Samotność w wielkim bloku. Zmiany pokoleniowe są bezlitosne dla sąsiedzkości
Seniorzy i millenialsi jeszcze to pamiętają: dzielenie się ciastem, bieganie po szklankę cukru, której nagle zabrakło. Pogawędki pod klatką i w osiedlowym warzywniaku. Dziś sąsiedzkość, jaką znamy sprzed kilku dekad powoli ustępuje miejsca odgradzaniu się od współmieszkańców - dosłownie i w przenośni. Czy to koniec pewnej epoki?

Coś więcej niż sąsiedztwo
Mówiła mi tak: "Ludzie to bywają paskudni. Zawodzą. Ale pamiętaj: książki cię nigdy nie zawiodą! Czytaj, przyjaźnij się z książkami". Sąsiadkę, której imienia nawet nie znałam, bo posługiwaliśmy się wszyscy jej nazwiskiem, pamiętam wyraźnie do dziś. Zawsze była obecna, czasem wydawało mi się, że częściej przebywa na ławce pod klatką lub w samej klatce schodowej, niż w domu. Chyba przez nią weszło mi w krew nadstawianie ucha, gdy mówią starsi. Nieignorowanie ich historii. Emerytowana ratowniczka medyczna, zawsze z eleganckim, czerwonym tapirem i długimi, pomalowanymi paznokciami. Wchodziła do nas na kawę jak do siebie. Poruszała się ciężko, ale mówiła z lekkością. Była w niej jakaś poetyckość i ogromna wiedza życiowa. Byłam mała, jak zmarła, a czułam, jakbym straciła kogoś z rodziny. Trochę była mi babcią, a trochę posągową figurą z mądrością życiową na każdą bolączkę małej dziewczynki.
Nasiąkałam sąsiedzkością, znaliśmy się w klatce wszyscy. Nazwiska i numery domów mogłam wymienić, nawet gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy. Byliśmy swoim systemem ostrzegawczym, pomocowym i towarzyskim. A jak jest dziś?
Samotność w bloku

Pani Danuta, 71-latka, mieszka na pierwszym piętrze w jednym z najdłuższych bloków w średniej wielości miejscowości na zachodzie kraju. - Jak tak liczę, to z tych starych sąsiadów, których się zna od lat, to zostałam ja z mężem i jedna sąsiadka na czwartym piętrze. Reszty już nie ma, wyprowadzili się, poumierali. W ich mieszkaniach są teraz młodzi - mówi. Wspomina lata 80. i 90. jako życie w grupie. - Chodziliśmy do siebie na kawę, najlepsze przepisy w zeszycie mam od sąsiadek. Te sławne szklanki cukru i mąki się pożyczało od siebie, pewnie. Człowiek nie czuł się sam, można było poprosić o opiekę nad mieszkaniem na wyjazd. Dzieci się awaryjnie zostawiało pod swoją opieką na zmianę. Teraz tego nie ma - mówi.
Kobieta jest na emeryturze, podobnie jak jej mąż. Rozumieją zmiany pokoleniowe i znak czasów, ale zamknięcie się na ludzi jest wręcz przesadne, przynajmniej w ich opinii. - Każdy sobie, ani "dzień dobry" na klatce nie usłyszę. A niektórzy już kilka lat mieszkają, to młode małżeństwa z dziećmi, ja nie potrzebuję do nich na kawę przychodzić, ale czy po tylu razach mijania się na klatce nie wypada się przywitać? To już nie prywatność, tylko alienacja - pani Danuta nie przebiera w słowach. Czy rzeczywiście przestaliśmy potrzebować sąsiadów?
Pani Lodzia

W moim "dorosłym" mieszkaniu przebywam już kilkanaście lat. Jakiś czas temu zadzwonił domofon, usłyszałam miły głos przepraszający za pomyłkę i prośbę o wskazanie, pod jakim numerem mieszkają państwo X. Zamarłam. Bo nie wiem. Znam większość nazwisk sąsiadów z mojej klatki, potrafię ich rozpoznać, witam się z nimi. Ale uświadomiłam sobie, że nie potrafię określić, który z nich, pod jakim numerem urzęduje. Oznaczenie domofonów nie zawiera już danych osobowych, skrzynka na listy też bezosobowa. Numery. Kto wie, ten wie. Ja nie wiem.
Kilka lat temu do mieszkania naprzeciwko wprowadziła się pani Lodzia. Pani Lodzia jest po 80., nie opuszcza żadnej mszy w kościele, wszędzie porusza się swoją stylową damką i jest najlepszym, co mnie spotkało, jeśli chodzi o wskrzeszenie sąsiedzkości, którą znam z dzieciństwa. Dajemy sobie drobne upominki, zawsze przystajemy na korytarzu, by zamienić kilka słów, ja zawsze pilnuję, by zostawione w jej drzwiach klucze zostały schowane, odruchowo wyłączam lampki w jej rowerze. A ona chętnie zajmuje się moimi roślinkami, gdy wyjeżdżam. Pozostałych sąsiadów "kojarzę". To tyle. Żadne z nas nie chce przekroczyć bariery "dzień dobry".
- Nie mam pojęcia ani jak mają na imię, ani jak mają na nazwisko, gdzie pracują. Ich też nie interesuje, kim my jesteśmy - mówi ze smutkiem pani Danuta. Anonimowość, prywatność, święty spokój, azyl, mir - młodzi przykrywają się tymi określeniami. Kojarzą sąsiadów z uciążliwymi, marudzącymi i szpiegującymi intruzami. Nowe osiedla grodzą się wysokimi płotami, zawieszone na każdym rogu kamery pilnie strzegą terenu. Każdy sobie rzepkę skrobie.
Koniec pewnej ery?

Z badania CBOS z 2017 r. wyłania się obraz Polaka - sąsiada zabarykadowanego w swoim mieszkaniu/domu. Niemal co trzeci z nich deklarował brak jakiegokolwiek kontaktu z sąsiadami. Ale stosunki sąsiedzkie określał jako "poprawne" choć "powierzchowne".
7 lat później widać zmiany, choć nie spektakularne. 88 proc. Polaków deklaruje nawiązywanie kontaktów z sąsiadami, choć najczęściej jest to kontakt drobny. 80 proc. uważa, że może liczyć na swoich sąsiadów, ale jednocześnie aż 57 proc. stwierdza, że "trzyma dystans". Im młodsi respondenci, tym deklarowana chęć kontaktów sąsiedzkich i budowania społeczności mniejsza. Polacy w wieku 45+ deklarują z osobami mieszkającymi obok nich relacje bardziej osobiste. Wygląda na to, że na naszych oczach ginie sąsiedzkość, jaką znaliśmy i pielęgnowały poprzednie pokolenia. A szkoda.
Badania:
https://cbos.pl/SPISKOM.POL/2017/K_146_17.PDF
https://www.cbos.pl/PL/publikacje/public_opinion/2025/01_2025.pdf










