"Wyczerpani doskonałością": Kochamy dzieci, ale jesteśmy bardzo zmęczone
- Kiedy pierwsza ciąża zbliżała się ku końcowi, zmęczona wielotygodniowym leżeniem, poczuciem braku kontroli i troską o dziecko, zwierzyłam się koleżance: Nie mogę się doczekać, aż się urodzi. Wreszcie nie będę musiała się ciągle martwić, czy wszystko jest w porządku. Ona zaś, bogatsza w macierzyńskie doświadczenie, odpowiedziała: Nie będziesz musiała już leżeć plackiem, choć pewnie szybko za tym zatęsknisz. Ale martwić się będziesz już zawsze. No cóż, od tego czasu minęło siedem lat i faktycznie tęsknię do czasu, kiedy mogłam całe dnie leżeć i ciągle towarzyszy mi obawa o dzieci - mówi Magda, pochodząca z Cieszyna mama dwójki dzieci. Fundacja Kosmos dla Dziewczynek, we współpracy z Ipsosem opublikowała "Wyczerpani doskonałością. Raport o współczesnym macierzyństwie", z którego wynika, że nie tylko Magda tęskni za odpoczynkiem i martwi o dzieci.

W badaniu wzięło udział 823 rodziców dzieci w wieku od 5 do 14 lat. Większość z nich, zarówno w przypadku matek, jak i ojców, przyznała, że czuje się przemęczona (odpowiednio 78 i 63 proc.). Postanowiłam więc zapytać znajome mamy, co męczy je najbardziej.
- W moim przypadku każdy etap w rozwoju dziecka przynosił wyzwania. Pierwszego roku macierzyństwa w zasadzie nie pamiętam, tak byłam wyczerpana brakiem snu - opowiada 39-letnia Marianna z Cieszyna. - Córka ciągiem potrafiła przespać dwie godziny tylko w dzień - nocami budziła się co 20-30 minut, w co nie wierzył nikt z mojego otoczenia. Z czasem sen się poprawił, za to ja odkryłam, że okropnie męczą mnie dźwięki. Córka mówi w zasadzie bez przerwy, a kiedy nie mówi, to śpiewa, nuci albo wydaje inne odgłosy. Wstyd się przyznać, ale kiedyś myślałam, że przebodźcowanie to taka nowa moda. A teraz sama odpoczywam najlepiej tam, gdzie nie ma tych bodźców, które męczą mnie najbardziej, czyli dźwięków i dotyku.
Na jodze do zniesienia, w kinie za głośno
Z Marianną zgadza się Magda.
- Po kilku latach bycia mamą dzieci, które non-stop mówią, potrafię odpocząć w trzech miejscach: na floatingu, jodze i w kinie - mówi. - Chociaż nie, w kinie muszę mieć słuchawki wygłuszające, bo nie mogę znieść głośności. Sama nie wiem, czy to w kinach zrobiło się głośniej, czy moja tolerancja na odgłosy tak spadła. W każdym razie, póki co, zdarza się, że nawet wyjścia z przyjaciółkami mnie męczą, bo w wielu kawiarniach gra muzyka, ludzie rozmawiają, talerze i sztućce stukają o siebie. Cieszę się na te spotkania i chodzę, bo chcę, żeby nasza relacja trwała. Ale czy wracam wypoczęta? No nie.
Rodzice, z którymi rozmawiałam, często mówią o tym, że męczy ich nie tyle sama opieka nad dzieckiem, ile konieczność łączenia jej ze wszystkimi codziennymi obowiązkami, których wraz z pojawieniem się potomków tylko przybywa.
- Nie wiem, czy można to nazwać wyczerpaniem, ja to odbieram raczej jak "męczącą prozę życia", czyli moment, w którym "wypada" i "być powinno" zaczynają rządzić naszą codziennością - mówi 42-letnia Nora, mama 5-letniego Mikołaja. Bo jak w trzy godziny, które zostają nam po pracy i przedszkolu, zrobić wszystko, co musi zostać zrobione? A trzeba i poćwiczyć z dzieckiem, bo takie są zalecenia od fizjoterapeuty i logopedy, wyjść na świeże powietrze, bo nie za dobrze tak kisić się ciągle w domu, znaleźć czas na czytanie, rozmowę, zwykłą zabawę - wylicza. - Do tego dochodzą choroby, oczywiście nagłe i niespodziewane, które sen i grafik wywalają w kosmos. Bo jak tu cokolwiek zaplanować, jeśli nigdy nie wiadomo, kiedy pojawią się kaszel i gorączka?

