Klientyzacja edukacji. Kiedy szkoła zaczyna przypominać firmę usługową
Dziś coraz częściej rodzic przychodzi do szkoły z "reklamacją". Nie z pytaniem, co można zrobić, żeby pomóc dziecku, nie z gotowością do rozmowy, ale z przekonaniem, że nauczyciel wyrządził mu krzywdę. Uwaga jest "niesprawiedliwa", ocena została "wystawiona zbyt nisko", wymagania są "za duże".
Zdaniem wielu szkoły nie postrzegamy już jako wspólnoty, czyli nauczyciela, rodziców i ucznia, którzy wspólnie odpowiadają za proces wychowania i edukacji. Coraz częściej pojawia się układ przypominający relację usługodawcy z klientem.
W naukach społecznych mówi się o klientyzacji usług publicznych. Obywatel przestaje być jedynie odbiorcą działania państwowej instytucji i zaczyna patrzeć na siebie jak na klienta, który ma prawa, oczekiwania i może domagać się odpowiedniej jakości. Sam w sobie nie jest to proces zły. Większa świadomość praw, możliwość zgłaszania problemów czy wymaganie od instytucji profesjonalizmu są potrzebne.
Problem zaczyna się wtedy, gdy język klienta przenika do obszarów, które nie działają jak zwykła usługa.
Szkoła nie jest restauracją, w której niezadowolony klient może złożyć reklamację, ponieważ nie podoba mu się efekt. Edukacja jest procesem, który wymaga wysiłku wszystkich stron. Nauczyciel ma obowiązek rzetelnie wykonywać swoją pracę, uczeń, uczyć się i przestrzegać zasad, a rodzic, wspierać zarówno dziecko, jak i nauczyciela.
Tymczasem coraz częściej pojawia się przekonanie, że skoro rodzic "korzysta" z usług szkoły, może wymagać nie tylko profesjonalizmu, ale także dostosowania wszystkiego do potrzeb jego dziecka. Gdy dziecko otrzymuje uwagę, złą ocenę lub ponosi konsekwencje swojego zachowania, nauczyciel może stać się przeciwnikiem, a nie partnerem.
Właśnie w tym miejscu zaczyna się jeden z najtrudniejszych problemów współczesnej edukacji - rodzice, zamiast pomagać dzieciom w konfrontacji z konsekwencjami, stają się ich bezwarunkowymi adwokatami.
"Rodzic przychodzi z awanturą, a nie z planem działania"

Ania pracuje w szkole od 8 lat i pochodzi z rodziny nauczycielskiej. Jej babcia była nauczycielką, nauczycielką była także jej mama. Dorastała, obserwując ten zawód od środka i była przekonana, że wie, z czym wiąże się ta droga.
Dziś mówi w rozmowie z Interią, że bardzo się myliła.
- Myślałam, że wszystko wiem o tym zawodzie, widziałam go przecież od zaplecza w domu. Jakże się myliłam. Zmieniające się czasy i podejście uczniów oraz rodziców do szkoły wtedy i teraz to jakaś przepaść. Wiem, że czasy się zmieniają, ale żeby znakiem tych zmian był brak szacunku i jakaś trudna do opisania buta?
Ania prosi o anonimowość. Nie chce podawać nazwiska ani miejsca pracy, ponieważ obawia się konsekwencji swojej szczerości. To też pokazuje strach przed ewentualnymi konsekwencjami. Dyrekcja szkoły bardzo troszczy się o dobre opinie rodziców dzieci.
Ania opowiada o sytuacjach, które jej zdaniem powtarzają się coraz częściej. Wystawienie uwagi nie rozpoczyna rozmowy o zachowaniu ucznia. Staje się początkiem konfliktu.
Przychodzi rodzic nie po to, żeby uzgodnić wspólny plan działania, jakiś plan naprawczy dla dziecka, tylko z karczemną awanturą, że ja dziecku popsułam średnią i że rodzic wierzy jego wersji.
W jej słowach wybrzmiewa coś, co w relacjach między nauczycielem, rodzicem i uczniem może być szczególnie niebezpieczne. Dziecko obserwuje dorosłych.
