Spis treści:
- Gdy diagnoza staje się celem
- Pierwsze podejrzenie
- Jedna diagnoza to za mało
- Brak diagnozy nie daje ulgi
- Wszyscy widzą problem
- Czy szkoła szuka odpowiedzi?
- "Dziecko uważnie słucha"
Gdy diagnoza staje się celem
- Nocy przepłakanych nie da się policzyć. Ale pamiętam każdą. Ścisk w żołądku, odruchy wymiotne i ataki paniki. Wisiałam z przyjaciółką na telefonie, chwytałam się tych rozmów jak powietrza podczas topienia się. A pomiędzy tym były rozmowy z Zuzią. Tam musiałam dawać siłę, być opoką, skałą, podpórką - wspomnienia wracają do Marii, gdy wyciąga opasły segregator. Są w nim zamknięte najtrudniejsze chwile, choć nie zawiera żadnych niepokojących wyników. To katalog potwierdzeń, że z jej dzieckiem jest wszystko w porządku.
Presja diagnostyczna to realny problem, trapiący system: kolejne diagnozy nie potwierdzają podejrzeń, ale to wcale nie kończy dramatycznych poszukiwań. Dziecko nadal odbiega od oczekiwań placówki. Pojawia się kolejna sugestia, kolejny specjalista, kolejne badanie. Brak rozpoznania zaczyna być traktowany nie jako odpowiedź, ale jako dowód, że trzeba szukać dalej.
Pojęcie "presji diagnostycznej" nie opisuje jednej formalnej procedury ani rozpoznanej jednostki klinicznej. To mechanizm, w którym trudność dziecka jest konsekwentnie interpretowana przez pryzmat pytania: "co jest z nim nie tak?", zamiast: "czego potrzebuje i co sprawia, że w tej konkretnej sytuacji ma trudność?"
W polskim systemie oficjalny cel diagnozowania jest sformułowany szerzej niż "dotarcie do zaburzenia". Według przepisów diagnoza w poradni psychologiczno-pedagogicznej ma służyć określeniu indywidualnych potrzeb rozwojowych i edukacyjnych dziecka, jego możliwości psychofizycznych, a także wyjaśnieniu mechanizmów jego funkcjonowania i wskazaniu sposobu rozwiązania zgłaszanego problemu.
Pierwsze podejrzenie
- Pierwszy raz? W przedszkolu. Nie byłam wezwana na żadną "oficjalną" rozmowę. Stanęłam w progu sali, pomachałam do Zuzi, że już jestem. Wychowawczyni jednym gestem usadziła Zuzię na dywanie, podeszła do mnie sama. "Czy pani nie myślała o tym, żeby Zuzkę sprawdzić na Aspergera?". Poczułam, jakby mnie przysypało kamieniami. Zrobiło mi się zimno. Nic nie powiedziałam - mówi Maria.
To było niemal sześć lat temu. Kobieta pamięta nawet zapach, który unosił się na korytarzu po obiedzie. Tego dnia, choć jeszcze nie wiedziała, zaczęła się jedna z najtrudniejszych dróg, które miała pokonać jako matka.
- Kiedy rodzic słyszy o swoim dziecku, że "coś jest z nim nie tak", szczególnie od osób, które kojarzą mu się z wiedzą pedagogiczną i pewnym autorytetem, nie jest to dla niego neutralna informacja. Może pojawić się dużo niepokoju, a poczucie odpowiedzialności może uruchamiać myśli: "Jeśli czegoś nie zauważę, to może ze mną jest coś nie tak jako rodzicem?" - mówi psycholog Anna Frołowicz.

Przedszkole zaproponowało spotkania z psychologiem współpracującym z prywatną placówką. Gdy Maria dojechała na miejsce, na tabliczce odczytała informację, że to specjalista od autyzmu. Pierwsze spotkanie przebiegło w miłej atmosferze, Maria opowiedziała o Zuzi, psycholog otrzymała także pismo z przedszkola.
Cztery spotkania sam na sam z Zuzią zostały podsumowane po miesiącu.
