Spis treści:
- Początki w Polsce. "Wrażenia pozytywne lub neutralne"
- Pierwsze zderzenie z międzynarodowym środowiskiem
- Przeprowadzka do Barcelony i praca w korporacji. "Negatywne uwagi tylko od Polaków"
- Własny biznes. "Jeśli zarobisz więcej niż inni, to będą chcieli na ciebie donieść"
- Jeśli zarabiasz więcej niż twój sąsiad za granicą, to lepiej… miej się na baczności
Początki w Polsce. "Wrażenia pozytywne lub neutralne"
Pierwsze staże i prace zaczynałam oczywiście w Polsce, w większości właśnie z rodakami. I żeby być uczciwą: miałam przez te lata naprawdę bardzo dużo różnych doświadczeń. Ogólnie moje relacje zawodowe były pozytywne lub neutralne. Trafiałam na ludzi, którzy potrafili pomóc, podpowiedzieć, wprowadzić mnie w nowe obowiązki, ale też na takich, którzy byli ostrzy, wymagający i bezpośredni. Nie zawsze było miło, ale było w tym sporo normalności.
Prawdziwa "jazda" zaczęła się dopiero wtedy, kiedy wyjechałam za granicę.
Pierwsze zderzenie z międzynarodowym środowiskiem
Jeszcze zanim wyprowadziłam się z Polski, miałam okazję pracować z ludźmi z innych krajów. I już wtedy zauważyłam pewną różnicę. Obcokrajowcy byli zazwyczaj bardziej otwarci, spokojniejsi w komunikacji i, przynajmniej z mojej perspektywy, mniej skupieni na ocenianiu drugiej osoby.
Nie chodzi o to, że wszyscy zza granicy byli cudowni, a Polacy źli. Absolutnie nie. Po prostu sposób współpracy był inny. Mniej było tego poczucia, że ktoś cały czas patrzy ci na ręce, a więcej zwykłego zaufania i partnerskiego podejścia. Wtedy jeszcze nie przywiązywałam do tego większej wagi. Dopiero później zaczęłam dostrzegać, jak duża jest to różnica.
Przeprowadzka do Barcelony i praca w korporacji. "Negatywne uwagi tylko od Polaków"
W Barcelonie, gdzie mieszkałam przez ponad 6 lat, trafiłam do firmy, w której było mniej więcej 50 proc. Polaków i 50 proc. osób z zagranicy. I wtedy zauważyłam coś, czego wcześniej nie dostrzegałam aż tak wyraźnie.
Kiedy wracałam z przerwy, wiedziałam, że mogę dostać reprymendę od kogoś na tym samym stanowisku. A to i tak eufemizm. Negatywne uwagi pochodziły wyłącznie ze strony Polaków.
Tymczasem inni, a szczególnie Niemcy i Hiszpanie, z którymi wtedy byłam w zespole, podchodzili do mnie zdecydowanie bardziej sympatycznie. Nikt nie robił mi przesłuchania z tego, ile minut mnie nie było. Nikt nie szukał powodu, żeby się do czegoś przyczepić.
I właśnie wtedy po raz pierwszy naprawdę pomyślałam: my, Polacy, chyba mamy jakiś problem z tym, jak traktujemy siebie nawzajem w pracy. Zwłaszcza za granicą. Nie każdy Polak taki był. Znam mnóstwo świetnych ludzi, z którymi pracowało mi się fantastycznie. Ale z czasem zaczęłam dostrzegać pewien powtarzający się schemat.

Własny biznes. "Jeśli zarobisz więcej niż inni, to będą chcieli na ciebie donieść"
Największym przełomem okazało się jednak założenie własnego biznesu za granicą. Tutaj szczegóły zachowam dla siebie, ale właśnie wtedy zauważyłam coś, czego wcześniej nawet nie byłam w stanie sobie wyobrazić. Donoszenie na siebie nawzajem.
Wydawałoby się, że kiedy jesteśmy za granicą, powinniśmy trzymać się razem. Że skoro jesteśmy w obcym kraju, naturalne będzie pomaganie sobie, polecanie sobie klientów, ostrzeganie przed problemami czy zwykła ludzka solidarność.
I oczywiście, takie sytuacje również mają miejsce. Mam w swoim otoczeniu Polaków, którzy naprawdę pomagają innym Polakom i robią to bezinteresownie. Ale… no właśnie, ale - często dochodzi do sytuacji, w których ktoś próbuje zaszkodzić drugiej osobie właściwie bez konkretnego powodu. Nie dlatego, że został oszukany, okradziony czy potraktowany nieuczciwie. Czasami po prostu dlatego, że coś mu się nie spodobało.
Jeśli zarabiasz więcej niż twój sąsiad za granicą, to lepiej… miej się na baczności
Jeśli zarabiasz więcej i w jakiś sposób dowiedzą się o tym niektórzy Polacy, prowadzący taki sam biznes, miej się na baczności.
Zdarzało mi się mieć styczność z ludźmi, którzy potrafili pisać publiczne posty w mediach społecznościowych, żeby oczernić inną osobę, w tym - oczywiście - mnie. Nie dlatego, że rzeczywiście ich oszukała czy zrobiła im krzywdę, ale dlatego, że mieli z nią jakiś konflikt albo zwyczajnie chcieli jej zaszkodzić. Czasami nie chodziło nawet o żaden konflikt. Pod otoczką troski o to, że "coś nie powinno tak wyglądać", kryła się po prostu zwykła zazdrość, że ktoś inny zarabia więcej.
Nie rozumiem tego, bo można się nie lubić. Można mieć konflikt. Można pokłócić się o pieniądze, źle wykonać pracę albo mieć zupełnie inne podejście do biznesu. Ale kiedy za krytyką czy "troską" zaczyna kryć się potrzeba zaszkodzenia komuś tylko dlatego, że odnosi większy sukces, więcej zarabia albo jest naszym konkurentem, to po prostu nie jest okej.
I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej paradoksalne. Wyjeżdżamy za granicę, bo chcemy lepszego życia, większych możliwości i nowych doświadczeń. A czasami okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie, bo największą konkurencją za granicą nie zawsze jest lokalny przedsiębiorca. Czasami jest nią drugi Polak.
To boli, ale niestety często tak się zdarza - najgorsze rzeczy potrafimy robić sobie nawzajem właśnie wtedy, kiedy jesteśmy poza własnym krajem.












