Katarzyna Pruszkowska: Po co właściwie nam złość?
Oliwia Ziębińska: - Złość można traktować jako sygnał alarmowy, który informuje o tym, że coś w naszym życiu jest "nie tak". Lubię mówić, że złość robi to, czego zrobić nie potrafi lęk. Bo choć on wskazuje nam jakieś zagrożenie, raczej skłania do tego, by unikać, schować się, przeczekać, nie zareagować. Z kolei złość najpierw pokazuje zagrożenie, np. przekraczanie granic, deptanie wartości, zaniedbywanie potrzeb, a potem pozwala metaforycznie "tupnąć nogą", żeby stanąć po swojej stronie. Lęk czy smutek niosą ze sobą raczej pewne zamrożenie, stagnację; złości towarzyszy energia, która ma nas skłonić do działania.
- Warto dodać, że chodzi zarówno o zagrożenia wewnętrzne, jak i zewnętrzne, np. jeśli ktoś chce zrobić nam lub komuś w naszym otoczeniu fizyczną krzywdę. Wyobraźmy sobie, że widzimy, jak ktoś na ulicy bije dziecko. To właśnie złość popchnie nas do podjęcia jakiegoś działania. W ludziach nie ma żadnego innego systemu, który działałby tak mobilizująco, czasem nawet wbrew logice. Bo gdyby kierować się tylko nią, można zacząć kalkulować: "a co się będę wtrącać, jeszcze sama oberwę" albo "ludzie się będą na mnie gapić". Takie komunikaty podpowie nam lęk. A co zrobi złość? Każe nam przerwać tę sytuację, chronić dziecko, nagrać napastnika, zadzwonić po służby. Działać, a nie przyglądać się z dala po to, by później zadręczać się wyrzutami sumienia. Jednak żeby była jasność: cały czas mówimy teraz o zdrowej złości, która dotyczy sytuacji "tu i teraz", a nie jest reakcją na, np. poruszenie ran z przeszłości.
Jak w takim razie odróżnić tę zdrową złość od tej, której źródła leżą zupełnie gdzie indziej?
- Można powiedzieć, że ta pierwsza jest adekwatna, czyli umiemy powiedzieć, co konkretnie nas zdenerwowało, np. ktoś nam coś obiecał, a nie dotrzymał słowa. Natomiast jeśli czujemy złość, ale w zasadzie bez konkretnego powodu, albo wybuchamy z powodu jakiejś zupełnej drobnostki, ot, ktoś na ulicy źle zaparkował samochód, to znaczy, że raczej mamy do czynienia ze "starą" złością. Przy czym "stara" nie musi od razu oznaczać, że spowodowało ją coś 20 lat temu, ale tego samego dnia rano. Czyli - przed wyjściem z domu pokłóciłam się z mężem, cały dzień w pracy noszę w sobie te emocje, ale nie pozwalam im znaleźć ujścia, bo to byłoby nieprofesjonalne, i w końcu wybucham - a to na kasjerkę w sklepie, bo "za wolno kasuje", a to na przechodnia "bo za wolno przechodzi przez jezdnię".
- Jestem skłonna przypuszczać, że niemal każdemu z nas zdarzyło się choć raz "wyżyć" na drugim człowieku za coś, czemu kompletnie nie był winien. Czasem po takim wybuchu emocje się regulują, ale bywa i tak, że taka niewypowiedziana złość gromadzi się latami i przejawia w postaci sarkazmu. Z mojego doświadczenia wynika bowiem, że im więcej takich sarkastycznych uwag i szpileczek wbijanych innym, tym większe pokłady takiej skumulowanej złości.
A czy można w ogóle nie odczuwać złości? Znam osoby, które mówią, że one "nigdy się nie złoszczą".