- "No powiedziałabym, że coś jest na rzeczy, ale kompletnie wymyka się Zuzanna wszystkim podstawowym kryteriom autyzmu". Psycholog wymieniła utrzymywanie kontaktu wzrokowego, rozumienie emocji i umiejętności ich rozpoznawania "lepiej niż dorośli". Bardzo wysoka inteligencja i wąskie obszary zainteresowań pasowałyby do Aspergera, ale też pozostałe obserwacje go wykluczają. Nic z tego nie rozumiałam - wspomina Maria, czytając podsumowanie.
Jedna diagnoza to za mało

Ostatecznie do przedszkola wysłano dokument, z którego wynikało, że "dziecko jest zdolne, ponadprzeciętnie inteligentne, choć z nastawieniem buntowniczym". Czyli nie ma autyzmu.
Ale to nie był koniec. Przedszkole zaoferowało darmową diagnozę SI.
- Pani powiedziała, że przebadała w swojej karierze 200 dzieci i żadne nie wykonało wszystkich zadań z taką łatwością i bez błędów. Czyli nie ma zaburzeń integracji sensorycznej. Pytałam więc, w czym jest problem, ale nikt mi nie odpowiadał - Maria wyciąga kolejne papiery.
Sama postanowiła zaprowadzić córkę do poradni psychologiczno-pedagogicznej.
Skargi na Zuzię się nie kończyły. Niemal codziennie przy odbiorze Maria lądowała na "dywaniku": Zuzia pyskuje, Zuzia szybciej wykonuje zadania i przeszkadza innym, Zuzia przerywa nauczycielce, Zuzia ugryzła kolegę, bo ten ją wyzwał.
Telefon od poradni Maria dostała, kiedy była z psem na spacerze.
-"Testy inteligencji uplasowały ją w czołówce zaledwie 5 proc. dzieci o tak wysokim ilorazie inteligencji. Nie ma żadnych zaburzeń. Zanim wystawię pani dokument, powiem tylko tyle: to artystka, zdolna, wygadana, mądra i to sporo ponad wielu dorosłych. Kolorowy ptak. Będzie mieć i pani, i ona przerąbane. Bo w naszym systemie takie dzieci nie mają łatwo" - tak mi powiedziała. Płakałam resztę dnia - Maria wkłada w koszulkę opinię z pieczęcią.
Brak diagnozy nie daje ulgi
- Kolejni specjaliści, którzy nie potwierdzają podejrzeń, nie zawsze obniżają napięcie. Przecież nadal "coś jest nie tak" z zachowaniem dziecka, coś komuś przeszkadza, coś nie mieści się w oczekiwaniach. Kolejne wykluczenia mogą więc być traktowane nie jako odpowiedź, ale jako jej brak. Rodzice, otwiera się w nowym oknie coraz uważniej obserwują dziecko i zaczynają zastanawiać się, czy dane zachowanie jest już objawem. Rośnie lęk, bezradność i coraz trudniej dopuścić możliwość, że może nie istnieje diagnoza, która wyjaśni zachowanie dziecka - wyjaśnia Anna Frołowicz.
- Robiłam potem Zuzi badania krwi. Wyszła anemia, jakiś niewielki niedobór wit. D, magnezu. Alergia. Były wizyty w szpitalu. Może jej zachowanie ma podłoże fizyczne, myślałam. "Dokulaliśmy się" do końca zerówki. Ale ten stres wynikający z posiadania "odmiennego" dziecka nigdy nie znika. Boję się wywiadówek, nienawidzę powiadomień na Librusie. Jest we mnie głęboko zakorzenione przekonanie, że znowu będę musiała poszukiwać, że znów usłyszę, że z Zuzią coś nie gra - mówi Maria. - Słowa pani z poradni były prorocze. Córka odstaje od grupy rówieśniczej, od poziomu, który "powinna" mieć. Jesteśmy na etapie walki o to, żeby tylko się nie poddawała. Ja też o to walczę codziennie - dodaje matka 12-latki.
Rozpaczliwe poszukiwania kosztują. Prywatne wizyty, dojazdy, zwolnienia z pracy. Wydzwanianie z prośbą o szybszy termin.