Jeżeli rodzic w jego obecności podważa kompetencje nauczyciela, obraża go, kwestionuje każdą uwagę i automatycznie przyjmuje wersję dziecka, uczeń dostaje jasny komunikat: "Nauczyciela nie trzeba słuchać, a z jego decyzjami można dyskutować zawsze". A gdy pojawią się konsekwencje, wystarczy, że do szkoły wkroczy rodzic.
- Dzieci widzą, że rodzice nas, nauczycieli, w ogóle nie szanują. Wiedząc, że mają za sobą rodziców, nic sobie nie robią z uwag, nie okazują szacunku i dyskutują wtedy, kiedy naprawdę nie jest to potrzebne - mówi Ania.
To nie oznacza, że uczeń nie ma prawa pytać, kwestionować czy zgłaszać niesprawiedliwości. Przeciwnie. Szkoła oparta na strachu i bezwzględnym posłuszeństwie również nie jest rozwiązaniem. Problem pojawia się wtedy, gdy każde wymaganie nauczyciela uznawane jest za atak na dziecko, a każda konsekwencja za dowód niesprawiedliwości.
Dziecko między szkołą a domem. Kiedy rodzic staje się jego adwokatem

Dla Izabeli Michalak, pedagożki i terapeutki integracji sensorycznej, zmiana jest wyraźnie widoczna, choć nie oznacza, że szacunek dla nauczycieli całkowicie zaniknął.
- Autorytet nauczyciela nie jest dziś tak oczywisty jak kiedyś i coraz częściej musi być budowany poprzez relację, kompetencje, wzajemne zaufanie i codzienną pracę - mówi w rozmowie z Interią.
Dostrzega również, że rodzice mają obecnie bardzo duże oczekiwania wobec szkoły.
Czasem pojawia się podejście, w którym większy nacisk kładzie się na prawa i potrzeby własnego dziecka niż na wzajemne zrozumienie i współpracę.
To jedna z najważniejszych zmian. Rodzic ma dziś znacznie większą świadomość praw swojego dziecka i nie godzi się już automatycznie na wszystko, co robi nauczyciel. Jest to zresztą reakcja na przeszłość, w której uczeń rzeczywiście często pozostawał bezbronny.
Istnieje jednak różnica między obroną dziecka przed niesprawiedliwością, a bronieniem go przed każdą konsekwencją. To właśnie szkoła często jest bezpiecznym środowiskiem do zmierzenia się z konsekwencjami i przedsmakiem dorosłego życia. Dziecko potrzebuje dorosłego, który potrafi powiedzieć "rozumiem cię i jestem po twojej stronie, ale to nie znaczy, że zawsze masz rację". Jeżeli nauczyciel i rodzic nieustannie wzajemnie się podważają, uczeń może nauczyć się czegoś zupełnie innego niż odpowiedzialność.
Dziecko może nauczyć się, że odpowiedzialność zawsze można przerzucić na drugą osobę, a to bardzo niebezpieczny zabieg rzutujący na dorosłe życie.
Ania, nauczycielka, mówi wprost, że ten mechanizm sprawia, iż część nauczycieli zaczyna wycofywać się z funkcji wychowawczej.
- Moje koleżanki boją się konsekwencji waśni z rodzicami i uczniami. W tym strachu przed awanturą i niezadowoleniem rodziców często rezygnują z tego wychowawczego kontekstu naszego zawodu. Przymykają oko na wiele rzeczy. Uczymy te dzieci, że mogą wszystko.
A szkoła bez granic nie staje się bardziej przyjazna. Staje się mniej przewidywalna.
Dawny autorytet nauczyciela miał także swoją ciemną stronę

Współczesną zmianę łatwo byłoby opisać prostym zdaniem - kiedyś nauczyciel był szanowany, dziś nie jest. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej skomplikowana.
Natalia Miłaszewska, 30-letnia mama, zwraca uwagę, że dzisiejsze pokolenie rodziców wychowywało się w szkołach, w których autorytet nauczyciela nie zawsze wynikał z jego kompetencji, empatii czy relacji z uczniem. Często był po prostu narzucony.
