Reklama

Reklama

Czas na rozwód z rodzicami

Robisz karierę, nieźle zarabiasz, masz rodzinę, samodzielne życie. Ale w rozmowie z mamą czy tatą nagle to wszystko traci znaczenie i znów jesteś małą dziewczynką. Strofowaną, napominaną. Źle się z tym czujesz, chciałabyś coś zmienić, żeby rodzice nie traktowali cię jak dziecka. Jak ich przekonać, że dawno dorosłaś? Trzeba przeprowadzić sprawę rozwodową. Odciąć pępowinę.

W reklamie banku Jacek Braciak gra rolę dojrzałego mężczyzny, który nie może wyprowadzić się od mamy. Ona namawia go, by wziął kredyt, kupił mieszkanie. Ale on albo udaje, że ćwiczy aerobik, albo – czyści buty. „Zawsze coś...”, komentuje zrezygnowana matka.

Reklama jest zabawna, bo pokazuje człowieka, który nie potrafił wyjść z rodzinnego domu. Uśmiechamy się, ale... Chwilę potem humor psuje nam rozmowa telefoniczna z mamą czy tatą. Bo znowu padają słowa: „Powinnaś była...”, „Dlaczego nie potrafisz sobie tego poukładać?” czy: „Dziecko, co ty wyprawiasz?”. Psychoterapeuci mówią, że by stworzyć z sukcesem własny dom, trzeba najpierw wziąć rozwód z rodzicami. Porównanie jest słuszne. Odcinanie pępowiny to proces trudny, długotrwały. Dlatego nie wszyscy się na to decydują.

Reklama

Bywa, że w rodzinnym gnieździe jest nam po prostu dobrze i wygodnie – jak bohaterowi reklamy. Jeśli jednak w kontaktach z rodzicami czujesz od czasu do czasu dziecięcą irytację, frustrację czy smutek, bo masz wrażenie, że nie wierzą w ciebie czy ingerują w twoje życie – warto się rozwieść. Masz szansę to zmienić. Nie ich nastawienie, ale swoje emocje z tym związane.

Pozew

Marta (28 lat) i Andrzej (30 lat) wynajęli razem mieszkanie, gdy ona skończyła studia. Ale do dzisiaj udają przed jej rodzicami, że... tylko ona tam mieszka. Za każdym razem, gdy mama i tata Marty przyjeżdżają w odwiedziny (rzadko, na szczęście), para zabiera się do wielkich porządków, połączonych z pakowaniem rzeczy Andrzeja do walizek. „To upokarzające! Jak długo mam kłamać, że przyszedłem tylko z wizytą, i tłumaczyć się twojej mamie, że się zasiedziałem, gdy wieczorem odbiorę telefon!”, wścieka się Andrzej. Marta wie, że jej rodzice nigdy nie zaakceptowaliby nieślubnego związku jedynaczki. A ona... nie chce sprawić im zawodu.

Kasia ma 37 lat i też zataiła przed swoją mamą istotny fakt z życia: jej syn nie zdał do następnej klasy. Boi się poinformować o tym mamę, bo ta zacznie jej udzielać rad. Zawsze tak robi. Kasia przywykła już, że matka „rozstawia ją po kątach” i traktuje jak dziewczynkę. Irytuje ją to, ale też wie, że ona po prostu chce dla niej dobrze.

Ilona (33 lata) i Janek (36 lat) kupili dwa lata temu zrujnowany dworek pod Warszawą. Przez pierwszy rok udawali przed rodzicami, że to „bliźniak w stanie deweloperskim”, bo bali się ich reakcji. I słusznie, bo gdy rodzice zostali wtajemniczeni, tata Ilony podsumował to jednym zdaniem: „Chyba oszaleliście!”. Co prawda po kilku miesiącach ojciec zaangażował się w remont i przebudowę, ale... Gdy pewnego dnia podjął decyzję o wyburzeniu ścianki działowej (zawaliła się wraz z częścią sufitu), Janek nie wytrzymał. „Powiedz ojcu, żeby się nie wtrącał, albo ja to zrobię!”, uprzedził Ilonę. „Nie mogę... Będzie mu przykro, a przecież on to robi z miłości!”, rozpłakała się ona.

Kochamy naszych rodziców. Właśnie dlatego tak trudno im powiedzieć, żeby przestali, dali nam spokój, zajęli się sobą... A dla mamy i taty często nadal jesteśmy dziećmi, nawet kiedy mamy 30, 40, 50 lat. Psychologowie zajmujący się komunikacją uważają, że w relacji z każdym człowiekiem wchodzimy w jedną z trzech ról: rodzica, dorosłego lub dziecka.

Marta, Kasia, Ilona – w pracy, w związkach z partnerami, w rozmowach z przyjaciółmi przyjmują pozycję dorosłych. Odpowiedzialnych, opanowanych, kierujących własnym życiem... Ale mama Marty, Kasi, tata Ilony w kontaktach z córkami wchodzą w znaną od lat rolę rodzica. A one automatycznie – dziecka. Ten układ sprawdzał się wiele lat temu, ale dziś nie ma już racji bytu. To trzy pełnoletnie kobiety, prowadzące własne domy. Nie chcą, by ktoś je ganił, udzielał rad.