- "Nie czuć" jest w ogóle trudno i to dotyczy wszystkich emocji; "czucie" jest bowiem jednym z przejawów człowieczeństwa. Można jednak, i to wcale nie są rzadkie sytuacje, nie mieć ze swoimi emocjami kontaktu, np. dlatego, że wzrastaliśmy w rodzinie, w której okazywanie emocji jest odbierane negatywnie. Małe dzieci uważnie podpatrują otoczenie i szybko uczą się panujących w nim zasad. Jeśli więc w rodzinie złościć się może tylko mama, bo kiedy złości się dziecko, mamie jest przykro, ono zrozumie, że to jest emocja, której okazywać nie wolno. Dzieje się tak dlatego, że generalnie jako ludzie chcemy przynależeć do grupy i unikać cierpienia. A więc - jeśli moja złość sprawia, że mama płacze i przez dwa dni się do mnie nie odzywa, lepiej będzie tę emocję w sobie zdusić. Bo wtedy w rodzinie będzie spokojnie i wszyscy będą zadowoleni - podsumowuję to rzecz jasna z przekąsem.
- Nie chcę przez to powiedzieć, że rodzice specjalnie dążą do tego, by nas odgrodzić od konkretnych emocji - bo to nie zawsze dotyczy przecież złości, ale także radości czy smutku. Po prostu każdy z nas ma swoje mechanizmy, które sprawiają, że reagujemy w taki, a nie inny sposób; często nawet nie wiedząc, dlaczego.

Wydaje mi się, że wiele osób doświadczyło sytuacji, w której za okazywanie niechcianych w rodzinie emocji spotykało je milczenie. Znam wiele, dorosłych już, osób, które mówią, że wolały najgorsze awantury od tej nieznośnej ciszy; znam i takie, które same sięgają po tę "metodę" i mówią "już wolę się nie odzywać, niż wrzeszczeć".
- Rzeczywiście, wielu z nas doświadczyło takiego "milczenia z fochem". Nawet jeśli to nie jest celowe pokazywanie otoczeniu, że jesteśmy zranieni, ale rzeczywista próba radzenia sobie z nadmiarem emocji, skutek dla dziecka jest ten sam. Mianowicie - poczucie odrzucenia. A to coś, czego dzieci boją się najbardziej, bo przynależność do grupy od zawsze gwarantowała przetrwanie. Dlatego są w stanie zrobić bardzo wiele, by pozostać w kontakcie z opiekunem: na wszystko się zgadzać, zrezygnować z własnych pragnień, nie protestować, kiedy przekraczane są ich granice. W efekcie jako dorośli mogą mieć zaburzony kontakt ze złością, która kojarzy się właśnie z tym odrzuceniem.
- Jeśli więc milczenie ma być strategią, która pozwala nam się uspokoić, najlepiej to dziecku zakomunikować: "słuchaj, potrzebuję chwili w samotności, wrócimy do tematu za 10 minut" - wtedy ono przynajmniej wie, na czym stoi. A to poczucie jest bardzo ważne, ponieważ dzieci mają niesamowicie plastyczną wyobraźnię - jeśli nie rozumieją sytuacji, mogą nadać jej takie znaczenie, na jakie dorosły nigdy nie wpadnie, np. mama się nie odzywa, bo jest ciężko chora. Dlatego zawsze trzeba wyjaśnić im sytuację, choćby w kilku słowach: "nabroiłeś, wkurzyłam się, idę się uspokoić, a za chwilę pogadamy, jak to wszystko poukładać". Jasne, że taki komunikat też nie jest dla dziecka miły, ale w wychowaniu nie dążymy do tego, żeby za wszelką cenę chronić dzieci przed każdą frustracją czy rozczarowaniem. Ważniejsze jest zainstalowanie w nim przekonania, że nawet jeśli solidnie nawywija i rodzice się wkurzą, nie odrzucą go.
Załóżmy na chwilę, że mamy osobę, która jako dziecko była karana za okazywanie złości, więc potem przez długie lata nie miała z nią kontaktu. Aż tu nagle złość się pojawia, na przykład wraz z narodzinami dzieci. Już wie, że ona jest, ale zupełnie nie potrafi jej "obsługiwać". Co wtedy?