- Wydaje mi się, że dzisiejsi rodzice nie szanują obecnych nauczycieli swoich dzieci, bo sami w dzieciństwie byli wielokrotnie znieważani przez swoich nauczycieli. Kiedyś nauczyciel był bliski Bogu. Co powiedział, to święte - mówi w rozmowie z Interią.
I przypomina, że jeszcze pokolenie naszych dziadków doświadczało kar cielesnych stosowanych przez nauczycieli, a społeczeństwo akceptowało takie metody wychowawcze. Wiele osób do dziś wspomina cięgi linijką po dłoniach lub wykręcanie uszu.
- Uważam, że moje dorosłe pokolenie bierze teraz swego rodzaju odwet za wszystkie wyrządzone przez nauczycieli krzywdy i nie szanuje tego zawodu, pokazując to również swoim dzieciom. Tylko pytanie, czy ma to sens, skoro to nie ci konkretni ludzie popełnili błędy wychowawcze?
To pytanie wydaje się kluczowe. Czy dzisiejszy spadek zaufania do nauczycieli nie jest częściowo konsekwencją dawnych doświadczeń? Czy społeczeństwo nie przeszło od modelu "nauczyciel zawsze ma rację" do modelu "nauczycielowi nie można ufać"?
Żaden z tych modeli nie jest zdrowy. Nauczyciel nie powinien być nieomylnym autorytetem tylko dlatego, że wykonuje określony zawód. Powinien mieć prawo popełniać błędy, ale też ponosić za nie odpowiedzialność. Uczeń powinien mieć prawo zgłosić niesprawiedliwość. Rodzic powinien mieć możliwość interweniowania.
Jednocześnie szkoła nie może funkcjonować wtedy, gdy każdy nauczyciel z definicji traktowany jest jak podejrzany, a rodzic automatycznie przyjmuje, że jego dziecko mówi prawdę, bo jest jego dzieckiem, jednocześnie wymagając od szkoły coraz więcej, w myśl zasady "płacę - wymagam".
Nie wystarczy znać matematykę. Trzeba jeszcze umieć jej nauczyć

Wizerunek nauczyciela jako surowego, chłodnego i niedostępnego człowieka również nie wziął się znikąd.
Przez wiele lat droga do zawodu nauczyciela często opierała się przede wszystkim na wiedzy przedmiotowej. Dobry matematyk znał matematykę. Polonista znał literaturę. Historyk znał historię. Ale sama wiedza nie oznacza jeszcze umiejętności pracy z drugim człowiekiem.
Nie każdy wybitny matematyk potrafi wytłumaczyć matematykę dziecku, które jej nie rozumie. Nie każdy znawca literatury potrafi zainteresować nią nastolatka. I nie każdy świetny specjalista w swojej dziedzinie rozumie mechanizmy rozwoju dziecka, emocje, trudności wychowawcze czy dynamikę grupy.
W dawnym systemie wielu nauczycieli przedmiotowych miało przede wszystkim przygotowanie merytoryczne, a niekoniecznie solidne podstawy pedagogiczne. To również mogło wpływać na relację z uczniami i utrwalać obraz nauczyciela, który dużo wymaga, ale nie zawsze potrafi dostosować sposób przekazywania wiedzy do potrzeb konkretnego dziecka.
Inną drogę przeszła Janina Grysiewicz z Nowej Rudy, dziś emerytowana nauczycielka biologii i wiedzy o społeczeństwie, a wcześniej także komendantka hufca ZHP.
Zanim rozpoczęła późniejsze studia i rozwijała wiedzę przedmiotową, ukończyła liceum pedagogiczne. To właśnie tam zdobyła podstawy psychologii i pedagogiki, które, jak wspomina, miały ogromny wpływ na jej późniejszą pracę.
Oczywiście trzeba mieć wiedzę przedmiotową, ale trzeba też rozumieć dzieci. Wiedzieć, jak z nimi rozmawiać, jak reagować, czego szukać pod konkretnym zachowaniem
Dziś, po latach pracy, mówi, że właśnie przygotowanie pedagogiczne i powołanie pozwalały jej dotrzeć do uczniów, z którymi inni nauczyciele nie potrafili sobie poradzić.
- Nie czekałam, aż dziecko przestanie chodzić do szkoły, zacznie mieć większe problemy z edukacją. Działałam na samym początku, jak tylko zaczęłam zauważać problem. To działanie opierało się na głębokiej współpracy z rodzicem. Rodzice byli przejęci, zaangażowani, a potem niezmiernie wdzięczni za pracę nad dzieckiem - wspomina Janina Grysiewicz, która na swoim pedagogicznym koncie ma wiele sukcesów nie tylko edukacyjnych, ale i wychowawczych.
Jej opowieści brzmią dziś jak relacja z zupełnie innego świata. Janina Grysiewicz rozpoczynała pracę jako bardzo młoda nauczycielka. Wspomina, że relacje z rodzicami były wtedy znacznie bardziej bezpośrednie. Gdy zauważała, że w domu ucznia dzieje się coś złego, potrafiła interweniować. Rodzice przychodzili do niej po radę.
Nie dlatego, że była specjalistką od rodzinnych problemów. Była nauczycielką, ale w społecznej świadomości nauczyciel należał do osób, do których można było zwrócić się po pomoc. Nie był wrogiem.
W jednej z klas trafiła na chłopca, który przestał chodzić do szkoły. Miał mnóstwo jedynek i problemy zarówno z nauką, jak i zachowaniem. Inni nauczyciele nie wierzyli, że uda się go przekonać do powrotu. Janina Grysiewicz poszła do jego domu. W tamtych czasach nie było to nic niestosownego. To również pokazuje jak zmienił się dzisiejszy świat i panujące w nim zasady.

Zastała zdenerwowaną matkę i chłopca, który pakował swoje rzeczy i chciał wyjechać, po prostu uciec z domu. Najpierw uspokoiła kobietę, potem zaczęła rozmawiać z uczniem.
Na koniec zapytała, czy może liczyć na to, że następnego dnia przyjdzie do szkoły. Obiecał. Następnego ranka inni nauczyciele nie wierzyli, że rzeczywiście pojawi się w klasie.
- Co chwilę wychodziłam na korytarz i patrzyłam, czy idzie. Aż w końcu zobaczyłam go. Przyszedł.
To nie był koniec problemów. Chłopiec znowu przestał pojawiać się w szkole. Nauczycielka ponownie udała się do jego domu i postawiła sprawę jasno: albo sam przyjdzie do szkoły, albo pójdzie razem z nią. I kolejny raz przyszedł, a dzięki cierpliwości i wsparciu nauczycielki został. Chęć ucieczki od odpowiedzialności zaczęła maleć. Nie bez powodu.
Z czasem dzięki współpracy z innymi nauczycielami poprawił oceny, skończył szkołę i zdobył zawód. Pewnego dnia zjawił się w domu swojej dawnej nauczycielki razem z matką i bukietem kwiatów. Chciał podziękować. Wówczas Janina Grysiewicz odpowiedziała, że kwiaty należą się jego mamie, nie jej.
Ja tylko wykonywałam swój obowiązek jako pedagog. Miałam po prostu z nim pracować. Tylko tyle i aż tyle. Dziecka nie wolno było stłamsić, zniechęcić. Tu trzeba było łagodności, ale i stanowczości, a także sporej dawki cierpliwości i wiary, że się uda
Podobnych historii ma więcej. Opowiada o uczniach z trudnych rodzin, do których jeździła, gdy nie pojawiali się w szkole. O dzieciach, którym pomagała społecznie, organizując dodatkowe zajęcia. O młodzieży, którą zabierała na wyjazdy, angażowała w pracę i odpowiedzialność.
Jeden z jej dawnych uczniów, który również miał poważne problemy z nauką i chodzeniem do szkoły, ukończył później studia i przez pewien czas pełnił funkcję senatora. Spotykając dawną nauczycielkę, miał jej powiedzieć, że gdyby nie ona, jego życie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej.
Czy nauczyciel naprawdę powinien być dziś "drugim rodzicem"?

