Oto praca, która wykańcza psychicznie i fizycznie. Większość osób jej nie docenia
O niewidzialnej pracy kobiet można by napisać niejedną książkę. I chociaż urlop macierzyński niewiele ma wspólnego z urlopem, a "siedzenie w domu" z relaksem na kanapie i odpoczynkiem, to w społeczeństwie wciąż pokutuje mit, że brak finansowego wynagrodzenia oznacza, że wykonywane obowiązki nie są pracą. W tle zaś ukrywa się kolejne, wyczerpujące mnóstwo kobiet, zjawisko - mentalne obciążenie, które wykańcza emocjonalnie i psychicznie. O konieczności nieustannego "zarządzania codziennością" - pilnowania terminów i pamiętania o wszystkim, co dotyczy dzieci, opowiedziały nam bohaterki tekstu.

Spis treści:
- Czym jest mental load?
- Anna, 36 lat: "Czuję się jak asystentka mojego męża"
- Iwona, 37 lat: "W naszym domu to ja odpowiadam za całe centrum dowodzenia"
- Emilia, 35 lat: "Organizacja życia bywa bardziej wykańczająca niż zwykłe obowiązki"
- Jak uciec z pułapki mental load? Psychoterapeutka daje konkretne rady
Czym jest mental load?
Mental load, czyli mentalne obciążenie to określenie powszechnie występującego w społeczeństwie zjawiska. To niewidzialna praca, która spada na jedną osobę w związku, najczęściej na kobietę. Nie chodzi tu o codzienne domowe obowiązki, takie jak pranie, gotowanie czy sprzątanie, ale o niewidzialne procesy zachodzące w tle. Pozornie niewinne i niewymagające dużego nakładu pracy czynności - sporządzanie listy zakupów, planowanie posiłków na kolejne dni, umawianie i pamiętanie o wizytach lekarskich dzieci, kontakty z przedszkolem czy szkołą i wszelkie związane z tym obowiązki, a także pamiętanie o rodzinnych uroczystościach czy prezentach.
Ta lista właściwie nie ma końca - mental load wiąże się z całą organizacją zwykłego codziennego życia, tak by wszystko szło gładko i według planu. Ale mimo że praca ta jest trudno dostrzegalna i mało doceniana, wiąże się z ogromnymi kosztami ze strony osoby, która ją wykonuje.
Anna, 36 lat: "Czuję się jak asystentka mojego męża"
- W moim małżeństwie są momenty, w których czuję się jak asystentka mojego męża. Ciągle słyszę: "przypomnij mi" albo "zapisz w kalendarzu". Jakby tego było mało, rzadko kiedy to działa. Zwykle muszę przypominać jeszcze dwa razy tuż przed, a potem dzwonić i upewnić się, czy nie zapomniał. Mój mąż aktywnie uczestniczy w domowych obowiązkach, zajmuje się wieloma rzeczami i potrafi zrobić różne rzeczy. Ale potrzebuje kogoś, kto mu to zorganizuje. Kiedy mówię, że trzeba jechać do lekarza z dziećmi, słyszę: "Ok! Przypomnij mi dzień wcześniej, wyślij sms z przypomnieniem i napisz mi na kartce, o co zapytać i jakie leki przyjmowały". I tak jest niestety ze wszystkim. Jak trzeba uprać firanki, to mąż mówi: "Ok. Na jaki program mam nastawić? Do której przegrody proszek, a do której płyn do płukania? Trzeba je prasować?".
- Taki układ potrafi zmęczyć. Mimo że jestem osobą, która potrafi organizować i dobrze się czuje z wielozadaniowością, to jednak czasem potrzebuję mieć poczucie, że jeśli ja zawiodę, to ktoś inny czuwa. Może wtedy mój mózg mógłby czasem odpocząć i poczuć, że mam dorosłego partnera, który również o wszystkim myśli i bierze za to odpowiedzialność.
