Złapałam się ostatnio na tym, że gdy po ciężkim dniu siadam na kanapie, by odpocząć, mój relaks polega na natychmiastowym sięgnięciu po telefon. Owszem, moje ciało wygodnie odpoczywa, ale umysł w tym samym czasie jest bombardowany setkami nowych bodźców.
Zadałam sobie wtedy kluczowe pytanie: czy my w ogóle potrafimy jeszcze "nic nie robić" i, co ważniejsze, nie traktować tego jako straconego czasu? W poszukiwaniu odpowiedzi odkryłam metodę, którą znali już najwięksi myśliciele w historii.
Spis treści:
- Jak sami przeciążamy własne umysły
- Tydzień bez scrollowania - czy to może się udać?
- Esej, który zmienił moją codzienność
- Solo date bez telefonu, czyli jak pobudzić kreatywność
- Commonplace journal to sposób, aby nie przescrollować życia
Jak sami przeciążamy własne umysły
Zanim przejdę do mojego osobistego odkrycia, przyjrzyjmy się faktom. Badania opublikowane przez neurobiologów jasno pokazują, co robimy własnym mózgom. Zespół naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego dowiódł, że ciągłe przełączanie uwagi między krótkimi filmikami a zdjęciami w social mediach wyczerpuje naszą korę przedczołową, drastycznie obniżając zdolność do głębokiego skupienia.
Zabijamy w ten sposób tzw. Sieć Wzbudzeń Podstawowych (Default Mode Network). Przez to tracimy zdolność do dłuższego skupienia uwagi. Ale najgorsze jest to, że całkowicie zlikwidowaliśmy w naszym życiu nudę.
A nuda jest nam bardzo potrzebna! To właśnie w tych momentach, kiedy patrzymy przez okno w tramwaju albo po prostu gapimy się w sufit, nasz mózg układa sobie wspomnienia i wpada na najlepsze pomysły. My tymczasem nie dajemy mu na to szansy. Zamiast posłuchać własnych myśli, cały czas zagłuszamy je życiem innych ludzi z internetu.
Tydzień bez scrollowania - czy to może się udać?
Pewnego wieczoru, po kolejnej godzinie spędzonej na przeglądaniu trendów, z których nic nie wynikało, poczułam ogromne zmęczenie materiału. Napisałam do koleżanki i od słowa do słowa ustaliłyśmy zasady: robimy challenge. Przez okrągły tydzień zero bezmyślnego scrollowania treści na Instagramie czy TikToku.
Pierwsze dwa dni były niczym odstawienie cukru. Moja ręka odruchowo, wręcz fantomowo, szukała telefonu w kieszeni. Kiedy czekałam na wodę w czajniku - chciałam sprawdzić ekran. Kiedy jechałam autobusem - patrzyłam w pustkę, czując dziwny niepokój.
Zrozumiałam, że cisza i bezczynność stały się dla mnie dyskomfortem, a każdą wolną minutę traktowałam jak lukę, którą trzeba natychmiast zapchać telefonem.

Esej, który zmienił moją codzienność
Gdy minął pierwszy szok odstawienny, pojawiła się w mojej głowie ogromna przestrzeń, ale też pustka. Zaczęłam gorączkowo szukać czegoś, co pobudziłoby moją uśpioną od dawna kreatywność i zastąpiło nawyk trzymania czegoś w dłoniach.
Ironicznie, rozwiązanie przyniósł mi sam internet. Surfując w poszukiwaniu ciekawych form spędzania czasu offline, natknęłam się na fenomenalny esej na Substacku. Autor opisywał w nim koncepcję Commonplace journal - narzędzia, po które w przeszłości często sięgali wybitni myśliciele, pisarze i artyści.
Nie jest to zwykły pamiętnik, w którym piszesz "co dzisiaj zjadłam". To raczej taki fizyczny brudnopis życia. Notes, w którym zbierasz dosłownie wszystko, co cię zaciekawi. Z podobnych, osobistych notatników korzystali między innymi Marek Aureliusz, Leonardo da Vinci czy Virginia Woolf. Zrozumiałam, że to jest dokładnie to, czego potrzebuję.
Solo date bez telefonu, czyli jak pobudzić kreatywność
Kupiłam notatnik, pióro i postanowiłam przetestować nową rutynę podczas solo date. Uwielbiam wychodzić sama na kawę, ale do tej pory moment oczekiwania na zamówienie był zawsze niezręczny. Żeby nie wyglądać dziwnie albo samotnie, odruchowo chwytałam za smartfon i chowałam się za ekranem. Tym razem telefon został głęboko w torebce (wyciszony!), a na stoliku wylądował mój nowy Commonplace journal.
Pijąc flat white, zaczęłam zapisywać wszystko, co przyszło mi do głowy. Zapisałam fragment podsłuchanej rozmowy z sąsiedniego stolika, zanotowałam inspirujący cytat z książki, którą właśnie czytałam, i naszkicowałam kilka chaotycznych myśli o tym, jak się dzisiaj czuję. Zniknęło dziwne uczucie niezręczności, a ja celebrując chwilę tylko dla siebie, poczułam się bardziej obecna niż podczas wielu wcześniejszych wyjść.
Commonplace journal to sposób, aby nie przescrollować życia
Od tamtego popołudnia minęło kilka tygodni, a dziennik inspiracji stał się moim nieodłącznym towarzyszem. Gromadzę w nim moje ulubione cytaty, przelotne refleksje, fragmenty wierszy i opisy codziennych, z pozoru błahych wydarzeń.
Zauważyłam, że ta prosta, analogowa praktyka pomogła mi uporządkować myśli. Mój umysł wreszcie odpoczywa, bo zamiast pochłaniać tysiące losowych bodźców z życia influencerów, skupia się na kreowaniu i porządkowaniu mojego własnego życia. Nauczyłam się doceniać powolność, a nuda przestała być moim wrogiem.
Jeśli więc czujesz, że twój mózg jest na skraju przegrzania, zrób sobie przysługę: wyłącz powiadomienia, kup najzwyklejszy zeszyt i pozwól sobie przez chwilę nie robić nic produktywnego. Gwarantuję, że to będzie najlepiej zainwestowany "stracony" czas w twoim życiu!
Moda, uroda i codzienne wybory mają wiele odcieni. Na Styl.interia czekają kolejne artykuły, które inspirują, tłumaczą i podpowiadają. Zajrzyj i odkryj więcej tematów, które mogą cię zainteresować.












