Deszczowy wtorek. Zwykłe osiedle, zwykły kontener na odpady zmieszane. A obok niego - przemoczony, ciężki karton po mikrofalówce. Ze środka błyszczą złocone brzegi przedwojennej encyklopedii.
Dla jednych - kłopotliwy balast po zmarłych dziadkach, którego trzeba się szybko pozbyć, by sprzedać mieszkanie. Dla innych - skarb, obok którego nie da się przejść obojętnie.
Eksmisja domowej biblioteki. Scenariusz niemal zawsze ten sam
Dla starszego pokolenia każda zdobyta w PRL-u książka była trofeum. Symbolem statusu, oknem na świat, czasem lokatą kapitału. Dla młodych, wychowanych w świecie ekranów dotykowych i czytników, wypełniony książkami regał bywa... po prostu balastem, składem ciężkiej makulatury. Ciężarem, który zajmuje cenne metry kwadratowe.

- Przecież wszystko jest w internecie - słyszy czasem Janek, młody mężczyzna od sześciu lat ratujący wyrzucone księgozbiory, gdy pyta ludzi, czemu właśnie wynoszą książki na śmietnik.
Zaczyna się więc wielkie pakowanie - do kartonów, do czarnych, foliowych worków na śmieci. Obok siebie lądują niedokończona krzyżówka, poradnik medyczny z lat osiemdziesiątych i nietknięte, piękne wydanie dzieł zebranych Mickiewicza.
- Książki rzadko trafiają na śmietnik zupełnie puste. Między kartkami pozostaje osobista historia. Zasuszony listek, czasem jakiś banknot, albo bilet tramwajowy, służący za zakładkę. Często wzruszająca lub oszczędna w słowach dedykacja - mówi nam Janek.
- Ludzie wyrzucają książki z pośpiechu i braku zrozumienia. Nie czują, że wraz z papierem na bruk trafia coś znacznie ważniejszego. Coś osobistego, często intymnego. Ja to czuję, nie umiem przejść obojętnie obok tego - tłumaczy swoją nietypową pasję.
Drugie życie papieru
Uratowanie książki spod śmietnikowego kontenera to dopiero początek. Prawdziwa akcja ratunkowa - i wielka logistyczna przygoda - zaczyna się potem.
- Pierwszy etap? Wielka selekcja na dywanie. Trzeba te tomy przejrzeć, przekartkować, a przede wszystkim - wysuszyć i wywietrzyć z charakterystycznego, piwnicznego zapachu stęchlizny. Czasem w ruch idzie delikatna ściereczka z mikrofibry, czasem zwykły pędzelek do otrzepywania kurzu z grzbietów. Wyprostowanie zagiętych rogów - to rytuały, które wymagają cierpliwości - mówi Janek.

"Przestrzeń magazynowa" w mieszkaniu Janka już dawno osiągnęła - jak sam mówi - 200 procent nasycenia. Dlatego znalezione pozycje stara się on wysłać w dalszą drogę.
Zaczyna się więc wielkie mapowanie nowych adresów. Uratowany papier zyskuje drugie życie na kilka różnych sposobów.
Klasyka literatury, kryminały i lżejsza publicystyka trafiają do lokalnych kawiarni, na dworce czy do specjalnych regałów bookcrossingowych. Tam, gdzie ktoś z nudów albo z ciekawości po nie sięgnie. Coraz popularniejsze osiedlowe budki i lodówki książkowe są się idealnym punktem. Książka znika stamtąd zazwyczaj w ciągu kilku godzin.

Niszowe pozycje - na przykład album o architekturze z lat siedemdziesiątych czy stary podręcznik do mechaniki - wędrują bezpośrednio do znajomych Janka. Zawsze z tą samą, adnotacją: "Uratowana dla Ciebie".
Sporo książek Janek wystawia też na aukcjach na kilku platformach internetowych - często przynosi mu to solidny zastrzyk gotówki.
Uratowana książka przestaje być anonimowym odpadem. Trafiają w ręce ludzi, którzy znowu będą je czytać.