Wyjść samej. Byle nie do apteki
Na pytanie, co mogłoby pomóc lepiej radzić sobie z wyzwaniami, które niesie rodzicielstwo, najczęściej słyszę: regularny odpoczynek i mądra pomoc. Wróćmy więc do raportu - 59 proc. rodziców przyznaje, że brakuje im czasu dla siebie, a 30 proc. - że brakuje im wsparcia.
- Moi bliscy mi pomagają, ale tylko wtedy, kiedy uznają, że mam "dobry powód", by o tę pomoc prosić. W ostatnich latach były to: pobyt w szpitalu, wizyty na rehabilitacji, dwudniowa wirusówka, przez którą nie byłam w stanie ustać na nogach - mówi Marianna. - Ale kiedy chciałabym tak po prostu odpocząć, wyjść do kina albo na basen, spotykam się z komentarzami, że przecież wszyscy są zmęczeni i jakoś dają radę.
O jakiej pomocy marzą moi rozmówcy? Takiej, o którą sami proszą, a nie takiej, którą ktoś oferuje im na podstawie własnych tęsknot czy doświadczeń. Czy oferta teściowej, która mówi: "zajmę się małą, a ty sobie spokojnie posprzątaj" może być traktowana jako pomoc? Jak najbardziej, ale pod warunkiem, że synowa właśnie o to poprosiła. Bo jeśli jej marzeniem było to, by się przez godzinę zdrzemnąć, propozycja sprzątania raczej nie spotka się z entuzjazmem. Dla kogoś pomocą będzie ugotowanie obiadu na dwa dni czy wyprasowanie i złożenie prania, dla kogoś innego - możliwość wyjścia z domu dalej, niż do pobliskiej apteki albo osiedlowego sklepu i na dłużej, niż półgodziny. Ważna jest też regularność, bo tylko ona pozwala na uzupełniane nadwątlonych zasobów.
- W pierwszych latach macierzyństwa najbardziej męczył mnie brak czasu dla siebie - potwierdza 37-letnia Monika, mama niespełna 5-letniej Gai. - Jeśli ktoś zabierał dziecko, to żebym mogła zrobić pranie, obiad albo umyć podłogę. Bo przecież, po co mi chwila na książkę czy film? Teraz córka jest starsza, i jest trochę lepiej, ale z mężem możemy pomarzyć o wyjściu we dwójkę. Chyba dla starszego pokolenia to jakieś wydumane potrzeby; nikt mi nie proponuje, więc się nie narzucam. Odkąd wróciłam do pracy po urlopie wychowawczym, męczy mnie brak możliwości takiego prawdziwego odpoczynku - zaraz po zamknięciu laptopa córka się na mnie rzuca i ciągnie do zabawy. Potem obowiązki domowe i usypianie córki, a że zwykle zasypiam razem z nią, nie ma mowy o tzw. wolnych wieczorach.
Samodzielność, która męczy mniej
Choć odsetek osób, które zgłaszają brak realnego wsparcia, wynosi aż 44 proc., zdarzają się sytuacje, kiedy dwoje dorosłych ma tak odmienne wizje wychowania i prowadzenia domu, że po rozstaniu jedno - lub dwoje, oddychają z ulgą, choć, przynajmniej w praktyce, obowiązków przecież przybywa. Tak było w przypadku 39-letniej Julii, mamy 7-letniego Józia, która wraz z synem mieszka niedaleko Krakowa.
- Moja perspektywa na wypalenie rodzicielskie zmieniła się wraz z zakończeniem mojego małżeństwa - mówi Julia. - W trakcie jego trwania nie raz zdarzało mi się poczuć do kości mental load, co niekorzystnie odbijało się na dziecku. Mimo że byłam w związku, a co za tym idzie, można było oczekiwać, że mam dodatkową parę rąk do pomocy - częściej odczuwałam frustrację i przemęczenie, a wiele normalnych obowiązków było dla mnie niemal jak wejście na Everest.
Po czasie Julia uważa, że za jej samopoczucie odpowiadał nie tylko nadmiar obowiązków, ale także presja, którą na siebie nakładała, a także odmienne style wychowania i oczekiwania, że jej mąż będzie zachowywał się w konkretny sposób - które, jeśli niezrealizowane, były źródłem dodatkowej frustracji.