Lęk związany z tym, że kiedy przestaniemy wszystkiego pilnować, to wiele rzeczy będzie gorzej zrobione, jest naturalny. Ale tak naprawdę potrzebujemy wewnętrznej pracy nad tym, by zacząć „odpuszczać” niektóre sprawy

Iwona, 37 lat: "W naszym domu to ja odpowiadam za całe centrum dowodzenia"
- Każdy mój dzień zaczyna się intensywnie. Od świtu "przeglądam" w głowie listę: kto dziś ma WF, kto basen, czy jest logopedia, czy w przedszkolu nie kończą się chusteczki, czy dziś jest Dzień Pluszaka i czy miś został spakowany. Szykuję dwoje dzieci - 5-letnią córkę i 8-letniego syna - do przedszkola i szkoły. Ubieram, czeszę, pilnuję, żeby śniadanie zostało zjedzone, żeby plecaki były kompletne. Strój na WF, rzeczy na basen, teczka na logopedię, podpisane formularze, opłacone wycieczki, składki klasowe. To ja pamiętam o terminach i przelewach. Mąż odwozi dzieci, ale całe "centrum dowodzenia" poranka - planowanie, przewidywanie, sprawdzanie - jest po mojej stronie. To ja mam w głowie kalendarz szkoły, przedszkola i zajęć dodatkowych.
- Po południu zaczyna się druga zmiana. Trudniejsze zadania domowe, projekty szkolne czy prace plastyczne wymagają pomocy rodzica - to ja wtedy siadam z dziećmi. Poza tym regularnie wykonuję z nimi ćwiczenia logopedyczne. Tłumaczę, poprawiam, motywuję. Dzieci chodzą też na wiele zajęć dodatkowych, na które je zawożę. Pilnuję grafików, godzin, zmian w planie. Wszystkie kontakty z nauczycielami są po mojej stronie: zgody, opłaty, zgłaszanie nieobecności. Jestem na grupach rodziców i w Librusie, a więc wszystkie informacje trafiają do mnie. Na wywiadówki chodzę sama. Jeśli ja zapomnę - nie przypomni nikt.
- W całości organizuję też kwestie związane ze zdrowiem dzieci. Umawiam wizyty w przychodniach i u specjalistów, szukam potrzebnych lekarzy, jeżdżę z dziećmi na badania diagnostyczne, a kiedy są chore, to ja podaję leki. Na mojej głowie jest pilnowanie leczenia ortodontycznego córki i pamiętanie o przekręcaniu aparatu.
- Sama organizuję też prezenty na przeróżne okazje, także dla rodziny męża. Z wyprzedzeniem kupuję ubrania i buty dla dzieci na kolejne sezony, pamiętam o opłacaniu wszystkich rachunków, a do tego prowadzę domowy budżet - zapisuję wszystkie wpływy i wydatki, planuję finanse na kolejne miesiące. To ja zauważam, że brakuje leków, opału czy środków czystości. Dom działa, rachunki są zapłacone, dzieci mają buty w odpowiednim rozmiarze. Nikt nie pyta, kto o tym pamiętał.

- Osobną historią jest budowa domu. Przez dwa lata załatwiałam całą dokumentację w urzędach, szukałam architektów, kierownika budowy i wszystkich niezbędnych specjalistów. Obecnie organizuję podłączenie wody, gazu i prądu. Dzwonię, ustalam, przypominam, pilnuję terminów. Decyzje podejmujemy wspólnie z mężem, ale koordynacja całego procesu spoczywa na mnie. To ja byłam tą osobą, która nie chciała się poddać, kiedy sprawy administracyjne ciągnęły się latami.
- Na co dzień pracuję jako księgowa w dużej korporacji. Czasy stały się trudne - zwolnienia grupowe, więcej obowiązków, większa presja. Staram się być profesjonalna, wydajna i skoncentrowana, ale w tle zawsze działa drugi system - lista spraw domowych, szkolnych i budowlanych. Najtrudniejsze jest to, że w tym wszystkim nie ma miejsca na mnie. Powinnam znaleźć czas na lekarzy, ćwiczenia, zdrową dietę. Zamiast tego jem w biegu i działam na rezerwie energii. Mąż wykonuje swoje obowiązki - robi zakupy, zajmuje się naprawami samochodu czy porządkami na budowie, czasem pomoże w sprzątaniu czy praniu, pobawi się z dziećmi. Ale mam poczucie, że to ja jestem "menedżerem" tej rodziny. Chciałabym oddać część obowiązków, ale nasze życie to system, który działa, bo ktoś nad nim czuwa. I boję się, że jeśli przestanę - coś się rozsypie. Lista codziennych zadań jest długa. Ale jeszcze dłuższa jest lista rzeczy, o których trzeba pamiętać. A ciągłe planowanie, przewidywanie i kontrolowanie bywa bardziej wyczerpujące niż samo działanie.
