Spis treści:
- Wielki powrót dawnego ideału
- Dane pokazują wyraźny zwrot
- Teoria dwudziestoletniej pętli
- Rozmiar zero po prostu się opłaca
- Co naprawdę dzieje się za kulisami?
- Zmiana trendów a nasza psychika: czy body positive traci siłę?
Wielki powrót dawnego ideału
Jeszcze niedawno wierzyliśmy w przełom. Okładki pism, wybiegi w Paryżu czy Mediolanie i kampanie globalnych marek zapełniły się modelkami o różnorodnych sylwetkach. Ruch ciałopozytywności rósł w siłę, dając nadzieję na uwolnienie się od presji posiadania rozmiaru zero.
Dziś trudno już mówić o trwałej zmianie. Kiedy patrzymy na najnowsze kolekcje wielkich domów mody, czerwone dywany czy media społecznościowe, łatwo poczuć, że cofnęliśmy się o dwadzieścia lat. Do łask wraca estetyka Y2K oraz nurt heroin chic, z którym do dziś kojarzone jest kontrowersyjne hasło Kate Moss: "Nic nie smakuje tak dobrze, jak bycie chudą". Na wybiegach ponownie pojawiają się figury o wyraźnie zarysowanej strukturze kostnej i płaskich brzuchach. U osób, które pamiętają konsekwencje zdrowotne podobnych zjawisk z przełomu wieków, ta moda budzi obawy o zdrowie psychiczne i fizyczne młodego pokolenia.

Dane pokazują wyraźny zwrot
Wzrost obaw nie jest jednak wyłącznie kwestią intuicji czy subiektywnych wrażeń - popierają go twarde liczby. Raporty branżowe, w tym coroczna analiza inkluzywności rozmiarowej publikowana przez Vogue Business, pokazują wyraźny zwrot w stronę mniejszych rozmiarów. Różnorodność na wybiegach w Nowym Jorku, Londynie, Mediolanie i Paryżu została w ostatnich sezonach drastycznie ograniczona. Projektanci w dużej mierze zrezygnowali z zatrudniania modelek o pełniejszych kształtach.
Ponad 97 proc. sylwetek zaprezentowanych na wybiegach to modelki w rozmiarach 32 i 34. W tym samym czasie udział modelek o większych rozmiarach ponownie stał się marginalny i spadł poniżej poziomu 1 proc. To rodzi pytanie, na ile inkluzywność była trwałą zmianą wartości, a na ile jedynie odpowiedzią na chwilowe oczekiwania rynku, z której zrezygnowano, gdy uwaga opinii publicznej przeniosła się na inne tematy.

Teoria dwudziestoletniej pętli
Jak to możliwe, że tak szybko zatoczyliśmy koło? W socjologii mody od dawna mówi się o tzw. dwudziestoletniej pętli. Według tej koncepcji moda potrzebuje około dwóch dekad, by powrócić jako coś świeżego i atrakcyjnego. W tym czasie dorasta nowe pokolenie, które nie pamięta ciemnych stron dawnej estetyki i chętnie adaptuje ją jako nowość.
Ta teoria doskonale tłumaczy, dlaczego wraz z fasonami sprzed dwudziestu lat wraca sylwetka, dla której te ubrania oryginalnie projektowano. Gdy do łask wracają biodrówki i krótkie topy, kobiety znów zaczynają czuć presję, by dopasować swoje ciało do ubrań, zamiast ubrań do ciała.
Rozmiar zero po prostu się opłaca
Powrót do dawnych kanonów ma jednak nie tylko podłoże kulturowe, ale też czysto ekonomiczne. Podstawą pracy każdego projektanta jest tzw. rozmiar wzorcowy (sample size), w którym szyje się pierwsze, pokazowe egzemplarze ubrań. Tworzenie kolekcji w jednym, najmniejszym rozmiarze jest po prostu tańsze, szybsze i łatwiejsze organizacyjnie. Szycie na pełniejsze sylwetki wymaga od konstruktorów dodatkowej pracy, kolejnych przymiarek i zużycia droższych tkanin, co generuje koszty i opóźnienia.
Do tego dochodzi logistyka związana z wypożyczaniem ubrań na sesje zdjęciowe i czerwone dywany. Te same egzemplarze krążą między redakcjami, fotografami i stylistami gwiazd. Gdy marka dysponuje tylko jednym, standardowo małym rozmiarem, cały ten proces staje się prostszy - ubranie pasuje na większość modelek z agencji. Kiedy społeczna presja na różnorodność osłabła, część domów mody błyskawicznie wróciła do najbardziej ekonomicznego rozwiązania: szycia wyłącznie w rozmiarze zero.

Co naprawdę dzieje się za kulisami?
Aby zrozumieć, jak ten pragmatyczny zwrot wygląda od środka i czy zmieniły się same standardy, czy przede wszystkim narracja wokół nich, zajrzeliśmy za kulisy branży. O realiach pracy z modelkami i zakulisowych mechanizmach rozmawiamy ze stylistą Konradem Szymczakiem, który od lat ubiera gwiazdy na najważniejsze wydarzenia branżowe.
Paulina Szymczak, Interia: Czy na przestrzeni ostatnich lat widziałeś realną zmianę w sylwetkach modelek i gwiazd, czy była to raczej zmiana wizerunkowej narracji marek?
Konrad Szymczak: Patrząc na wybiegi i czerwone dywany w ostatnich latach, można zauważyć, że rzeczywiście zaszły pewne zmiany. W okresie największej popularności ruchu body positive częściej pojawiały się modelki o bardziej zróżnicowanych sylwetkach, a marki chętniej podkreślały wartości związane z inkluzywnością. Jednocześnie jednak trzon branży, zwłaszcza segment luksusowej mody i haute couture, przez cały ten czas pozostawał oparty na szczupłej sylwetce.
Określenie "niebezpieczna szczupłość" coraz częściej pojawia się w dyskusjach o powrocie dawnych trendów. Gdzie z twojej perspektywy przebiega granica między naturalną sylwetką a niezdrową presją na chudość w pracy modelki?
Konrad Szymczak: Określenie "niebezpieczna szczupłość" jest trudne, ponieważ nie da się ocenić zdrowia wyłącznie na podstawie wyglądu. Sama szczupła sylwetka nie oznacza automatycznie problemów zdrowotnych. Dziś dużą rolę odgrywa kultura aktywności fizycznej, treningu i świadomego dbania o ciało. To istotna różnica w porównaniu z erą heroin chic z lat 90. Modelki, z którymi mam przyjemność pracować, są doskonałym przykładem osób dbających o swoją kondycję fizyczną i psychiczną. To bardzo wymagająca branża, dlatego profesjonalne agencje zwracają dziś dużą uwagę na zdrowie, dobrą formę i przygotowanie swoich modeli oraz modelek do pracy.
Zmiana trendów a nasza psychika: czy body positive traci siłę?
Zmiany w branży mody nie pozostają jednak bez wpływu na naszą codzienność. Podczas gdy projektanci i styliści operują kategoriami estetyki czy rzemiosła, odbiorcy kreowanych przez nich obrazów mierzą się z realną presją. Wraz z powrotem kultu szczupłości osłabł głos ruchu, który przez lata uczył nas samoakceptacji.
O to, jak hasła związane z akceptacją ciała wpływają na naszą psychikę i dlaczego tak trudno utrzymać wypracowaną równowagę, pytamy psychoterapeutkę Kornelię Jaremę, która w swoich mediach społecznościowych edukuje na temat psychologii, zdrowej relacji z ciałem i zaburzeń odżywiania.
- Uważam, że ruch body positive odegrał bardzo ważną rolę. Pomógł wielu osobom zauważyć, że ciała są różnorodne, a wartość człowieka nie zależy od jego rozmiaru czy wagi. Przyczynił się także do zmniejszenia stygmatyzacji osób żyjących w większych ciałach. - mówi Kornelia Jarema. - Jednocześnie z czasem jego przekaz został mocno uproszczony. W mediach społecznościowych często zaczął sprowadzać się do komunikatu: "powinnaś kochać swoje ciało". Tymczasem z perspektywy psychoterapii wiemy, że dla wielu osób jest to po prostu nierealistyczne oczekiwanie.
- Dlatego coraz częściej mówi się o koncepcji body neutrality, czyli budowaniu relacji z ciałem opartej nie na zachwycie nad wyglądem, ale na szacunku wobec tego, co ciało dla nas robi. Dla wielu osób jest to znacznie bardziej osiągalny i wspierający cel.

Moda, uroda i codzienne wybory mają wiele odcieni. Na Styl.interia czekają kolejne artykuły, które inspirują, tłumaczą i podpowiadają. Zajrzyj i odkryj więcej tematów, które mogą cię zainteresować.