Opowieści Janiny Grysiewicz są piękne. Ale nie należy z nich wyciągać prostego wniosku, że dawniej nauczyciele byli lepsi, bo mogli wejść do domu ucznia i rozwiązać każdy problem. Dziś takie działania byłyby często niemożliwe albo wymagałyby zupełnie innych procedur. Istnieją przepisy chroniące małoletnich i jasno określające granice relacji dorosłych z małoletnimi. I dobrze, że istnieją.
Zmieniła się także skala odpowiedzialności nauczycieli. Nie można oczekiwać, że współczesny pedagog będzie jednocześnie nauczycielem, terapeutą, psychologiem, pracownikiem socjalnym, mediatorem i drugim rodzicem każdego ucznia.
Ale z opowieści emerytowanej nauczycielki można wyciągnąć inną lekcję. Dziecko nie jest tylko numerem w dzienniku.
Za problemami z zachowaniem, wagary czy złymi ocenami może stać coś więcej. Trudna sytuacja rodzinna, przemoc, brak wsparcia, problemy emocjonalne, bieda albo poczucie odrzucenia. Wiedza pedagogiczna i psychologiczna pozwala nauczycielowi to dostrzec. Nie po to, by zastąpić specjalistów, ale żeby wiedzieć, kiedy i gdzie należy szukać pomocy.
Powołanie nie zastąpi wiedzy. Ale bez niego trudno zbudować prawdziwą relację

Janina Grysiewicz wielokrotnie powtarza jedno słowo: powołanie. Mówi, że kiedy była już w połowie wakacji, zaczynała czekać na powrót do szkoły i spotkanie ze swoimi uczniami. W wolnym czasie angażowała się w działalność społeczną i harcerską. Organizowała wyjazdy, pracowała z młodzieżą, szukała sposobów, by dotrzeć do uczniów.
Nie dlatego, że nauczyciele byli wtedy dobrze wynagradzani.
- My też zarabialiśmy niewiele. Ale jeśli ktoś lubił ten zawód, to po prostu pracował w nim z zaangażowaniem - zaznacza emerytowana nauczycielka.
Czy brak powołania jest jednym z powodów dzisiejszego kryzysu autorytetu? Być może, ale tylko wtedy, gdy słowo "powołanie" rozumiemy właściwie. Nie może być ono usprawiedliwieniem dla niskich zarobków i nadmiernych wymagań wobec nauczycieli. Nie można powiedzieć pedagogowi, że "jeżeli naprawdę kochasz dzieci, to powinieneś pracować za niskie wynagrodzenie i po godzinach". To bardzo niebezpieczne myślenie.
Jednocześnie trudno zaprzeczyć, że sama wiedza i formalne przygotowanie nie zawsze wystarczają. Można ukończyć najlepsze studia, znać doskonale swój przedmiot, a mimo to nie umieć stworzyć relacji z dziećmi.
Izabela Michalak zwraca uwagę, że współczesny autorytet nauczyciela coraz częściej budowany jest właśnie w ten sposób, czyli poprzez kompetencje, codzienną pracę, relację i wzajemne zaufanie.
Dawniej autorytet mógł być "przydzielany" wraz z zawodem, a dziś trzeba go zdobywać. I być może właśnie to jest jednym z najtrudniejszych zadań współczesnego nauczyciela.
Internet, e-dziennik i polityka. Dlaczego szkoła przestała być wspólnotą?

Janina Grysiewicz z perspektywy swojej wieloletniej pracy, ale także z obserwacji współczesnego kształtu szkoły, chociażby u swoich wnuków, zwraca uwagę również na inną zmianę. Na komunikację.
Kiedyś nauczyciel rozmawiał z rodzicami twarzą w twarz. Czasem podczas zebrania, czasem w szkole, czasem w zupełnie innych okolicznościach. Jak zaznacza, "relacje były bezpośrednie". Dziś znaczną część komunikacji zastąpił e-dziennik, wiadomości i maile.
Uwaga zostaje wpisana w system. Rodzic ją czyta. Może odpisać. Czasem pojawia się kolejna wiadomość i na tym koniec. Taka komunikacja jest szybka i wygodna, ale nie zawsze sprzyja budowaniu relacji. Łatwiej jest napisać kilka ostrych zdań w wiadomości niż spojrzeć drugiemu człowiekowi w oczy.