Jeśli my będziemy stale nadodpowiedzialne i kontrolujące, to nasz partner nie doświadczy chociażby konsekwencji z zapłaceniem odsetek kredytu za dom, a my dalej pozostaniemy w pułapce nadodpowiedzialności za innych
Emilia, 35 lat: "Organizacja życia bywa bardziej wykańczająca niż zwykłe obowiązki"
- Jestem mamą trójki dzieci i przyznam, że codzienna organizacja życia bywa bardziej wykańczająca niż zwykłe obowiązki. Kiedy sprzątam czy gotuję, jednocześnie myślę o tym, co trzeba zrobić w ciągu kolejnych dni. Wiem, że muszę pomyśleć o wiosennych ubraniach i butach dla dzieci, w głowie planuję już, co kupić w sklepie i jakie posiłki przygotować dzieciom do szkoły, a co ugotować na obiad, żeby było zdrowe, a jednocześnie smakowało wszystkim domownikom.
- Bardzo pracochłonne jest też umawianie wizyt u lekarzy, zajęć pozalekcyjnych czy spotkań dzieci z koleżankami. Cała ta logistyka wymaga ogromu energii, by wszystko rozdysponować i połączyć ze sobą. Mąż dostaje jedynie informacje, gdzie pojechać i odebrać dziecko, bez dodatkowego myślenia co i jak.
- Niestety mam wrażenie, że wciąż wszystko, co związane z dziećmi, spoczywa na barkach kobiet. Organizowanie prezentów na różne uroczystości rodzinne i szkolne, czuwanie nad edukacją, zakup ubrań i książek, a nawet wybór odpowiednich szczepień - to w domyśle sprawy kobiece, których mężczyźni nawet nie próbują ogarniać. Efekt? Wieczorem często mimo zmęczenia nie mogę zasnąć, bo pochłaniają mnie myśli dotyczące codziennych spraw i zamartwianie się, czy decyzje, które podjęłam, są odpowiednie.

Jako kobiety często tkwimy w takim mechanizmie „udowodnij, rywalizuj, pokaż, że jesteś najlepsza”. I bywa, że działamy w ten sposób zarówno w pracy, jak i w domu, a relacja z partnerem staje się wtedy kolejnym polem walki
Jak uciec z pułapki mental load? Psychoterapeutka daje konkretne rady
Magdalena Kowalska, Interia: Dlaczego mental load najczęściej dotyczy kobiet? Czemu "z automatu" bierzemy na siebie całą odpowiedzialność związaną z dziećmi, domem i organizacją życia, mimo że pracujemy też zawodowo?
Weronika Potaczek, psycholog, psychoterapeuta psychodynamiczny, Centrum Myśli: - Przyczyn jest wiele. Na pewno to kwestia zwyczajów, zarówno społecznych, jak i rodzinnych. Obserwując własne babcie i mamy, podświadomie łatwiej powtarzać nam mechanizmy, które znamy. Naśladując znane wzorce, czujemy się bezpieczniej.
Czym grozi ciągłe mentalne obciążenie?
- Przede wszystkim sporym wyczerpaniem i brakiem energii. Na dłuższą metę możemy odczuwać permanentny brak satysfakcji, bez względu na to, czym się w życiu zajmujemy. Mental load uniemożliwia też radość z bycia w relacji. Bo sprawowanie opieki, kontakt z drugim człowiekiem czy zajmowanie się domem może być satysfakcjonującą przestrzenią. Kobiety często wybierają takie zajęcie, bo je lubią. Ale jeśli wynikające z tego obowiązki są stale nadmiarowe, to ciężko odczuwać radość czy zadowolenie.
I pojawia się wtedy poczucie niesprawiedliwości, a często "licytowanie się" z partnerem o to, kto robi więcej albo ciężej pracuje. Jak wyjść z tej pułapki?
