Zdawało się, że to margines, a doświadczyła tego niejedna kobieta. Oto alpejski rozwód
Miał być wspólny wysiłek, piękne widoki i kolejna historia do opowiadania. Zamiast tego - cisza, oddalające się plecy i moment, w którym orientujesz się, że zostałaś sama. "Alpejski rozwód" to zjawisko, o którym coraz głośniej mówią kobiety na całym świecie. I choć brzmi jak metafora, dla wielu staje się doświadczeniem, które kończy związek szybciej niż niejedna zdrada.

O alpejskim rozwodzie jest coraz głośniej
- W cieniu było ok. 40 stopni, więc w słońcu musiało znacznie więcej. Warunki dramatyczne, surowy krajobraz. To była wycieczka z przyjaciółmi i moim narzeczonym. Mieliśmy dotrzeć do miejsca z cudownym widokiem. Ale po drodze przeżyłam traumę, którą zafundowała mi najbliższa w tej ekipie osoba - Emilia poczucie zagrożenia, niepewności, udręczenia i porzucenia pamięta, jakby działo się to wczoraj. Tysiące kilometrów od domu, w spartańskich warunkach doświadczyła czegoś, co ostatnio ochrzczone zostało przez media "alpejskim rozwodem".
- W połowie drogi do punktu widokowego dopadł mnie kryzys, częste przystanki, które robiliśmy na trasie nie załatwiały sprawy fizycznego wyczerpania. Niestety, mój "najbliższy" kompan wędrówki maszerował przed siebie, zawsze w odległości kilkudziesięciu metrów, ani myśląc o tym by sprawdzić, jak sobie radzę w piekielnym skwarze. W pewnym momencie siły totalnie mnie opuściły, chciało mi się płakać, ostatnie o czym myślałam, to osiągnięcie celu, chciałam jak najszybciej wracać - opisuje. W granicznym momencie zaczęła nawoływać o pomoc swojego partnera. Ten z oddali rozłożył ręce. Szedł dalej, dając jej do zrozumienia, że "słabeusze nie powinni wybierać się w wymagającą trasę". To właśnie alpejski rozwód.
Porzucone na nieznanym, oddalonym od domu terenie

Termin ten wziął się z z opowiadania pisarza Roberta Barra, w którym mężczyzna planuje zepchnąć żonę z góry. Choć historia jest fikcyjna, odwołuje się do długotrwałego lęku przed zdradą w odległych, narażonych na ryzyko miejscach. Szerzej media zaczęły o tym wspominać po tym, jak austriacki alpinista Thomas Plamberger został uznany winnym rażącego nieumyślnego spowodowania śmierci, ponieważ zostawił swoją dziewczynę zamarzniętą na śmierć podczas wędrówki na Grossglockner, najwyższy szczyt Austrii. Podczas rozprawy zeznawała była dziewczyna Plambergera, która zrelacjonowała, jak ten zostawił ją kiedyś podczas nocnej wędrówki na ten sam szczyt. Jej udało się jednak zejść z góry o własnych siłach.
Coraz więcej opowieści