- To taki cichy mechanizm zniechęcający w tle, niczym dziesiątki zakładek w przeglądarce na stand by-u - niby wszystko się klei, ten wózek jakoś jedzie, więc gdzie jest problem? - pyta Julia. - Tymczasem potrafi to pochłonąć mnóstwo energii poznawczej kobiet, które nad życie kochają własne dzieci. Myślę, że to problem wielu współczesnych kobiet. Związek sam w sobie jest potężną próbą "zależności", niektórzy po prostu mają mniejsze predyspozycje do tolerowania i umiejętności radzenia sobie z tego typu zależnością (…). Po rozwodzie na nowo zaczęłam cieszyć się byciem mamą, wspólne podróże po raz pierwszy okazały się prawdziwymi wakacjami z odpoczynkiem, nie tylko "panowaniem nad chaosem". Dziś zarządzam "mniejszym systemem" - jestem sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Lepiej zarządzam rutyną, co z kolei przekłada się też na spokój mojego dziecka. Myślę, że wiąże się to ściśle z odzyskaniem niezależności, "wyłączeniem" zakładek, które generowały szum w tle. Pozwalam sobie teraz na większą akceptację rzeczywistości, bywam oczywiście zmęczona, ale nie skrajnie wyczerpana. A co najważniejsze - korzysta na tym moje dziecko, któremu udziela się moja motywacja i chęć do życia - podsumowuje Julia.

Zdrowie, wojny, technologia
Wróćmy na chwilę do zamartwiania się. Doświadczenie w tej rodzicielskiej dyscyplinie ma 40-letnia Oliwia, mama 12-letniej Ani.
- W kategoriach "zmęczenia" to poza wyczerpaniem fizycznym, które chyba towarzyszy każdej mamie na świecie, mnie drenują najbardziej lęki - przyznaje. - Nie ma dnia od 12 lat, żebym nie pomyślała o tym, czy to, co robię i jak robię, jest w porządku, wystarczające i czy nie zostawi trwałych śladów w psychice mojej córki. Czy jakiejś sytuacji nie będzie pamiętać do końca życia? Czy na zadane przez nią pytanie odpowiedziałam w sposób, który do niej przemówił? Czy na pewno ma mnie na swojej liście "bezpiecznych dorosłych"? Czy przygotowuję ją do życia beze mnie wystarczająco i czy czuje się przeze mnie kochana i doceniana w takiej samej skali, w jakiej ja jej to przekazuję? To męczy mnie najbardziej, a w chwilach słabszych, kiedy dochodzi do trudniejszych wymian zdań, kłótni, to wraca ze zdwojoną siłą.
Z badania, którego wnioski opublikowano w raporcie "Wyczerpani doskonali", wynika, że aż 72 proc. rodziców często niepokoi się o swoje dziecko. Jakie powody do zmartwień wymieniali respondenci? M.in. były to: bezpieczeństwo dziecka w sieci, jego zdrowie psychiczne i fizyczne, wpływ sytuacji na świecie na życie dziecka, jego relacje z innymi ludźmi, edukację, zmiany klimatu i środowiska, mogące wpłynąć na życie dziecka, interakcje ze sztuczną inteligencją.
- Kiedy syn był mały, najbardziej martwiłam się o jego zdrowie; przysięgam, że każda gorączka oznaczała mniej więcej tyle, że przez kilka najbliższych nocy nie zmrużę oka - mówi Magda. - Przy drugim dziecku nabrałam więcej doświadczenia, ale za to pojawiły się inne tematy - relacje z rówieśnikami, wychowywanie dzieci, które są AI-natives (nie będą pamiętały świata sprzed sztucznej inteligencji - przyp. red.). Kiedyś potrafiłam rozwiązać wszystkie problemy moich dzieci, dziś często mogę im jedynie towarzyszyć. I trzymać za nie kciuki. I po cichu się martwić.
- Z jednej strony martwienie się o przyszłość dzieci wydaje mi się naturalne, zwłaszcza w tak niepewnym świecie - zaczyna Marianna. - Z drugiej, uczę się oddzielać to, na co mam wpływ, od spraw pozostającym poza moim zasięgiem. To dla mnie bardzo ważne, bo przeszłam epizod zaburzeń lękowych i zależy mi na tym, żeby pokazać córce, że zamartwianie się bez podejmowania konkretnych działań nic nie daje. Niszczy teraźniejszość, nie zabezpiecza przed przyszłością - tłumaczy.