Tymczasem polski system diagnostyczny jest mocno obciążony. Najwyższa Izba Kontroli opisywała przypadek poradni specjalistycznej w Poznaniu, która była tak przeciążona diagnozami dotyczącymi autyzmu, że nie przedłużyła współpracy z powiatem kościańskim. W efekcie czas oczekiwania tam na diagnozę ASD wynosił od sześciu miesięcy do nawet półtora roku.
Wszyscy widzą problem

Katarzyna usłyszała sugestie o rzekomym ADHD od wychowawcy, gdy Antek był w drugiej klasie. Obszerne uwagi dotyczące jego zachowania na lekcji, określenia takie jak "zastraszanie klasy", skargi od nauczycieli, nawet od opiekunki w świetlicy. "Bardzo proszę o konsultację, nie dajemy sobie z nim rady" - folder z wiadomościami na Librusie był zapełniony.
Na termin w poradni psychologiczno-pedagogicznej czekała dwa miesiące. W tym czasie Antek rozmawiał z psychologiem, psychiatrą, neurologiem i rozpoczął diagnozę integracji sensorycznej. Stos dokumentów, z których wynikały jedynie problemy ze snem i wysoko rozwinięta inteligencja oraz świadome rozpoznawanie i opiekowanie się swoimi emocjami.
Psychoterapeutka dr Magdalena Skotnicka-Chaberek z Kliniki Uniwersytetu SWPS zauważa problem presji diagnostycznej i nadmierną prędkość w ferowaniu "wyroków" w postaci z góry założonych zaburzeń. - Rolę w tym przypadku odgrywa np. temperament, różnice indywidualne w nabywaniu umiejętności, wartości prezentowane przez dziecko i rodzinę, oczekiwania dostosowane do chwilowych możliwości dziecka, ale także nakładanie się na siebie różnych zjawisk, np. dziecko zdolne w klasie, czy dziecko z trudną sytuacją rodzinną może być postrzegane jak dziecko z ADHD. Zachowania opozycyjne mogą być elementem radzenia sobie z przemocą w szkole lub w domu, a lęk społeczny może być pomylony z celowym buntem. Dlatego ważne jest uważne obserwowanie i opisywanie dla specjalisty zachowań dziecka w różnych środowiskach i stosowania wystandanaryzowanych metod, a nie obserwacji "na oko", a później podjęcia decyzji - mówi.
- Pisałam do szkoły, zostawiałam dokumenty. Włączyłam suplementację, by lepiej spał. Rozmawiał ze mną, szukał pomocy, zrozumienia. Antek widział niesprawiedliwość, szybko dostał łatkę. A z tym trudno potem funkcjonować - mówi Katarzyna.
Wskazówki, jak pracować z Antkiem były rozpisane. Przez kilka tygodni żaden z nauczycieli się z nimi nie zapoznał.
Czy szkoła szuka odpowiedzi?
- Nie wolno nam, jako nauczycielom, stawiać żadnych diagnoz i to powinno być oczywiste. Ale wiem, że wielu sugeruje pewne "popularne" teraz zaburzenia. Nie wynika to ze złej woli, ale raczej z tego, że kadra jest teraz bardzo wyczulona na pewne sygnały wysyłane na lekcjach przez dzieci. Pewne odchylenia od normy rzeczywiście często oznaczają ADHD czy autyzm. Współpraca na linii szkoła-rodzic polega też na tym, by wzajemnie się kierować. Jednak niebranie pod uwagę opinii specjalistów, którzy nie wskazali żadnej diagnozy? To już dla mnie niezrozumiałe. Brzmi, jakby próbowali na siłę znaleźć coś, co z góry określi to dziecko. Bo wtedy będą sztywne wytyczne, nauczyciel wspomagający, indywidualny tok nauczania. I ulga dla reszty klasy, "pozbycie się problemu". Jestem przeciwna takim sytuacjom - mówi jedna z nauczycielek zielonogórskiej podstawówki.
