża się Boże Narodzenie.
Ta presja i oczekiwania nie stanowią chyba dobrego "tła" dla rozmów na ważne, delikatne tematy. Rozmów, które dość często są inicjowane - mam tu na myśli pytania o życie osobiste ze strony osób, które na co dzień nie są z nami blisko.
- Powiedziałabym nawet, że to najgorszy czas na zwierzenia, bo, bądź co bądź, wigilia jest jednak sytuacją formalną, z określonym scenariuszem. Myślę, że gdybyśmy tak do niej podeszli i unikali tematów, których w podobnych okolicznościach się nie porusza, wszystkim wyszłoby to na dobre. Więcej przestrzeni może pojawić się później, kiedy kolacja została zjedzona, prezenty odpakowane. Jeśli jesteśmy z kimś blisko, to dobry moment na zaszycie się gdzieś na uboczu, żeby spokojnie porozmawiać. Natomiast jeśli nie mamy z kimś dobrej relacji, święta nie będą najlepszym momentem do informowania o trudnych wydarzeniach, takich jak np. utrata pracy, kłopoty w związku, choroba. Ponieważ w święta ludzie stają się generalnie bardziej rozhamowani, czyli trudniej im nad sobą panować, nasza otwartość i bezbronność może spotkać się z bolesnymi komentarzami; takimi, które w innych okolicznościach by nie padły.
Chcielibyśmy zrozumienia ukojenia, ale to nie jest dobry czas i miejsce, by ich szukać?
- Zdecydowanie. W terapii schematów mówimy o pewnych trybach, które, w uproszczeniu, służą temu, żeby nie czuć za trudnych w danym momencie emocji. Na przykład wyobrażam sobie, że rodzic, dla którego wiara jest ważna, na wieść o tym, że dorosłe dziecko jest niewierzące, może zareagować kąśliwymi komentarzami, napadem złości, oskarżeniami. A gdzieś "pod spodem" będzie bezradność, poczucie rozczarowania, niepewność co do ścieżki, którą podąża dziecko. Problem w tym, że w przypadku takich "dużych" tematów do dopuszczenie emocji do głosu, nie mówiąc już o ich przepracowaniu, może trwać miesiącami. Tak więc oczekiwanie, że "załatwimy" jakiś temat przy okazji świątecznego spotkania jest raczej nierealistyczne.
- Pomyślałam jeszcze, że święta uważane są tradycyjnie za czas rodzinny, który należy, a wręcz trzeba spędzać z rodzinami. Dla wielu osób to oznacza oderwanie od sensownych źródeł wsparcia, takich jak terapia, siłowania, jakieś zajęcia grupowe, przyjaciele. Teoretycznie można do kogoś zadzwonić, jednak raczej niewiele osób będzie czuło się komfortowo dzwoniąc do kogoś w Wigilię o 18:00, żeby porozmawiać o swoich problemach. Niby to tylko jeden dzień, maksymalnie trzy - ktoś mógłby zapytać: "czy naprawdę tak trudno wytrzymać te kilka dni bez wsparcia?". Dla jednych nie będzie to problemem, bo rodzina nie da popalić lub przez lata wykształcili sobie skuteczne mechanizmy obronne. Jednak sama znam osoby, którym trudno spędzić w rodzinnym domu choćby te kilka godzin.

Dlaczego te powroty są dla wielu z nas tak trudne? Przypominam sobie słowa koleżanki, zazwyczaj spokojnej i opanowanej, która opowiadała, że po kilku godzinach z rodzicami zaczyna zachowywać się jak swoja nastoletnia wersja - płacze, krzyczy, kłóci się dawne sprawy.
- No cóż, dotykamy czegoś, co jest trzonem wielu procesów terapeutycznych, a więc dzieciństwa i wczesnej młodości. Powroty do domu często oznaczają powrót do dawnych ról - rodzice znowu "chcą wiedzieć lepiej", a dorosłe dziecko "ma słuchać". Wtedy emocje mogą nas dosłownie zalewać lub przeciwnie - możemy tak się od nich odciąć, że nie poczujemy nic. Ten regres nie wynika z tego, że z mało się staramy, za mało umiemy; nie jest też naszym wyborem. Po prostu nasz układ nerwowy skanuje otoczenie i jeśli uzna, że gdzieś nie jest bezpiecznie, podniesie alarm. A w domu rodzinnym wspomnienia może wywołać wszystko - wygląd pomieszczeń, słowa ojca, gesty mamy. Jeśli gdzieś było nam po prostu trudno, a akurat jesteśmy słabsi - np. niewyspani po długiej trasie, zmartwieni finansami czy innymi problemami, nasze ciało i psychika sobie o tym błyskawicznie przypomną. Dlatego tak ważne jest słuchanie sygnałów, które płyną z naszych ciał - wtedy, kiedy psychika milczy, one przy pomocy rozmaitych objawów powiedzą nam, że coś jest nie tak. Bólem brzucha czy głowy, nudnościami, zawrotami głowy, bólami napięciowymi czy wymiotami. Warto poobserwować, czy konkretne objawy nie pojawiają się w konkretnym otoczeniu - jeśli tak jest, dobrze byłoby się temu przyjrzeć.
- Oczywiście mechanizmy, o których powiedziałam, działają w dwie strony - nasze słowa, zachowania, gesty czy nawet miny również mogą "triggerować" naszych rodziców i prowokować ich do określonych zachowań. Rodzina to system, w którym wszyscy wzajemnie na siebie wpływamy.
Czy w takim razie receptą na udane lub przynajmniej spokojne święta może być próba unikania konkretnych tematów?
- Pewnie nie każdy się ze mną zgodzi, ale ja uważam, że tak. Nie jestem fanką szczerości w każdych okolicznościach i za wszelką cenę. Wiele także zależy od elastyczności systemu rodzinnego. Są rodziny, które są w stanie pomieścić wiele zmian, rozczarowań, wydarzeń. Są jednak i takie, nazywane sztywnymi, w których każda zmiana, każde odstępstwo od normy uznawane jest za zagrożenie. Takie systemy najczęściej mają rys opresyjny - to znaczy członkowie zrobią wiele, by chronić stabilność systemu - nawet będą skłonni w tym celu poświęcić dobro jednostki. Może wyjaśnię to na przykładzie. Przed rozmową wspomniała pani o znajomej, która jest niewierząca i podczas świąt boryka się z nieprzyjemnymi komentarzami ze strony rodziny.
- W systemie elastycznym rodzina może okazać zdziwienie, mogą pojawić się i wybrzmieć trudne emocje - ale jest też miejsce na rozmowy. Podejmowane są próby zrozumienia wyborów innych członków i ostatecznie system jest w stanie tak się przebudować, żeby nikt nie został ani wykluczony, ani złamany. Natomiast w systemie sztywnym - nie. Wszyscy mają grać od dawna przypisane im role. Koleżanka mogłaby nawet mieć swoje przekonania, o ile by ich nie ujawniała, a w święta karnie chodziła z rodziną do kościoła i uczestniczyła we wszystkich celebracjach tak, jakby była wierząca. Tylko takie dostosowanie się gwarantuje bycie przez system przyjętym. Często to wyraża się w takich kategorycznych stwierdzeniach, jak "nasza rodzina zawsze chodzi do kościoła", "w naszej rodzinie nie ma rozwodów", "w naszej rodzinie każdy ma dzieci". A jeśli ktoś chce żyć inaczej może usłyszeć: "to, czego ty chcesz, nas nie interesuje". To jeden z powodów, dla których czasem lepiej nie dzielić się z bliskimi całą prawdą o sobie. Zresztą zazwyczaj sami czujemy, jaki jest nasza rodzina - na co zwykle można sobie pozwolić, a na co nie. W kontekście naszej rozmowy warto pamiętać, że Boże Narodzenie nic tutaj nie zmieni, choćbyśmy nawet bardzo chcieli.
Czy sposobem na unikanie trudnych sytuacji mogą być wymówki? Wiele znajomych mam mówiło, że zdarzało im się powiedzieć, że dziecko jest chore czy śpi, żeby nie pójść na jakieś spotkanie.
- Powiedziałabym tak: kłamstwo kłamstwu nierówne. Sama mówię swoim pacjentom, że jeśli nie ma innego sposobu, by uniknąć trudnego spotkania, na przykład pełnego przemocy słownej, wyzwisk, poniżania - zawsze mogą gdzieś nie pójść, nie odebrać telefonu. Są rodziny, które naprawdę potrafią zamienić każde spotkanie w koszmar, atakować, usiłować wpływać na dawno podjęte decyzje, np. o posiadaniu czy braku posiadania dzieci. Są też ludzie pozbawieni empatii, którzy np. będą upierać się, żeby młodzi rodzice z miesięcznym dzieckiem jechali przez pół kraju na "rodzinne" święta, argumentując to tym, że skoro oni latami poświęcali się dla rodziny, to i inni muszą postępować tak samo. Otóż właśnie nie - nie muszą, choć dla wielu to trudna prawda.