- Jeżeli w relacji zaczyna dochodzić do udowadniania sobie nawzajem, kto robi więcej, kto ma trudniej, to w efekcie ta rozmowa nie dotyczy rozwiązania problemu, a zaczyna przypominać konkurs na cierpienie. Kto więcej cierpi, kto wkłada większy wysiłek. To jest częsty mechanizm w parach. I to rzeczywiście jest pułapka, bo jeżeli się licytujemy, to zawsze któraś ze stron będzie się czuła niedoceniana, zmęczona i przeciążona. Jeśli zaczynamy w ten sposób funkcjonować z partnerem, to jest sygnał, że mamy potrzebę bycia zauważonym i docenionym. Dla kobiet często wystarczające jest to, że druga osoba zauważa wysiłki, potrafi powiedzieć dobre słowo i postawić się w ich roli. Druga kwestia to poczucie lęku, że jeśli przestanę wszystkiego pilnować, to świat się zawali.
To prawda, to, co najczęściej pojawia się w wypowiedziach moich bohaterek, to obawa przed konsekwencjami jakiegoś niedopilnowanego terminu albo nieidealnym załatwieniem sprawy związanej z dziećmi.
- Tu się pojawia też kwestia kontroli. My kobiety czujemy się sprawcze, kiedy mamy wszystko pod kontrolą. Więc lęk związany z tym, że kiedy przestaniemy wszystkiego pilnować, to wiele rzeczy będzie gorzej zrobione, jest naturalny. Ale tak naprawdę potrzebujemy wewnętrznej pracy nad tym, by zacząć "odpuszczać" niektóre sprawy. No bo co się stanie, jeśli dziecko pójdzie do przedszkola w złych spodniach albo będzie mieć źle umyte zęby? Tu stwarza się pole do kolejnej licytacji - nawet jeśli partner przejmuje obowiązki i związaną z nimi odpowiedzialność, to słyszy, że robi wszystko gorzej, nie tak jak trzeba. To kolejna pułapka, na którą warto spojrzeć z dystansu. Bo jako kobiety często tkwimy w takim mechanizmie "udowodnij, rywalizuj, pokaż, że jesteś najlepsza". I bywa, że działamy w ten sposób zarówno w pracy, jak i w domu, a relacja z partnerem staje się wtedy kolejnym polem walki, na którym musimy wykazać, że najlepiej ze wszystkim sobie radzimy. Zamiast tego warto dać szansę drugiej osobie, zaufać, powierzyć odpowiedzialność.
Z drugiej strony najbardziej obawiamy się problemów zdrowotnych dzieci czy np. odsetek za nieterminową spłatę raty. Życie wydaje się dostatecznie trudne, by jeszcze narażać się na dodatkowe koszty.
- No tak, tylko że doświadczanie konsekwencji jest budujące i niezbędne nie tylko w procesie wychowywania dzieci. Często spotykam matki, które są nadodpowiedzialne za swoje dzieci - cały czas przypominają im o zadaniach domowych czy pakują plecaki. W efekcie matka przejmuje odpowiedzialność, a dziecko się jej nie uczy. A powinno się konfrontować z negatywną oceną nauczyciela za nieprzygotowanie. To jest dla niego szansa, by nauczyło się odpowiedzialności. Wyręczanie to droga donikąd. I podobnie jest w kontekście naszej relacji z partnerem, te mechanizmy są bardzo zbliżone. Jeśli my będziemy stale nadodpowiedzialne i kontrolujące, to nasz partner nie doświadczy chociażby konsekwencji z zapłaceniem odsetek kredytu za dom, a my dalej pozostaniemy w pułapce nadodpowiedzialności za innych. To bardzo ważne, by w związku określić, co jest moją odpowiedzialnością, a co drugiej osoby. Warto komunikować to partnerowi - nie atakując go, ale przez pryzmat własnych uczuć i potrzeb. Możemy powiedzieć: "nie chcę być sama z tą odpowiedzialnością", "chciałabym czuć, że jesteśmy w tym razem". Taka rozmowa może pokazać, że nie rywalizujemy, ale działamy razem, że coś jest ważne dla nas obojga. Że jesteśmy w relacji, w której współdzielimy różne szczęścia, kłopoty i trudy.
Poznaj sekrety psychologii, które pomagają zrozumieć siebie i innych, poprawić relacje i wykorzystać potencjał umysłu w praktyce. Wejdź na kobieta.interia.pl/psychologia