Nie trzeba kochać idealnie
Dorota Szczygieł, doktorka nauk humanistycznych w zakresie psychologii, adiunktka na Uniwersytecie SWPS, uważa, że skala rodzicielskiego zmęczenia, którą ujawnia wspomniany raport, jest efektem "nadmiaru odpowiedzialności, który coraz częściej przyjmuje postać presji, lęku i napięcia". W komentarzu do wyników badań ekspertka wyjaśnia: "Współczesne rodzicielstwo funkcjonuje w warunkach wysokich oczekiwań. Od rodziców wymaga się dziś nie tylko opieki i troski, ale także stałej uważności, wspierania rozwoju dziecka oraz podejmowania "właściwych" decyzji na kolejnych etapach wychowania. W ostatnich dekadach ukształtował się model intensywnego rodzicielstwa, w którym dziecko staje się centrum życia, a rodzic ma być nieustannie dostępny i odpowiedzialny za większość aspektów jego funkcjonowania".
Dążenie do tego, by w rodzicielstwie wszystko było "idealnie", może doprowadzić do wypalenia rodzicielskiego, czyli - jak w wywiadzie dla "Tygodnika Interii" wyjaśniała mi dr Agnieszka Kowalczewska z Uniwersytetu SWPS, "stanie, w którym rodzic nie dysponuje wystarczającymi zasobami, takimi jak czas, energia czy empatia, żeby móc sprawować nad dzieckiem dobrą, satysfakcjonującą opiekę (…). Porównałabym to do smartfonu, bo one zazwyczaj pokazują, ile procent baterii jeszcze pozostało. Mamy 50 proc., potem 20 proc., a potem pojawia się komunikat, że bateria jest na wyczerpaniu i trzeba ją naładować. No więc stan wyczerpania to takie stałe funkcjonowanie na tych 10-15 proc., bez perspektywy na naładowanie.
- Myślę, że część tego wypalenia i codziennego zmęczenia, sami narzucamy na siebie, co wynika z chęci doskonałości i sprawienia, żeby dziecko miało to, co najlepsze - zgadza się Nora. - Pojawia się pytanie, czy faktycznie musimy robić to, co inni? Bo finalnie jeśli jeden dzień dziecko nie poćwiczy wymowy, a my trochę odpuścimy, to nic złego się nie stanie. Ja się tego powoli się uczę.
- Ja opieram się na bliskim rodzicielstwie, silnym kontakcie i inteligencji emocjonalnej po obu stronach - mówi z kolei Oliwia. - Niby czuję, że robię dobrze, a mimo to i tak zaczynam często pytać samą siebie, czy aby nie jestem bardziej przyjaciółką zamiast mamą? Czy nie za dużo tych poważnych rozmów? Wątpliwości męczą. Choć przeczytałam gdzieś, że jeśli zastanawiamy się nad tym, czy jesteśmy dobrymi mamami, to znak, że jesteśmy. Bo "zła" matka nigdy nie zadaje sobie takich pytań.
Jak Magda, sama w chwilach rodzicielskich wątpliwości korzystam z rad przyjaciółek (jak 42 proc. respondentów badania!), które mają więcej rodzicielskiego doświadczenia. Zdaje się, że większa liczba katarków, poważnych rozmów, pocieszania i lat wspólnego z dzieckiem kroczenia przez życie niesie ze sobą pewien rodzaj zdrowego dystansu. Dlatego na koniec zostawiłam słowa 43-letniej Asi, mamy dwóch nastoletnich córek.
- Moje macierzyństwo nie jest projektem do zrealizowania ani konkursem na doskonałość - zaczyna Asia. - Nie mam presji, by być idealną matką. Wystarczam sobie i córkom taka, jaka jestem: uważna, zaangażowana, ale też świadoma własnych granic i potrzeb. Rola matki jest dla mnie ważna, lecz nie definiuje mnie w całości jako człowieka. Jestem kobietą, partnerką, liderką, osobą z pasjami i potrzebami i nie rezygnuję z tych części siebie. Wierzę też, że jakość macierzyństwa w dużej mierze zależy od jakości ojcostwa. Partner nie powinien "pomagać" w opiece nad dziećmi, on powinien być równoważnym, odpowiedzialnym i obecnym członkiem rodziny. Dopiero wtedy ciężar codzienności rozkłada się sprawiedliwie, a matka nie musi dźwigać wszystkiego sama. Tylko w relacji opartej na partnerstwie i współodpowiedzialności można budować rodzinę bez wypalenia i bez poczucia samotności w rodzicielstwie.
Jeśli lubisz być na bieżąco z trendami i tematami, które naprawdę mają znaczenie, Styl Interia to dobre miejsce na dalszą lekturę. Zajrzyj po więcej artykułów i wybierz coś dla siebie.