- Ponowne nawiązanie kontaktu ze złością może być spowodowane wieloma sytuacjami, jeśli jednak takim triggerem jest dziecko, już w pierwszym kroku zalecałabym pójście do terapeuty. Niekoniecznie po to, żeby rozpocząć jakąś długą terapię, ale żeby móc przegadać to, co się dzieje, zastanowić się, dlaczego i nauczyć się jakoś z ta złością pracować. Bo szkoda by było, żeby nasza nieporadność wpływała na dziecko i żebyśmy to właśnie na nim trenowali obsługę złości. A powodów, które mogą odpalić złość jest w rodzicielstwie wiele: od deprywacji snu, przemęczenia i braku czasu dla siebie, przez wspomnienia z naszego własnego dzieciństwa po oczekiwania, jakie względem siebie mamy.
- Na przykład uważamy, że jesteśmy całkiem fajnymi mamami, że bardzo się staramy, więc nasze dziecko powinno być spokojne, pogodne, zadowolone. A ono co? Drze się, złości, rzuca przedmiotami. Dla wielu osób zaakceptowanie takich zachowań może być naprawdę trudne, bo np. przypominają im się ich domy, w których za okazywanie złości była kara, pojawia się wstyd przez ludźmi i złość na dziecko a'la "to ja się tak dla ciebie staram, a tobie wiecznie coś nie pasuje" albo zwyczajny lęk o to, czy aby na pewno jesteśmy dobrymi matkami. Dobrze się temu wszystkiemu przyjrzeć, nie tylko po to, żeby dziecku żyło się lżej, ale i nam.
Do czego w takim razie może prowadzić jej wypieranie albo wręcz blokowanie?
- Czasami lubię porównywać nasze życie emocjonalne do zupy. Żeby była smaczna, powinno być w niej wiele różnych składników, a nie jeden, choćby najpyszniejszy. Tak samo jest właśnie z emocjami - wszystkie są nam potrzebne, żebyśmy mogli żyć pełnią życia. Tyle, że nie wszystkie w tym samym momencie i z taką samą intensywnością. Kiedy więc słyszę, jak ktoś mówi "ja to się wcale nie złoszczę", nie uważam tego za jakiś wielki atut czy sukces. Jeśli pozbędziemy się z życia złości, może pojawić się w nim sporo niepotrzebnego cierpienia - nie będziemy umieć mówić "nie", na wszystko się zgodzimy, wiecznie będziemy spychać swoje potrzeby na ostatnie miejsce, każdemu ustąpimy. Na krótką metę może i dostaniemy za to nagrodę w postaci pochwał, poczucia bycia potrzebnym, lubianym. Ale po dłuższym czasie spodziewałabym się raczej zmęczenia, wypalenia i zgorzknienia; przekonania, że inni ludzie tylko nas wykorzystują, zamiast zauważyć. Bo zabrakło złości, która dałaby siłę, żeby w końcu powiedzieć: "no kurde, ileż można, mam tego dość!" i wreszcie zacząć myśleć o sobie.

Jak w takim razie przestać bać się złości? Dźwięczą mi teraz w głowie słowa koleżanki, która tak skomentowała kiedyś swoją sytuację w pracy: "wiesz co, ja to się boję, że jak się wkurzę, to nie wytrzymam i ich wszystkich pozabijam". Przesada, ale faktycznie bała się np. tego, że powie za dużo czy da się ponieść w sytuacji zawodowej, a to wpłynie na jej reputację osoby "profesjonalnej".
- Dobrze uświadomić sobie, że nawet, jeśli zdarzy nam się przekroczyć jakieś granice, np. krzyknąć, a zdarza się to niemal każdemu dlatego, że jesteśmy ludźmi, nie nastanie koniec świata. Można wyjaśnić, można przeprosić. Złość jest emocją, którą należy traktować po prostu jak informację - nie mamy wpływu na to, że się pojawia, ale mamy wpływ na to, co z nią zrobić. Agresja zaś, czyli to, czego często się boimy, jest działaniem, które wybraliśmy, efektem świadomej decyzji. Jasne, osoby stosujące przemoc często próbują się usprawiedliwiać np. "zdenerwowała mnie", "sprowokowała mnie" - możemy oglądać takie sceny w filmach, czytać o nich w gazetach czy nawet w nich uczestniczyć. Jednak należy pamiętać, że wszelkie wymówki to tylko próba zrzucenia odpowiedzialności na drugą osobę, a nie prawda.
- Tak sobie myślę, że pani znajoma może również mieć na myśli taki "wybuch", kiedy tracimy nad sobą kontrolę i mówimy rzeczy, z których nie jesteśmy dumni. Takie sytuacje paradoksalnie mogą być właśnie efektem tłamszenia złości, która nie znajduje ujścia regularnie; kiedy w końcu je znajdzie, wszystko przebiega o wiele gwałtowniej. Tak dzieje się np. w procesie wychowywania dzieci. Oczywiście, jeśli można unikać takich wybuchów i na bieżąco się regulować, warto to robić. Jednak nie zawsze to się udaje - i to jest normalne. Dobrze, żeby dzieci widziały rodziców z całą paletą emocji, bo dzięki temu same uczą się, że czucie jest w porządku. Kiedy zdarzy się, że nie wytrzymamy i krzykniemy, po prostu nie zostawiajmy potem tej sytuacji bez komentarza. A ten nie musi mieć formy jakiejś rozbudowanej psychoedukacji. Ot: "słuchaj, wiele razy prosiłam cię, żebyś posprzątał pokój, w końcu się zdenerwowałam, skończyła mi się cierpliwość i wrzasnęłam. Przepraszam, postaram się lepiej sobie radzić ze złością. Jednak bałagan dalej mnie denerwuje, więc wymyślmy wspólnie, jak rozwiązać tę sytuację". Dzieciaki to też są ludzie i one naprawdę wiele rozumieją; nawet te malutkie - czego nie dorozumieją, to doczują.
Od czego w takim razie zacząć taki proces pracy ze złością, który sprawi, że nauczymy się adekwatnie reagować?
- Przede wszystkim nie warto podchodzić do siebie jak do robota, który po terapii i przeczytaniu iluś książek już nigdy na nikogo nie nakrzyczy i już zawsze będzie zachowywał się modelowo. To nierealne. Podoba mi się, że użyła pani słowa "proces", bo ono zakłada, że coś sobie trwa, nie ma linii mety. Myślę, że dobrze zacząć od lepszego poznania złości, na przykład jej etapów. Bo zazwyczaj ten straszny Wielki Wybuch poprzedzają drobne irytacje, frustracje; pojawia się mały płomyk, ale jeszcze nie taki, który może wywołać pożar i zostawić dookoła zgliszcza.
- Często ignorujemy te momenty, a właśnie umiejętność ich dostrzeżenia i odpowiedniego zareagowania jest kluczowa. Na przykład kiedy dziecko wraca ze szkoły i po raz kolejny nie zdejmuje ubłoconych butów, tylko rzuca w przedpokoju plecak i idzie do swojego pokoju, a w nas pojawia się irytacja, dobrze się nią zająć; nie czekać do wieczora, bo istnieje ryzyko, że dzień przyniesie nam takich irytacji jeszcze wiele, a kiedy one się skumulują, nie będzie merytorycznej rozmowy, tylko awantura. Dlatego lepiej zareagować od razu, pójść do dziecka i powiedzieć: "hej, znowu nie zdjąłeś butów i całą podłoga jest brudna. Cały dzień sprzątałam i złości mnie, że nie szanujesz mojej pracy. Weź proszę szmatę i to zetrzyj". Czy dziecko posłucha? Nie wiem, to tylko przykładowa scenka. Ale w oswajaniu złości takie treningi są bardzo ważne.

Jak można trenować, ale tak, by nie krzywdzić bliskich? Nie mam tu na myśli wyłącznie dzieci, ale także dorosłych. Moja koleżanka stosuje metodę na "bluzganie pod nosem" i mówi, że pozwala jej upuścić trochę napięcia.
- Jeśli nie chcemy trenować na dziecku, bo dopiero zaczynamy naukę, można "wykorzystać" przypadkowych ludzi, którzy nie są nam bliscy i raczej nie zrobimy im wielkiej krzywdy. Czyli - ktoś w sklepie wepchnął się przed nas w kolejkę do kasy. Można to przemilczeć, ale już mamy na koncie jeden punkcik irytacji. A można dać zadziałać złości i powiedzieć: "przepraszam, ale stałam w kolejce przed panem.". Niby nic, ale takie treningi w końcu przyniosą efekt, trzeba tylko dać sobie czas.
- Natomiast jeśli chodzi o sposób z bluzganiem pod nosem - jest w porządku, pod warunkiem, że na samym wybluzganiu złości się nie kończy, ale podejmiemy potem jakieś działania, np. sprawdzimy, co nas tak zdenerwowało i rozmawiamy o tym z bliskimi. Wiele osób sądzi, że podstawą pracy ze złością jest to, by nikogo nie skrzywdzić, a jeśli już dojdzie do jakiejś nieprzyjemnej sytuacji, przeprosić. Ale ta "praca" to także identyfikowanie problemu, który tę złość triggeruje. Jeśli na przykład jest to konkretne zachowanie bliskiej osoby, mądrze byłoby o tym porozmawiać. Nie na zasadzie oskarżeń: "znowu nie wyniosłeś śmieci, wkurzasz mnie, nie myślisz o mnie, ciągle muszę wszystko robić za ciebie", ale: "słuchaj, złoszczę się, kiedy obiecujesz, że wyniesiesz śmieci, ale tego nie robisz i ja mam kolejny obowiązek, a już i tak jest mi trudno. Co możemy z tym zrobić?".
Czyli wyjść od słynnego "komunikatu ja".
- Tak, ale nie na zasadzie terapeutycznej gadki albo skryptu z jakiegoś podręcznika, tylko tak "po ludzku". Uspokoić się, a potem przyjść i powiedzieć, jak się mamy z tą sytuacją i jak na nią reagujemy. To ważne, bo druga osoba może nie mieć zielonego pojęcia, co nas triggeruje i zaręczam - często nie ma. Po co więc kazać się komuś domyślać i skazywać dwie osoby na cierpienie, kiedy można zwyczajnie pogadać? Podobnie powinno być po Wielkim Wybuchu. Czyli jeśli na kogoś nakrzyczymy, powinniśmy przeprosić za reakcję, ale nie za emocję - bo ona jest, jaka jest. Skoro się pojawiła, to o czymś informuje. Czyli nie "bardzo przepraszam za te krzyki, nie poruszajmy już tego tematu", tylko "przepraszam za to, że krzyknęłam, nie powinnam była. Tylko widzisz, mam na głowie tyle obowiązków, a jeszcze muszę wynosić śmieci, choć obiecałeś, że ty będziesz to robił". Wtedy ta osoba dostaje komunikat "wiem, że też nie jestem idealna, ale zależy mi, żeby coś się zmieniło i chcę, żebyśmy popracowali nad tym razem". Zazwyczaj to naprawdę niezły wstęp do owocnej rozmowy.

Dobrze rozumiem, że fiksowanie się na sposobach okazywania złości czy metodach na uspokojenie się nie jest sednem sprawy, bo ważne jest odczytanie informacji, która ta złość niesie i podjęcie jakichś kroków?
- Dokładnie tak. Można stosować jakieś techniki wyciszające, wypracować swoje metody na bezpieczne i regularne upuszczanie złości, ale to wszystko nie sprawi, że przestaniemy ją czuć. Żeby jakiś temat zamknąć, trzeba mu się najpierw porządnie przyjrzeć: co mnie denerwuje? Dlaczego? Co mogę zrobić, żeby tę sytuację zmienić? Bo jeśli przyjmiemy strategię "nic nie zmieniam i zobaczę, co będzie" to jest spora szansa, że złość będzie pojawiać się coraz częściej i będzie coraz silniejsza. Każde jej pojawienie się można wtedy rozumieć jako komunikat: "załatw to", "no załatw to wreszcie", "zrób to! powiedz to! zakończ to!".
- Ponieważ bardzo wiele osób nadal nie chce czuć złości, postanawiają jej nie słuchać. Ona mówi, my ją ignorujemy albo nie zadajemy sobie trudu, by zrozumieć jej przekaz. A jednak, ona nie rezygnuje; ciągle wraca, bo w gruncie rzeczy to emocja, która o nas dba. A więc może mówić: "dzieciom nic się z ojcem nie stanie, a ty idź wreszcie do tego kina, bo marzysz już o tym pół roku", "zapisz się na tę jogę, sprawdź grafik szkół, a nie wiecznie narzekaj, że nie masz czasu". Im szybciej nauczymy się odczytywać takie wiadomości, tym mniej będzie głośnych wybuchów - bo złość nie będzie już musiała po nie sięgać, byśmy ją wreszcie zauważyli. Na początek bardzo polecam pisanie dziennika; po to, żeby zapisywać sytuację i spróbować zanalizować, co ją spowodowało. Pisanie, zwłaszcza ręczne, nas zatrzymuje, pozwala uporządkować myśli, skupić się tylko na sobie.
- Nie chodzi tu o długie wpisy ze starannie dobranymi słowami. To nie wypracowanie, a zwykłe notatki, np.: "rano wkurzyła mnie kasjerka, bo wolno kasowała. Byłam już rozdrażniona, bo kolejną noc słabo spałam. Chcę się wreszcie wyspać, więc poproszę męża, żeby ten nocy to on wstał do dziecka". Koniec wpisu. A jeśli ktoś naprawdę nie lubi pisać, może się nawet nagrać na dyktafon, chyba wszystkie smartfony mają taką aplikację. Forma nie jest najważniejsza, tylko kontakt z samym sobą. Coś przeciwstawnego, niż to, co fundujemy sobie np. podczas scrollowania social mediów. Tam chodzi o to, żeby się od swoich myśli odciąć, a w pisaniu czy nagrywaniu - żeby im się przyjrzeć.
Czyli scrollowanie zagłusza, a w pracy ze złością chodzi właśnie o to, żeby usłyszeć.
- Tak, bo jeśli ten moment napięcia rozładujemy scrollowaniem, nie dowiemy się o sobie nic. Owszem, pojawi się ulga, ale ona jest naprawdę krótkotrwała. Złość znowu wróci, bo ona zawsze wraca.
Wcześniej wspomniała pani o ludziach, którzy o swoją złość, a konkretnej - zachowania agresywne, próbują obwiniać innych. Myślę, że takie próby przerzucenia odpowiedzialności za to, co czujemy, zdarzają się wielu z nas, dlatego chciałabym dowiedzieć się, jak sobie radzić z pokusą pt. "to przez ciebie".
- No cóż, niestety nie ma tu żadnej drogi na skróty - trzeba sobie uświadomić, że zawsze, ale to zawsze, za reakcje na swoje emocje jesteśmy odpowiedzialni my. To jak z głodem - kiedy chcemy jeść, raczej nie myślimy, że to wina mamy czy męża, ani nie oczekujemy, że to oni nas nakarmią, tylko wstajemy z kanapy i robimy sobie kanapkę. Jasne, że czyjeś zachowania mogą wywoływać w nas emocje, tak się dzieje non stop. Ale dojrzała osoba nie będzie oczekiwała, że cały świat się do niej dopasuje, ale sprawdzi, co może zmienić sama, a gdzie potrzebuje współpracy. Przykład - jeśli denerwuje mnie obsługa w jakimś sklepie, nie muszę się co rano wściekać, że 10 minut czekam na ekspedienta, tylko zmieniam miejsce zakupów. Jeśli denerwuje mnie zachowanie partnera lub dziecka, mówię im o tym - oczywiście z wykorzystaniem komunikatu "ja" i próbuję wypracować jakieś rozwiązanie. Wiem, że czasem chcielibyśmy, żeby w życiu było łatwiej, żeby inni ludzie domyślali się, o co nam chodzi i zmieniali, bo my tak chcemy. Ale bądźmy ze sobą szczerzy - to utopia.

No dobrze, na koniec zostawiłam sobie dwa pytania. Pierwsze brzmi: jak chronić się przed złością innych, jeśli próbują nas obwiniać lub akurat znaleźliśmy się w centrum wielkiego wybuchu?