Psychoterapeutka zauważa, że na styku trzech światów: nauczycieli, terapeutów i rodziców sytuacja potrafi mocno się skomplikować. - Czasami dzieci kierowane są przez nauczyciela do terapeuty, a rodzice negują ich problemy, czasami to wypadkowa trudności dziecka i trudności płynących z grupy rówieśniczej, czasami to nauczyciel ma problem z określonymi zachowaniami dzieci i przekonania o skuteczności postępowania. Zdarza się, że trudno czasem dorosłym przyjąć perspektywę dziecka, a czasem nawet poprawną medyczną diagnozę i zalecenia - zauważa dr Magdalena Skotnicka-Chaberek.
Problem kierowania dzieci do poradni i standardów diagnostycznych jest na tyle aktualny, że w maju 2026 r. do ministra edukacji skierowano w Sejmie osobne zapytanie dotyczące standardów kierowania dzieci do poradni psychologiczno-pedagogicznych. Pytano m.in. o skalę kierowania dzieci do poradni, wzrost liczby opinii i orzeczeń dotyczących autyzmu i ADHD oraz o to, czy ministerstwo analizuje wpływ diagnoz na dalszą ścieżkę edukacyjną dziecka i funkcjonowanie rodziny.
MEN poinformowało, że nie prowadzi odrębnej ewidencji "skierowań" dzieci do poradni. Oznacza to, że dokładnej skali takiego zjawiska nie można dziś odczytać z jednej państwowej statystyki.
"Dziecko uważnie słucha"

Choć rozmowy, podpisy, skierowania i kolejne dokumenty krążą wokół dorosłych, w centrum tego wszystkiego jest dziecko. Nawet jeśli jest chronione przez rodzica, a nauczyciel wprost nie skieruje do niego słów: "coś z tobą nie tak", czuje, że wokół niego coś się dzieje.
- Częste wizyty u kolejnych specjalistów tylko utwierdzają dzieci w przekonaniu, że dorośli czegoś szukają. Dziecko uważnie słucha i z czasem może zacząć opisywać siebie językiem diagnoz. Często słyszę to w gabinecie u takich dzieci. Jakby czytały listę objawów, zamiast opowiadać o sobie zwykłymi słowami. Zawsze mnie to smuci - mówi psycholog.
Gdzie jest granica pomiędzy niewinną sugestią wynikającą z troski i chęci pomocy a presją, by za wszelką cenę znaleźć zaburzenie?
System nadal nie znajduje miejsca dla dzieci odbiegających od normy, ale bez orzeczenia. Rodzice, zamiast cieszyć się, że dziecko nie jest autystykiem czy ADHD-owcem, wpadają w błędne koło poszukiwań. Kompletowanie zapewnień, że neurologicznych, rozwojowych, społecznych czy emocjonalnych zaburzeń brak, nie przynosi ulgi. Wszyscy rozkładają ręce. A to nie buduje relacji ani zaufania.
Raz zasiane ziarno niepewności i patrzenie przez pryzmat objawów skutecznie tworzą dystans.
- Bardzo chciałabym, żeby w takich sytuacjach rodzice wraz z dzieckiem trafili również do kogoś, kto zacznie pytać nie tylko o objawy, ale o potrzeby dziecka. O to, jak ono się czuje, co jest dla niego trudne, kiedy te trudności się pojawiają i co mu pomaga. Żeby opowieść o dziecku mogła przesunąć się z ciągłego poszukiwania diagnozy w stronę jego przeżywania - mówi Anna Frołowicz.
Dr Magdalena Skotnicka-Chaberek zaleca także odrobinę pokory podczas mierzenia się z trudnościami dziecka - Ważna jest pokora dorosłych i świadomość, że nasze rozumienie drugiej osoby wynika nie tylko z tego jaka ona jest, ale także z tego jacy my jesteśmy i jak ją postrzegamy - mówi.

Jeśli lubisz być na bieżąco z trendami i tematami, które naprawdę mają znaczenie, Styl Interia, otwiera się w nowym oknie to dobre miejsce na dalszą lekturę. Zajrzyj po więcej artykułów i wybierz coś dla siebie.