Do tego dochodzi internet. Janina Grysiewicz obserwuje współczesną młodzież i mówi, że widzi, jak wielką rolę w jej życiu odgrywa sieć. Wspomina o potrzebie zdobywania popularności, publikowaniu filmów i coraz trudniejszych do przewidzenia wzorcach zachowania. Ale internet zmienił nie tylko uczniów, zmienił także rodziców.
Każdy może dziś w kilka sekund znaleźć dziesiątki informacji, opinii i porad. To może być ogromną zaletą. Rodzic jest lepiej poinformowany, zna prawa swojego dziecka i nie jest już całkowicie zależny od zdania szkoły. Ale internet może też wzmacniać przekonanie, że każdy ma rację, zwłaszcza korzystając ze sztucznej inteligencji, można popaść w błędne przekonania w tym zakresie.
Że każdą decyzję specjalisty można zakwestionować po przeczytaniu kilku wpisów lub kilku zdań opinii wydanej przez chat GPT.
Do szkoły coraz silniej wchodzi również polityka. Programy nauczania, przedmioty, kwestie zdrowia, seksualności i wychowania stają się elementem publicznego sporu. Nauczyciel zostaje wciągnięty w konflikt, którego często sam nie stworzył. I zamiast być osobą, która po prostu realizuje program oraz pracuje z dziećmi, staje się przedstawicielem tej albo innej strony ideologicznego sporu, a to nie wpływa korzystnie na relacje z rodzicem.
Nauczyciel nie powinien być klientowi podporządkowany. Ale nie może też być nieomylny

Janina Grysiewicz mimo trzydziestu lat na emeryturze mówi, że prawdopodobnie ponownie wybrałaby zawód nauczycielki. Nie idealizuje jednak współczesnej szkoły. Uważa, że nauczycielom jest dziś trudniej. Widzi większe znaczenie praw ucznia, rosnące oczekiwania rodziców, obecność polityki i zmieniającą się rzeczywistość społeczną. Jednocześnie jej własna historia pokazuje, że nauczyciel zawsze pracował w trudnych warunkach.
Byli uczniowie z problemami. Były rodziny w kryzysie. Byli rodzice, z którymi trudno było się porozumieć. Zmienił się jednak punkt ciężkości. Dawniej problemem mogło być to, że nauczyciel miał zbyt wielką władzę i zbyt rzadko musiał liczyć się z głosem ucznia oraz rodzica. Dziś problemem może być to, że część rodziców i uczniów zaczyna traktować nauczyciela jak osobę, która musi się podporządkować, bo "klient ma zawsze rację".
A przecież edukacja nie powinna opierać się ani na strachu przed nauczycielem, ani na strachu nauczyciela przed rodzicem. Właśnie dlatego klientyzacja szkoły może być zjawiskiem tak niebezpiecznym. O ile świadomość praw jest potrzebna, o tyle klient nie musi uznawać autorytetu usługodawcy. Może zażądać zwrotu pieniędzy, złożyć reklamację i zmienić firmę. Szkoła nie jest jednak firmą.
Nauczyciel nie powinien być nieomylnym guru, ale nie powinien też być pracownikiem obsługi klienta, który boi się postawić granicę, bo każda uwaga może skończyć się awanturą. Najważniejszym słowem w tej relacji nie jest więc ani "autorytet", ani "klient". Jest nim partnerstwo. Bo szacunek dla nauczyciela nie powinien oznaczać bezwzględnego posłuszeństwa.
Powinien oznaczać uznanie, że po drugiej stronie stoi człowiek, który posiada wiedzę, doświadczenie i odpowiedzialność. A szacunek nauczyciela wobec ucznia powinien oznaczać dokładnie to samo.
Może właśnie dopiero wtedy szkoła przestanie przypominać miejsce, w którym ktoś próbuje wygrać z kimś inny spór i stanie się miejscem, w którym dorośli uczą dziecko, jak żyć w świecie pełnym ludzi, którzy nie zawsze będą mu przyznawać rację.