- W rodzinach, w których można sobie pozwolić na szczerość i nie będzie się za to ani ukaranym, zwyzywanym czy poniżonym, wymówki nie będą potrzebne. Jasne, że mamie może zrobić się przykro, kiedy usłyszy, że w tym roku Wigilię spędzimy u teściów, ale jakoś tę przykrość zniesie i nie wpłynie to długofalowo na naszą relację. Jeśli jednak pojawi się karanie ciszą, szantaż pokroju "kto wie, może to będą nasze ostatnie święta", manipulowanie "skoro tak, to ja w ogóle nie będę szykowała świąt" - można zastanowić się, czy nie lepiej wymówić się chorobą. Inną sprawą jest to, że w rodzinach dysfunkcyjnych, bo o takich mówimy, choroby, zmęczenie czy inne plany nie są uznawane za wystarczające powody, by nie stawić się na "rodzinnym" wydarzeniu.

A czy takie wymówki nie służą po prostu unikaniu problemu, z którym i tak w końcu będzie się trzeba zmierzyć?
- Zgadzam się, że jeśli trwają bez końca, mogą wejść w nawyk i w żaden sposób nie przybliżą nas do rozwiązania problemu. Ja traktuję je raczej jako wyjście awaryjne w momencie, w którym nie mamy zasobów, by inaczej sobie poradzić - czy to sił, czy umiejętności, czy wiary w siebie. Ostatecznie jednak będzie trzeba zmierzyć się z tym, że rodzina ma prawo nie akceptować naszych decyzji, a my mamy prawo je podejmować i żyć zgodnie z tym, jak czujemy. Słyszałam gdzieś nawet takie zdanie, że największym wyrazem buntu, na jaki możemy sobie w życiu pozwolić, jest bycie sobą. Rozumiem, że nie każdy ma na to siłę - np. dla zależnej finansowo od rodziców dwudziestolatki czy młodej mamy, która korzysta ze wsparcia swojej matki, bo nie stać jej na opiekunkę, to może być trudne. Jednak w pewnym momencie musimy zadać sobie pytanie: komu służy moja uległość i moje podporządkowywanie się? Przypuszczam, że najczęściej odpowiedź będzie brzmiała: rodzinie. Zdarza się, że moi pacjenci wyobrażają sobie, że jeśli zaczną żyć po swojemu, ich rodzice oszaleją, wyrzekną się ich, zachorują, nigdy im nie wybaczą. A potem okazuje się, że nic takiego się nie stało.
- Dlatego jeśli zdarza nam się sięgać po wymówki, warto raz na jakiś czas zastanowić się, jak w tej chwili wyglądają moje zasoby. Nie warto bowiem wypracowywać sobie nawyku nieszczerości, który ostatecznie będzie obciążał nas samych.
Na koniec zostawiłam pytanie o religię, bo Boże Narodzenie ma także wymiar duchowy. Z wielu rozmów wiem, że często to właśnie próba przedstawienia swoich poglądów na religię spotyka się z gwałtownymi reakcjami rodziców. Dlaczego odmienna ścieżka duchowa dorosłego dziecka budzi w rodzicach tyle emocji?
- Zaczęłabym może od tego, że sama oddzielam religijność od duchowości - uważam, że wielu ludzi ma swoją duchowość, ale niekoniecznie realizuje ją w ramach konkretnego wyznania czy religii. Nie można komuś powiedzieć: "od dziś przestań wierzyć w to, a zacznij w tamto" lub "od dziś w ogóle zacznij wierzyć, bo brak wiary jest zły". Nie, to delikatna sfera, która dotyka naszych podstawowych wewnętrznych potrzeb, kształtowana nie tylko przez religię i kulturę, ale również przeróżne przykre zdarzenia, a nawet traumy. Dla mnie to taki temat, jakim jest decyzja o posiadaniu czy nie-posiadaniu dzieci: przyjmuję do wiadomości to, co słyszę i nie mam podstaw, żeby to kwestionować. Jednak odnosząc się do pani pytania - to znowu zależy od tego, czy żyjemy w systemie elastycznym, w którym najpierw będzie miejsce na smutek, płacz, żal, a potem - transformację, czy sztywnym, funkcjonującym według zasady "wszystko albo nic" czy może "albo jesteś z nami, albo przeciwko nam". Ponieważ w takim systemie każdy boi się zmiany, członkowie rodziny mogą zrobić naprawdę wiele, by utrzymać poprzedni status.
Łącznie z poświęceniem relacji?
- Tak, czasem się tak zdarza, zwłaszcza w przypadku sekt czy bardzo konserwatywnych odłamów większych religii. Jednak to już chyba temat na inną rozmowę.