Choć temat wydaje się marginalny i teoretycznie powinien dotyczyć niewielkiego odsetka zapalonych miłośników wspinaczki wysokogórskiej, alpejski rozwód odbił się szerokim echem na świecie. Okazuje się, że ta forma upokorzenia jest powszechniejsza niż mogłoby się wydawać.
Kobiety z całego świata przytaczają swoje historie. Na forum internetowym Reddit wątek dotyczący alpejskiego rozwodu zyskał ponad tysiąc komentarzy i większość z nich to osobiste i bardzo traumatyczne opowieści, w których mężczyźni nie zważając na stan psychiczny i fizyczny partnerek, parli do przodu - na szczyt, do schroniska, do punktu widokowego - nie zważając na to, że daleko w tyle, zlęknione, zmarznięte lub przegrzane, zostawały ich żony, dziewczyny czy narzeczone.
Emilii pomógł w kryzysie znajomy, który ją napoił, uspokoił i zapewnił, że może zarówno pójść z nią dalej lub powrócić do bazy na dole. Kobieta ostatecznie dotarła do celu. - Dotarliśmy do punktu widokowego, który prawdopodobnie zachwycał wędrujących po tych górach. Ja jednak patrząc na rozpościerający się widok tonęłam w uczuciu żalu, złości, rozczarowania i potężnego zawodu, że nie mogłam liczyć na - w teorii - najbliższą mi osobę. Ta jedna sytuacja powiedziała mi więcej na temat kondycji mojego związku więcej, niż niejedna kłótnia na przestrzeni lat jego trwania - kończy opowieść.
Mąż dał jej 5 minut. Adriannę ratował obcy mężczyzna

W podobnej sytuacji znalazła się Adrianna, która wybrała się ze swoim mężem w Bieszczady. Zachęcona "łatwym" szlakiem dziarsko maszerowała u boku swojego ukochanego, do momentu, aż jej ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. - Buty zaczęły mnie obcierać dosłownie do krwi. Nie miałam siły, ani chęci. Mieliśmy za sobą jakieś 20 km. Usiadłam i zaczęłam płakać. Ani wrócić, ani iść do przodu. Blokada. Mój mąż zanim zorientował się, że nie idę obok ani zanim, przeszedł chyba jakieś 2 km. Wrócił na szczęście, ale był bardzo zirytowany. Stał w odległości ode mnie, palił papierosa. Nie odezwał się ani słowem. Patrzył na mnie wręcz z jakąś odrazą, zniecierpliwieniem. W końcu wycedził, że daje mi 5 minut i idzie sam - wspomina kobieta. Ostatecznie wsparcie otrzymała od starszego pana, który zainteresował się zapłakaną dziewczyną. Pocieszył, zaoferował czekoladę na wzmocnienie i zapewnił, że już naprawdę niedaleko. Opatrzył nawet otarcia na stopach. - Dotarłam. Ale już nigdy nie spojrzałam na męża tak samo. Zawiódł mnie w momencie, gdy najbardziej na niego liczyłam. Jak o tym myślę dziś, to bardziej chyba niż rany na nogach, bolało mnie wtedy serce, bo pękło - opisuje.
Patologiczne poczucie władzy
Temat alpejskiego rozwodu opanował media: rozpisują się o nim magazyny psychologiczne, The Guardian, zauważył to zjawisko - i przestrzega przed nim - także Amerykański Instytut Alpinizmu. Wiele historii porzuconych na szlaku kobiet przytacza też Ellie Muir na łamach brytyjskiego magazynu The Independent. Choć brak oficjalnych statystyk ukazujących rzeczywistą skalę tego zjawiska, prawdopodobnie mamy do czynienia z dość częstą formą przemocy. Trudno nazwać to inaczej. Dr Jessica Carbino, ekspertka ds. związków i była socjolog Bumble i Tindera w artykule "'It's like ghosting but in real life': 'Alpine divorce' is the dating red flag that could leave you stranded on a mountain" twierdzi, że spory udział w tym patologicznym zachowaniu ma element poczucia władzy nad kobietą, który może uaktywnić się podczas pieszych wędrówek. Historycznie przyjęte jest, że kobieta ma podążać za mężczyzną. Specjaliści mówią wprost: takie zachowanie powoduje nadszarpnięcie zaufania, które jest niemal nie do naprawienia oraz wysyła sygnał, że potrzeby kobiety nie są dla partnera priorytetem. A to już jasny sygnał, by odejść.
Moda, uroda i codzienne wybory mają wiele odcieni. Na Styl.interia czekają kolejne artykuły, które inspirują, tłumaczą i podpowiadają. Zajrzyj i odkryj więcej tematów, które mogą cię zainteresować.