- Przede wszystkim uświadomić sobie, że ta złość nie jest o nas. Oczywiście jednym z nas będzie łatwiej, a innym trudniej. Np. osoby z adekwatnym poczuciem własnej wartości albo takie, które nie pochodzą z domu, w którym trzeba było brać odpowiedzialność za emocje domowników, łatwiej przechodzą nad takimi sytuacjami do porządku dziennego. Gorzej, jeśli ktoś ma tę pewność siebie zaniżoną lub w rodzinie pełnił rolę pocieszyciela - wtedy łatwiej mu będzie uwierzyć, że ktoś zezłościł się "przez niego" i próbować jakoś tę sytuację "naprawiać". Kiedy ktoś "wpada w szał", złości się, rzuca sarkazmami - to jest o nim. Nie ma znaczenia, kto akurat stoi obok ani czyje słowa wywołały furię. Granice w takich sytuacjach? Jak najbardziej, ale to, co najczęściej w tym przeszkadza, a o czym rzadko mówimy, to umiejętność wytrzymania własnego dyskomfortu gdy już granice postawimy. Ciekawa jestem, jak brzmi drugie pytanie?
Chciałabym dowiedzieć się jeszcze, jak towarzyszyć innym w ich złości. Nie mówię o sytuacji, kiedy ktoś nas obwiania albo na nas krzyczy, ale po prostu widzimy, że z czym sobie tak bardzo nie radzi. Wiem, że w smutku często wystarczy towarzyszenie. A jak jest ze złością?
- Przede wszystkim na nią pozwolić, bez oceniania. Czy złości się dziecko, czy mąż, czy ktoś jeszcze inny - każdy ma do przeżywania tej emocji prawo. Jeśli ktoś chce przeklinać, a nam to nie przeszkadza, to niech sobie przeklina, krzyczy, wali w poduchy, upuści z tej złości, ile się da. A kiedy się uspokoi - można zachęcić go do rozmowy, bo, jak wspomniałam, złość wyzwala energię, a tłumienie jej w sobie jest bardzo męczące. Przy czym niezwykle ważne jest to, żeby nie przesadzić z empatią - w tym sensie, żeby nie połączyć się z cierpieniem drugiej osoby, nie brać na siebie odpowiedzialności za rozwiązanie problemu albo poprawę czyjegoś humoru. Bardzo, bardzo często wystarczy po prostu posłuchać, powiedzieć: "rzeczywiście, masz prawo się wściec", "faktycznie masz przerąbane" - powiedziałabym, że jakieś 90 proc. ludzi nie oczekuje żadnych rad ani rozbudowanych komentarzy, tylko uwagi i bycia obok.
- Myślimy - np. przyjaciółka się wścieka, bo zdradził ją mąż, więc i ja powinnam się wściekać. No nie, właśnie, że nie - koleżanka może się wściekać, ja przytaknę, że jej mąż to kretyn, zrobię kawę, ale jednocześnie będę się też cieszyć, bo wieczorem mam zaplanowane wyjście do teatru. Ludzie naprawdę są w stanie pomieścić w sobie wiele, pod warunkiem, że się nie boją. Towarzyszeniu innym w dużych emocjach, nie tylko w złości, towarzyszy często presja, którą sami sobie nakładamy, że musimy coś zrobić, rozwiązać, powiedzieć coś mądrego. A kiedy zorientujemy się, że wcale nie musimy nic robić, rozwiązywać ani dawać rad, to bycie z drugą osobą będzie dla nas łatwiejsze.
Wyobrażam sobie - pamiętam, jak kiedyś rozpłakała się przy mnie osoba, której łez nie widziałam nigdy wcześniej, którą miałam za "silną". W pierwszym momencie naprawdę nie wiedziałam, co zrobić - i co ze sobą w tej sytuacji zrobić.
- A zwykle robić nie trzeba wiele - po prostu być i pozwolić tym emocjom wybrzmieć. Kiedy dostaną to, czego chcą, czyli uwagę i uznanie, słabną, a w końcu - mijają.











