Samotne święta Mariki i jej mamy. Trzeba czasu, by wyciągnąć rękę na zgodę
Marika przez trzy lata nie rozmawiała z matką. Powodem była zmora wielu polskich domów: alkohol. Nałóg, który powoli przejmował dom, zamieniał bliskość w napięcie, a święta w serię nieprzewidywalnych scen.

- Mama potrafiła być cudowna - taka, co robi pierogi "na oko", śmieje się najgłośniej z własnych żartów i pamięta, kto lubi więcej majeranku w barszczu. A potem powoli wszedł w to wszystko problem z jej piciem. Zaczęło się niewinnie, skończyło wstydem, pretensjami i tym strasznym, cichym napięciem, które wisi w kuchni jak brzydki zapach
- Pewnego wieczoru przyjechałam bez zapowiedzi i zobaczyłam ją w progu, z obcą w sumie twarzą, trochę roześmianą, zawstydzoną, po chwili agresywną, wyzywającą mnie bez powodu.
- Kilka miesięcy później, po kolejnej awanturze o nic, powiedziałam "stop". Odłożyłam telefon. Trzy lata ciszy. Trzy lata udawania, że da się mieć relację na autopilocie, bez rozmów, bez spotkań, bez świąt - opowiada 35-letnia Marika z Wałbrzycha.
Wigilia pierwsza
- Pamiętam pierwsze święta osobno. Siedziałam u znajomych, niby wśród ludzi, niby ciepło, kolędy leciały w tle, a ja co chwilę łapałam się na tym, że nasłuchuję… ciszy w telefonie. Patrzyłam na cudze ozdoby i miałam w głowie moją domową choinkę, tę, którą zawsze ustawiała mama krzywo i mówiła: "Krzywa, bo żywa, Marika". Tego wieczoru krzywe było wszystko. Późno, już po północy, przyszła wiadomość głosowa od mamy. Krótka, niewyraźna… Odsłuchałam raz, drugi i poczułam, jak we mnie walczą dwie osoby - córka, która chce do niej biec, i dorosła kobieta, która wreszcie trzyma granicę. Nie oddzwoniłam.

Wigilia druga
- Drugie święta były jeszcze trudniejsze, bo doszła do nich świadomość: ja już wiem, jak to smakuje - i dalej boli. Niby byłam twarda, niby konsekwentna, ale tak naprawdę byłam potwornie zmęczona.
- Zadzwoniła do mnie sąsiadka mamy. Taka pani z klatki, co to zawsze mówi "dzień dobry". Powiedziała tylko, że mama siedzi na ławce przed blokiem w cienkiej kurtce, z puszką w ręku. Pojechałam pod blok. Nie wysiadłam z samochodu. Stałam po drugiej stronie ulicy i patrzyłam, jak ktoś ją prowadzi do klatki.
- Jestem córką, nie defibrylatorem. Wróciłam do siebie, a w nocy napisałam pierwszy od miesięcy SMS: "Żyjesz? Daj znać jutro, gdy będziesz trzeźwa". Tylko tyle - wspomina drżącym głosem Marika.
Wigilia trzecia
- W następnym roku nastąpił przełom. Najpierw przyszła krótka wiadomość: "Byłam dzisiaj na mityngu". Potem druga: "Nie piję od tygodnia". Nie wierzyłam. Nie dlatego, że byłam złośliwa, tylko dlatego, że przez lata mój mózg nauczył się jednego: nie ufać obietnicom składanym w emocjach. Zachowując ostrożność oddzwoniłam, chciałam okazać mamie wsparcie w tej decyzji, potrzymać jej zapał.
- Powiedziała: "Chcę go leczyć. Nie proszę, żebyś mi wybaczyła, tylko żebyś mi dała szansę być uczciwą". Umówiłyśmy się w kawiarni. Mama cały czas obracała w palcach kluczyki i nie mogła utrzymać spojrzenia. Ja z kolei miałam wrażenie, że mówię do kogoś znajomego i obcego naraz. A jednak wtedy, pierwszy raz od lat, zamiast złości poczułam… ostrożną ulgę.
- Na trzecie święta przyjechałam. Miałam w bagażniku prezenty, a w żołądku kamień. Mama też była spięta, uprzejma do przesady. Zjedliśmy kolację. Były momenty sztywne, były żarty za głośne, były łzy nad barszczem. Ale była też jedna rzecz nowa: ona, gdy było jej trudno, nie sięgała po alkohol, tylko mówiła o swoich emocjach. A ja, gdy było mi trudno, nie uciekałam, tylko oddychałam i siedziałam dalej przy stole.
- Dziś nie powiem, że wszystko jest pięknie, bo to by brzmiało jak bajka dla dorosłych. Mama pije mniej, czasem jej się zdarza. Mamy nowe zasady. Ja mówię: "Nie rozmawiam, jeśli piłaś". Ona czasem się obraża, czasem milczy, czasem następnego dnia przeprasza i idzie na spotkanie, zawsze jednak podejmuj ponownie walkę o trzeźwość. Na miesiąc, pół roku, czasem dłużej. Uczymy się siebie od nowa, jakbyśmy dostały drugą wersję tej samej gry, tylko z jasną instrukcją obsługi.
- Wiem, że to proces. Wiem też, że to pojednanie nie wymaże trzech lat ciszy - kończy swoją opowieść Marika.
Łatwo mówić o pojednaniu, zwłaszcza w święta Bożego Narodzenia, jak o jednorazowej decyzji, a nie postawie, pracochłonnym procesie wewnętrznej zmiany. Wystarczy uśmiechnąć się i zacząć od nowa? Niestety nie.

"Nie da się udawać, że nic się nie stało. Często złe emocje zalegają w nas latami. Dlatego też przy świątecznym stole różne gniewy, które się w nas zgromadziły, próbujemy szybko wylać, szybko załatwić. A to niemożliwe, dlatego rozchodzimy się w gniewie, a czasem rozpaczy, albo smutku. Jeśli poddamy się presji, za szybko zmusimy się do tego, by zapomnieć o tym, jak nas skrzywdzono, po kilku miesiącach zdamy sobie sprawę, że to, co się stało, wciąż zalega nam w sercu" - tłumaczył w 2013 roku w programie "4 do 4" ks. Stanisław Tokarski założyciel Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich.
Zgoda nie musi oznaczać zapomnienia, a bliskość nie jest obowiązkiem. Czasem największym aktem miłości jest decyzja, by wrócić, ale nie do starych zasad - tylko do rozmowy, w której są granice. Dopiero na takim gruncie może zacząć się odbudowa jakościowej relacji.