Niepozamykane sprawy w naszym życiu (albo sytuacje konfliktowe) to świetny pretekst, by wreszcie wziąć rozwód. Nie chodzi o to, by porzucić mamę, tatę, i zerwać z nimi kontakt. Jedynie by zmienić poziom relacji rodzic–dziecko na dorosły–dorosły. Jeśli uda się w tym przypadku, potem będziemy mieć już opracowaną technikę, która przyda się w podobnych sytuacjach w przyszłości.

Jak się do tego zabrać? Najpierw trzeba „napisać pozew”, czyli określić, z czym jest właściwie kłopot? Dlaczego nie udaje nam się dojść do porozumienia z rodzicami? Może oni są zdania, że nie jesteśmy odpowiedzialne? Czy to uzasadnione? A może nie zdążyli zauważyć, że dorosłyśmy, bo... nigdy nie dałyśmy im na to dowodu? Odkrycie przyczyny takiego zachowania rodziców może pomóc w przeprowadzeniu rozwodu.

Druga istotna kwestia: co właściwie chcemy zmienić? Marta chciałaby, żeby rodzice przyjęli do wiadomości, że wyznaje inne niż oni wartości, Kasia – by mama przestała ją krytykować, Ilona – żeby tata nie podejmował ważnych decyzji bez konsultacji z nią i Jankiem. Z taką wiedzą – czyli „pozwem” – możemy zaprosić rodziców na rozprawę.

Rozprawa

Można poczekać, aż okazja do „przeprowadzenia rozwodu”, czyli rozmowy, nadarzy się sama. Na przykład któregoś dnia rodzice wpadną niezapowiedziani do Marty i zastaną w kuchni Andrzeja w samych bokserkach. Wszystko stanie się jasne. Tyle tylko że taktyka na przeczekanie to spore ryzyko. Sytuacje, gdy na jaw wychodzą rzeczy, które przed rodzicami ukrywaliśmy, wiążą się z dużymi emocjami.

I z jednej, i z drugiej strony. Mama i tata Marty, którzy odkryją przypadkiem, że ich córka mieszka z partnerem bez ślubu, będą zaskoczeni. Kiedy ktoś nas zaskakuje, tracimy nad sobą kontrolę. A to utrudni przeprowadzenie rozwodu. Lepiej więc wszystko zaplanować, umówić się na rozmowę, nakreślić jej temat, żeby nie była to dla rodziców niespodzianka – też mają prawo przygotować się do tego psychicznie.

Marta może zacząć tak: „Mamo, tato, muszę powiedzieć wam coś ważnego o mnie i Andrzeju”, Kasia: „Mamo, chciałabym porozmawiać o naszych relacjach”, Ilona: „Tato, byłoby fajnie, gdybyśmy pomówili o zarządzaniu remontem naszego domu”. Gdy zaczniecie już rozmowę, bardzo ważne jest, żeby zaraz na wstępie wyrazić uznanie dla rodziców („Wiem, że mnie kochacie...”). Nawet jeśli mamy wrażenie, że rodzice się wtrącają, narzucają nam swoją wolę czy nadmiernie krytykują – oni sami określają to mianem wsparcia i pomocy. Nie ma sensu toczenie sporu o to, kto ma rację.

Celem „rozwodu” nie jest „orzeczenie o winie”. Nie chodzi o to, że Marta ma udowodnić rodzicom, że ich poglądy są nieżyciowe, Kasia – że mama bezpodstawnie ją krytykuje, a Ilona – że tata się rządzi w nie swoim domu. Celem ma być wypracowanie rozwiązania, które pozwoli nam inaczej komunikować się z rodzicami.

To oznacza, że w naszej „rozmowie rozprawie” powinnyśmy skupić się na faktach, a nie na scenach z przeszłości, oskarżeniach. Czyli że to my mamy mówić jak osoba dorosła, a nie jak dziecko. Dorosły powie: „Kiedy mówisz, że nie potrafię czegoś zrobić, mam wrażenie, że we mnie nie wierzysz”, zamiast: „Zawsze mnie krytykujesz. Odkąd pamiętam rozkazywałaś mi i liczyłaś, że będę tańczyć, jak mi zagrasz”. Albo: „Zdecydowaliśmy się zamieszkać we dwoje. Kochamy się i chcemy spędzić razem życie. Bardzo chcielibyśmy, żebyście to zaakceptowali”, zamiast: „Wiem, że to się wam nie spodoba, ale zamieszkaliśmy razem. Tak, tak, bez ślubu, tylko błagam, darujcie sobie te swoje kazania”.

Treść ta sama, ale w jednym zdaniu zrzucamy odpowiedzialność na rodziców – jak dziecko (powiem ci, co myślę, a teraz rób, co chcesz), a w drugim – mówimy o sobie. To mówienie o problemach w relacji w odniesieniu do siebie nazywa się „ja-komunikatami” i wywiera na rozmówcy znacznie lepsze wrażenie niż tzw. „ty-komunikaty”. Bo one brzmią jak atak, zmuszają drugą stronę do tłumaczenia się, bronienia.

Trudno jest dyskutować ze zdaniem: „Zdenerwowałam się”, natomiast: „Denerwujesz mnie” natychmiast skłania do obrony. Podczas rozmowy trzeba zachować spokój. Nie można dać się ponieść emocjom, nawet jeśli rodzicom się to przydarzy. Dobrze jest popracować nad tym wcześniej. Nina Brown w książce "Czyje to właściwie życie?" proponuje ćwiczenie z tworzeniem swojej emocjonalnej osłony. Chodzi o to, żeby wyobrazić sobie, że między nami a światem (w szczególności – rodzicami) istnieje niewidzialny mur, który nie przepuszcza do nas ich niezadowolenia, oburzenia, rozczarowania czy dezaprobaty.

Potem przywołujemy tę fantazję w trakcie rozmowy i nie pozwalamy sobie „zarazić się” tymi uczuciami. Powtarzamy w myślach nasz cel: wypracowanie rozwiązania. Czasami trzeba odgrodzić się od rodziców nie tylko wyobrażonym murem, ale zdystansować fizycznie. Kasi będzie znacznie trudniej wywołać zmianę stosunku mamy do jej osoby, jeśli pozwoli jej się objąć. Mama powie wtedy: „Ależ co ty opowiadasz Kasiu, przecież ja chcę dla ciebie tylko dobrze!”. I z „rozwodu” nici. Co robić? Odsunąć się, powiedzieć: „Nie przytulaj mnie w tej chwili, bo chcę dokończyć rozmowę. Możemy porozmawiać, a przytulić się później?”.

Wyrok

Nie należy z góry planować, jaki ma być rezultat „rozmowy rozprawy”. Na przykład, że rodzice Marty przyklasną związkowi córki i zadeklarują, że jej pomogą finansowo, gdyby chcieli z Andrzejem wziąć kredyt na mieszkanie (nadal bez ślubu). Albo że mama Kasi będzie akceptowała wszystkie jej wybory. Często w tych oczekiwaniach znowu wchodzimy w rolę dziecka: „Ja chcę, żebyś ty... Ale ja chcę!”.

Skoro pragniemy być traktowani przez rodziców jak dorośli, musimy odwdzięczyć się tym samym. A to oznacza, że oni nie będą komentować naszych wyborów w związku, życiu zawodowym, tego, gdzie chcemy mieszkać i z kim... Ale i nie będą udawać, że są nimi zachwyceni, jeśli nie są. Gdy w trakcie rozmowy opiszemy, w czym problem, co w związku z tym czujemy, bez oskarżania – pora na propozycję. „Ciekawa jestem, jak ty to widzisz”, „Powiedz mi teraz, co o tym sądzisz”.

W końcu na rozprawie rozwodowej szansę na zabranie głosu ma każda ze stron. Trzeba rodziców wysłuchać. Może się okazać, że intencje ich są zupełnie inne, niż z początku nam się wydawało. Odkrycie, że przyczyną rodzicielskich zachowań, nawet tych, które doprowadzają nas do białej gorączki, jest prawdziwa troska, potrafi zmienić wiele w naszych wzajemnych relacjach. Inaczej zaczniemy traktować uwagi mamy i taty. Tak jednak stać się nie musi.

Mama i tata mogą nadal odnosić się do nas z pozycji rodzica, czyli: „Teraz tak mówisz, ale przypomnij sobie, pięć lat temu też miałaś dać sobie radę. I co?”, „Życia nie znasz, ciągle pakujesz się w kłopoty...”. Trudno – trzeba zachować kamienną twarz, nie pozwolić wciągnąć się w dyskusję na temat tego, czy znasz życie albo co stało się pięć lat temu. Jest prawdopodobne, że nie dojdziecie do zgody. Wysłuchaj ich, powiedz, że szanujesz ich opinię, ale pozostajesz przy swojej. Być może trzeba to będzie powtórzyć kilkakrotnie. Dopóki rodzice nie przyznają ci racji albo nie machną ręką...

Bo prawda jest taka, że jeśli za każdym razem, gdy wróci kontrowersyjny temat, ty będziesz zachowywać spokój, w końcu dyskusje się skończą. A stąd do akceptacji tylko jeden krok. Tę samą technikę możesz stosować zawsze wtedy, gdy zamiast rozmawiać na poziomie dorosły–dorosły, zaczniecie przechodzić na rodzic–dziecko. Po jakimś czasie okazji będzie z pewnością mniej. Chyba że wcale tego nie chcesz.

Jak mieszkający z rodzicami czterdziestolatek, grany przez Jacka Braciaka. Już się przecież umówił z doradcą. Ale jego chyba nawet kredyt hipoteczny nie uratuje... Bo do rozwodu, jak do tanga, trzeba dwojga.

Jagna Kaczanowska

Konsultacja: Krzysztof Stacha, psycholog, specjalista ds. negocjacji i mediacji

Twój STYL 7/2011

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy