Reklama

Reklama

Bo ja jestem za zakręcie

Najmniej rozpoznane zjawisko w katalogu prób dla związku. Są trzy możliwości. Łagodna zakłada spacer przez kawałek życia pod rękę z czterdziestolatkiem w czerwonych trampkach. Ostrzejsza - to zderzenie z wielką zmianą, gdy twój sympatyczny domator staje się balangowiczem palącym trawę.

Jest też prawdopodobne, że w grze pojawi się "ta trzecia", na ogół młodsza - i coś musisz z tym zrobić. Kryzys wieku średniego u mężczyzn to egzamin także dla kobiet.

Film się jeszcze nie zaczął, a Alek podminowany. Kręci się, nerwowo pogryza popcorn. Myślę: co jest? Kolorowe reklamy migają, a ja wyczuwam napięcie - Ewa opowiada sytuację sprzed dwóch lat. Ona ma 41 lat, jej mąż 44. Ewa jest właścicielką sklepu z ubraniami dla dzieci, on radcą prawnym. Mieszkają niedaleko Poznania. Ich syn Daniel zaczął studiować anglistykę, z kolegą wynajął mieszkanie.

Reklama

- Po filmie poszliśmy na kolację. Po drodze oglądałam wystawy. Alek burczy: "Chodź, co się tak gapisz, przecież widzisz, że te ciuchy nie są dla ludzi, tylko dla manekinów". Albo: "Dlaczego ci faceci na zdjęciach mają takie głupio uśmiechnięte pyski? No patrz na tego szczeniaka! Co on mógł w życiu osiągnąć, że tak się szczerzy?". Wtedy zrozumiałam - Alka wkurzają młodzi mężczyźni w reklamach.

On sam miał już mały brzuszek i trochę przerzedzone włosy. "Pewnie będzie łysiał jak jego ojciec...", pomyślałam, ale nie przyszło mi do głowy, że Alek stał się nieatrakcyjny - wspomina Ewa. Potem była scena łazienkowa. - Wchodzę po lakier do paznokci i przyłapuję męża, który stojąc bokiem do lustra, na przemian wciąga i wypuszcza brzuch. "Już ci się nie podobam, co?", zaatakował. Ja na to: "Skąd ci to przyszło do głowy?". Alek: "Nie mieszczę się w dżinsy, a w tym zielonym polo od Mikołaja wyglądam jak baleron...".

Zażartowałam, że może się skurczyło w praniu, a on zupełnie serio: "Jeszcze kpisz! Może uważasz, że powinienem kupić sobie bambosze, szlafrok i oglądać pod kocem Kabaret Starszych Panów?". Oniemiałam. Oszalał?

Wulkan i zawał

Kilka dni później. Ewa czyści żaluzje, Alek podchodzi po cichu, łapie ją za biodra przykłada palec do ust i niesie do sypialni. - Był środek dnia, a on chciał się kochać - Ewa się uśmiecha. - Seks jak zaraz po poznaniu, Alek pomysłowy, czuły. To było coś - wspomina. I dzień następny. - Wrócił do domu z pracy wcześniej. Pomyślałam: dobry znak. Akurat miałam na sobie obcisłą sukienkę, wiedziałam, że dobrze wyglądam i może za chwilę znów wydarzy się coś miłego. A on padł na kanapę i poprosił o termometr. Powiedział, że chyba ma grypę albo nawet stan przedzawałowy, bo boli go za mostkiem - opowiada Ewa.

Zmierzyła mężowi temperaturę - w normie. - Jęknął, że może trzeba sprawdzić ciśnienie. Nie mamy ciśnieniomierza, powiedziałam, że może kupię jutro... Wydawało mi się, że Alek przesadza. Tym bardziej mnie zaskoczyło, gdy powiedział: "Myślisz, że będę żył wiecznie, prawda?". Nagle stał się smutny i poważny. Przestraszyłam się. Nigdy wcześniej nie mówił w ten sposób. Przytuliłam się do niego, mocno. Dotarła do mnie myśl: kiedyś rzeczywiście zaczniemy chorować, starzeć się...

Kilka dni później Alek powiedział: "Gdyby coś mi się stało, pamiętaj, że jesteś upoważniona do konta firmowego, wszystkie dane są...". Zmroziło mnie, to nie było przyjemne. Zwłaszcza że naprawdę zapisał mi na kartce numery do wspólnika, dane do banku. Zastanawiałam się, czy nie wyrzucić tej kartki. A tamtego wieczoru zrobiłam Alkowi ziołową herbatę, zapakowałam go do łóżka, włączyłam Monty Pythona na DVD. I poszłam zadzwonić do siostry, jest psychologiem - opowiada Ewa.

- Poprawiła mi humor. Powiedziała, że tzw. wiek średni ma swoje prawa, muszę się przygotować na więcej atrakcji. Przepowiedziała, że wkrótce powinna nastąpić "faza czerwonych adidasów"- i się nie myliła.

Nie farbuj, kochanie...

Ewa głowę by sobie dała uciąć, że wkładała bluzę syna do pawlacza. - Błękitna, dresowa, oldschoolowa - opowiada. Znalazła ją na wierzchu w garderobie. - Alek wyciągnął? Po diabła? Wieczorem się wyjaśniło. Mąż wybierał się na spacer z psem. Widzę, że idzie do garderoby po tę bluzę. Milczę jak grób. A on, jak gdyby nigdy nic, że to chyba spadło z półki, a poza tym nie ma kurtki wiosennej, więc na chwilkę włoży dres. W niebieskim mu dobrze, prawda? I już stoi przed lustrem. Nawet nie wyglądał groteskowo. Ujdzie, poza tym jest ciemno, uznałam i przytaknęłam, że jest ok . Nalałam sobie wina i postanowiłam być wyrozumiałą żoną pana w średnim wieku - wspomina z uśmiechem Ewa.

Już poważnie dodaje: - Część sytuacji to zabawne epizody. W tych chwilach myślałam: "Alek zachowuje się jak kobieta przed miesiączką". Miał zmienne nastroje, śmiał się do łez przed telewizorem albo wpadał w szał na widok światła zostawionego w łazience. Ale czasami dopadała go prawdziwa depresja i to już nie było śmieszne - mówi.

Pamięta dzień, kiedy umarł na raka prostaty jego dobry kolega. - Alek zamknął się w gabinecie. Możliwe, że płakał, nasłuchiwałam pod drzwiami. A potem... poszedł do kościoła. Od lat tam nie był. Co się działo w jego głowie? Czułam, że nie mam do tego dostępu. Któregoś dnia zawołał mnie przed telewizor. "Czy nie wydaje ci się, że ten prezenter farbuje włosy?", spytał. Farbował i to było straszne. Ale najwyraźniej Alek nie miałby nic przeciwko temu.

Normalnie skomentowałabym: to żałosne. Powiedziałam jednak: "No, chyba tak. Dobrze, że ty nie musisz. Z tymi szpakowatymi baczkami jesteś bardzo sexy". Alek się wyprostował i stwierdził: "Jasne. Po co robić z siebie pajaca?".

Trudniej? Nie szkodzi

- Kobiety czasem się śmieją z wariactw swoich facetów. Że dziwaczeją albo stają się infantylni. Ja doszłam do przekonania, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Bo głębiej jest zjawisko, którego nie rozumiemy - tłumaczy, opowiadając drobne zdarzenie. - Alek po kolacji nalał sobie whisky, czytał gazetę. Doszedł do ostatniej strony, było tam sudoku. Kiedyś rozwiązywał łamigłówki momentalnie, ma umysł matematyczny. Tego dnia z trudnością liczył. Widziałam, że męczy się tym zadaniem, irytuje. Chciał to ukryć, w końcu wyszedł do łazienki, nalał wody do wanny. Poczułam coś dziwnego - rodzaj współczucia, że on rzeczywiście się zmienia. Nic nie powiedziałam. Zrobiłam mu ulubioną sałatkę z szynką i parmezanem. Poczułam, jak bardzo go kocham. Nieważne, ile ma lat i o ile dłużej rozwiązuje krzyżówki - mówi Ewa.

- Wariactwa? A niech tam. Osiągnęliśmy w końcu fazę czerwonych adidasów. Dosłownie. Alek wypatrzył na Allegro zabójcze buty z logo Ferrari. Kupiłam mu je przy pierwszej okazji. Dzięki Bogu, że nie zachorował na harleya.

Wkrótce ostatnia niedziela...

Kalina pamięta pierwszy alarm. Jest sobotnie popołudnie, ona wraca z supermarketu z zakupami na kolację - mają przyjść znajomi. Rano ustalili podział zadań: Kalina - sprzątanie i sklep, Bartek wiesza nowe lampy w salonie. - Wracam i widzę go siedzącego na podłodze. Obok nierozpakowane klosze, skrzynka z narzędziami nawet nieotwarta. Przestraszyłam się, może jest chory... - opowiada Kalina.

Ma 42 lata, jej mąż jest starszy o rok. Poznali się na studiach, oboje kończyli ekonomię w Gdańsku. Kalina najpierw pracuje w firmie konsultingowej. Bartek jest dilerem samochodowym. Mają dwie córki w społecznym gimnazjum. - Kucnęłam wtedy przy Bartku, zajrzałam mu w oczy: co się stało?! - wspomina Kalina. - Miał dziwny wzrok. Powiedział: "Coś obliczyłem. Wiesz, ile weekendów mi zostało? Jeśli pożyję dwadzieścia lat, czyli dwieście czterdzieści miesięcy, to wychodzi..." - podał liczbę, która miała oznaczać ilość tygodni.

Odejmował weekendy poświęcane pracy, zrobił poprawkę na lata, gdy będzie za stary, żeby cieszyć się wolnym czasem. Wyszła mu abstrakcyjna dla mnie ilość sobót i niedziel, z których może "skorzystać" - opowiada Kalina. - Powiedziałam: "Bartek, oszalałeś?". Odpowiedział: "Chcę nauczyć się grać na gitarze. Mało czasu mi zostało...". Byłam wstrząśnięta. On, zawsze pogodny, tego wieczoru siedział przy stole jak mruk. Przyjaciele robili oczy. Wkrótce Bartek poprosił, żebyśmy przestali zapraszać ludzi, bo to go nudzi i denerwuje.

Kiedyś zajrzał do lodówki i zrobił mi wykład, dlaczego tyle tu niezdrowego jedzenia. Machnął mi przed nosem gazetą: "tłuszcze nasycone są szkodliwe". I koniec z cukrem. Zaczął obsesyjnie czytać etykiety produktów spożywczych. Raz wyrzucił do kosza nierozpakowaną paczkę czipsów. A któregoś dnia rano oświadczył, że wróci później, bo idzie zrobić badanie poziomu cholesterolu. Do tej pory nie znosił gabinetów lekarskich.

Co ja osiągnąłem?

- Coraz częściej łapałam się na tym, że chcę zadać Bartkowi pytanie w stylu: "Oszalałeś?" albo "Co ci odbiło?". A może powinnam mniej się dziwić, więcej dociekać, dlaczego on tak postępuje - mówi Kalina.

- Bartek stał się apatyczny, a ja potrzebowałam mojego energicznego, zaradnego męża. Zepsuł się samochód? Dotąd Bartek załatwiał sprawę momentalnie - umawiał mechanika, jechał do warsztatu. A teraz przez kilka dni musiałam go prosić o wymianę uszczelki w kranie - przypomina sobie Kalina. Pamięta dzień swoich urodzin. - Zrobiłam śniadanie na tarasie. Bartek był miły, podarował mi złote kolczyki i bon do spa - uśmiecha się.

- Piliśmy wino. Nagle on zapytał: "Ale przyznaj, czasem żałujesz, że nie zostałaś pisarką, prawda?". Zamurowało mnie. Fakt, kiedyś rozmawialiśmy o moich fascynacjach - pisałam koślawe powieści, marzyłam, że będę autorką świetnych książek. Ale żeby żałować? - opowiada Kalina. - A Bartek wpadł w ton rozliczeniowy: powinien był postawić na sport, a nie na ekonomię. Był świetnym siatkarzem, dziś mógłby być nawet trenerem kadry. A tak? Siedzi w tej pracy do nocy, a zarabia tyle, że ledwo spłacamy kredyt za dom. A dziewczyny powinny mieć już na koncie pieniądze na własne mieszkanie. Właściwie nie potrafi zapewnić bytu rodzinie... - mówi Kalina.

Jak wtedy zareagowała? - W środku się wściekłam. Dlaczego on mi to robi w moje święto?! Zebrałam się w sobie. Powiedziałam: "Kochany, a to wszystko, co mamy: fantastyczna rodzina, córki w dobrej szkole, dom, wakacje, spokój? To mało? Jesteś superfacetem - próbowałam go przekonać. Przecież faktycznie osiągnął w życiu bardzo dużo. Doceniałam to, on dyskontował. Irytacja mieszała mi się z niezrozumieniem i chęcią pomocy. Niełatwy koktajl do przełknięcia - tłumaczy Kalina.

Z czasem jej mąż przynosił do domu coraz więcej kwitków z przychodni. - Postanowił badać się regularnie. Wyniki miał świetne. Kiedy dotarło do niego, że jest zdrowy i raczej umrze nieprędko, nagle zmienił front. Skoro ma jeszcze czas, musi go dobrze wykorzystać.

Tygrys w trawie

Rok temu, początek wakacji. Kalina chce ustalić sierpniowy urlop: Toskania czy Międzyzdroje? - Bartek kręci głową. Rzucił: "Miałem ci wcześniej powiedzieć. Chcę jechać z chłopakami na rejs do Chorwacji". No, teraz już przegiął. I tak byłam podminowana, bo od kilku tygodni zaczął wychodzić wieczorami do pubu. O kolegach z pracy mówił "chłopaki". Kupił płyty z muzyką house, której do tej pory nie znosił. Założył konto na Facebooku i odkryłam, że podał się za młodszego niż jest! - uśmiecha się Kalina.

Tłumaczy: - Musiałam zacząć go trochę szpiegować, bo stał się dziwny. Obcy. A czasami groteskowy - zaczął rozważać zrobienie sobie tatuażu na lewym ramieniu. To by nawet było zabawne i do ogarnięcia. Facet chce się odświeżyć, OK. Ale pewnego dnia na jego kurtce wyczułam dziwny zapach... Kobiece perfumy? Też pewnie mieściłoby się w konwencji, ale nie, to był zapach marihuany - mówi Kalina poważnie.

- W pewnym momencie poczułam, że to wszystko mnie przerasta. On pali trawę? Z kim? Gdzie kupował "towar"? Co robi potem? Gubiłam się. Zrozumiałam, że to nie tylko jemu, ale i mnie należy się pomoc. Być żoną mężczyzny w kryzysie wieku średniego to koszmar. Uznałam, że mam dwa wyjścia: czekać jak Penelopa na powrót męża w starym wydaniu albo otwarcie zaprotestować. Kiedy Bartek wyjechał z tą Chorwacją, powiedziałam: "Stop. Jedziesz na wakacje z rodziną". Zagotował się i trzasnął drzwiami.

Od pewnego czasu rozsmakował się w robieniu spektakularnych awantur. Wrócił... w doskonałym humorze. Zmianę nastrojów już oswoiłam. W łóżku szepnął mi do ucha: "Dobrze, kochanie, jedziemy razem nad morze". A potem się kochaliśmy. Na szczęście nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby karać mojego "chłopaka" odmową seksu. Dość tych strat - śmieje się dziś Kalina. Jej mąż po pół roku szaleństw "wyhamował". - Wszystko wróciło do normy. A Bartek Bogu dziękuje, że nie wytatuował sobie wtedy tygrysa.

Pochwal mnie

Rok temu. - Dlaczego zawsze kupujesz mi albumy? - Łukasz odkłada na stół książkę od Aldony. Ona przerywa krojenie ciasta. Ma 37 lat, jest trenerką fitnessu, zrezygnowała kilka lat temu z pracy w korporacji. Łukasz, o dwa lata starszy, wykłada na wyższej uczelni. Mieszkają na warszawskiej Pradze. Nie mają dzieci. - Przecież zawsze lubiłeś albumy... - Aldona patrzy na męża zdziwiona. - Ustalmy: książki kupuję sobie sam, OK?...

A potem zaczął wypominać, że go osaczam, myślę za niego! Że nawet głupiej książki nie może wybrać sam. Był niesympatyczny, poirytowany. Takiego Łukasza nie znałam... - opowiada Aldona. Tydzień po tamtej awanturze jest następna. Aldona ogląda ulotkę. Łukasz pyta, co robi. - Odpowiedziałam, że chyba musimy coś zmienić, bo firma, która dostarcza nam internet, często nawala. Sąsiedzi chwalą tę, pokazałam ulotkę...

- "Oczywiście, ja już nie mam nic do gadania. Dlaczego chcesz o wszystkim decydować?" Nie rozumiałam, o co mu chodzi - mówi Aldona. Chociaż... Opowiada o pewnym telefonie. - Ktoś chciał kupić samochód. Łukasz doradzał. Był wesoły, sympatyczny, błyskotliwy. Sypał informacjami, faktycznie zna się na rzeczy. Mnie to już nie imponuje, ale komuś, z kim rozmawiał - na pewno, bo był zadowolony z pochwał, które padały. Wtedy przyszło mi do głowy, że może on wciąż potrzebuje oznak mojego uznania...

Ale po co? Przecież wie, może czuć się dowartościowany. Doceniałam wszystko, co robił dla domu, dla mnie. Czy za rzadko mu to mówiłam? - zastanawia się Aldona. - Podczas telefonicznej konsultacji słyszałam, że rozmawia z kobietą, ale nie byłam zazdrosna. A może powinnam była zrobić awanturę, że w sobotę dzwoni jakiś pani, a on dla niej milszy niż dla mnie? Odpuściłam. Czy mógł to zinterpretować jako obojętność? - opowiada Aldona. - Ale przecież nie wysyłałam mu sygnałów: znudziłam się naszym związkiem, przestałeś mnie fascynować. Nie rozumiałam, że facet na pewnym etapie musi częściej słyszeć, że jest najlepszy.

To się im zdarza

Październik ubiegłego roku. Aldona wracała do domu, stanęła na światłach. W samochodzie obok zobaczyła znajomą twarz. To nie było auto jej męża, ale on siedział za kierownicą. Obok rozbawiona dziewczyna. Lewą rękę trzymała na zagłówku Łukasza i głaskała jego włosy. Śmiał się, coś opowiadał. Nie zauważyli Aldony.

- Byłam w szoku, nie ruszyłam na zielonym, dopiero klaksony wyrwały mnie z osłupienia. Ukłuło mnie, że Łukasz nawet nie starał się kryć. Przecież prawdopodobieństwo, że spotka mnie na drodze, którą wracam z pracy, było realne! - opowiada. W domu nalała sobie koniaku. - Zastanawiałam się, co mam robić. Czułam, że padam ofiarą jakiegoś strasznego schematu: żona przed czterdziestką i młoda kochanka. Ja - stały element jego krajobrazu, przewidywalna. Ona - świeża, obiecująca nowe doświadczenia. W dodatku pełna uwielbienia - na pewno jej doradzał z tym autem, poza tym patrzyła na niego jak na... pana profesora, z którym zaraz pójdzie do łóżka.

Ja byłam świadkiem jego częstego wstawania w nocy, ona o kłopotach z prostatą mogła nie wiedzieć. Właściwie klasyka, ale nie chciałam w to wierzyć. O czym on rozmawia z takim dzieciakiem? Wrócił późno. Zajął swoją połowę łóżka. Przypomniałam sobie pewną radę z forum: "Zainicjuj seks, zrób coś zaskakującego!". Nie, w życiu się tak nie poniżę. Dlaczego ja, ofiara, mam zabiegać o względy winowajcy? Byłam upokorzona. Co powiem koleżankom, mamie? Że Łukasz znalazł sobie małolatę? Że mu przejdzie, bo większość facetów ma taki epizod w okolicach czterdziestki? Czy to w ogóle może być okoliczność łagodząca? Nie. Ja miałam takie samo prawo do znudzenia naszym związkiem, ale nie wzięłam sobie młodszego kochanka.

"Bezsiła" przetrwania

- "Przeczekaj albo uciekaj, trzeciej drogi nie ma", usłyszałam od mamy. Zadzwoniłam do niej po radę, ona przeżyła odejście ojca do młodszej kochanki, kiedy miałam 16 lat - opowiada Aldona. - Oczywiście, takiej decyzji nie podejmuje się od razu. Po pierwsze trzeba mieć pewność. Jak go zapytać? To trudne. Co chciałam usłyszeć? Zaprzeczenie, które dałoby mi nadzieję, że Łukasz z tym skończy ze strachu przed zdemaskowaniem, czy przyznanie się do winy plus argumenty, z których pewnie wyniknie, jaka jestem zła... I co to znaczy przeczekać? Nic nie mówić, nie pytać, sprawdzając co jakiś czas, czy romans wygasł, czy w aucie Łukasza nie ma kwitków parkingowych z ulicy X, czasem nawet mówiących, że samochód stał pod domem kochanki przez noc, a Łukasz właśnie wtedy miał być w Krakowie? Poniżające - mówi Aldona.

Postanowiła zrobić próbę swoich możliwości. - Założyłam: jedna sobota od rana do wieczora bez żadnych podejrzeń. Może mam zdolność przetrwania, o której dotąd nie wiedziałam? - wspomina. Jest luty tego roku. Łukasz wychodzi niby do pracy. - Mogłabym zadzwonić i sprawdzić, czy ma dzisiaj egzaminy. Nie, zrobiłam sobie drugie śniadanie, włączyłam płytę Stinga. Czułam, że on jest u niej, próbowałam nie wyobrażać sobie, co teraz robią. Wrócił o pierwszej, uśmiechnięty. Postanowiłam, że zbagatelizuję jego dobry humor i myśl, że to pewnie wynika z dobrego seksu. Podałam obiad.

Łukasz nawet na mnie nie spojrzał znad gazety. Po południu sygnał komórki, on sprawdza kątem oka, czy widzę, jak odczytuje sms , potem uśmiecha się i kasuje wiadomość. Nie, nie będę mu kontrolować SMS-ów ani listy połączeń, wyszłabym sama przed sobą na żałosną idiotkę. Noc - on na swojej połowie łóżka, ja na swojej. Wyobrażam sobie jak TO robi ze śliczną blondynką o długich włosach i alabastrowym ciele. To było nie do zniesienia. Nie przeczekam. Czyli...

Od trzech miesięcy Aldona mieszka sama. Wyprowadziła się do mamy. - Mogłam wyrzucić z domu Łukasza. Przyznał się, że ma romans. Dziewczyna pracuje w dziekanacie uczelni, banalne. To oznacza, że jego koledzy wiedzą, więc w ich oczach zmienił się mój status - zostałam nieszczęśliwie zdradzona. Nie chce mi się dziś stawiać temu czoła - mówi Aldona. - Od którejś z koleżanek usłyszałam: "Przynajmniej dobrze, że nie macie dzieci". Nie mamy, bo nie możemy mieć. Próbowaliśmy wiele razy, leczyliśmy się. Może Łukasz myśli, że ta druga kobieta da mu dziecko? Nie wiem.

Nie wiem, kiedy i do czego wrócę. Głupio to zabrzmi, ale do końca nie rozumiem, co się stało. Kochałam swojego męża. I chyba dalej go kocham. Dlaczego jemu znudziła się ta miłość?

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój STYL 6/2011

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje