Reklama

Reklama

Porozmawiajmy o seksie

Czym jest seks? Wyrazem uczuć? Rozładowaniem napięcia? Przyjemnością? Wszystko zależy od Ciebie, twierdzi amerykański psycholog procesu Gary Reiss. I tak najważniejsze są słowa. Jeśli chcesz cieszyć się seksem, przede wszystkim naucz się o nim mówić.

Twój Styl: Niedługo walentynki, a więc zapytam: czy seks i miłość to jedno, czy da się je od siebie oddzielić? Traktować seks wyłącznie fizycznie i uprawiać zamiast wizyty w siłowni czy aerobiku?

Gary Reiss: Dla mnie seks i miłość to dwie różne sfery. Taki pogląd jest popularny w Stanach Zjednoczonych. Coraz więcej osób uprawia tak zwany seks rekreacyjny, bez emocjonalnego zaangażowania. Przyznaję, że mnie to ani nie dziwi, ani nie bulwersuje, jak niektórych. Seksualność to szeroka dziedzina. Seks może być doświadczeniem duchowym, najgłębszym miłosnym połączeniem z drugą osobą, ale równie dobrze czymś płytkim, zwykłym rozładowaniem napięcia. Co nie znaczy, że przez to mniej przyjemnym. Po prostu innym. Z seksem jest jak z jedzeniem. Czasem mamy ochotę na fast food. Ale nie da się jedzenia w biegu, owiniętego w papier porównać z obiadem przy świecach w wytwornej restauracji. To inne doznania. I każde ma swoich zwolenników. Wiem jedno: kiedy się raz człowiek naprawdę rozsmakuje w dobrym jedzeniu – byle bułka go nie zaspokoi.

Reklama

W takim razie dlaczego coraz więcej ludzi woli niezobowiązujący seks?

Gary Reiss: Wszystko przyspiesza, mamy mikrofalówki, sms-y... przyzwyczajamy się, że coraz więcej rzeczy dzieje się „samo”, bez naszego udziału. Świat związków międzyludzkich dla wielu robi się zbyt skomplikowany. Ludzie cywilizacji konsumpcyjnej nastawieni na szybki efekt, tak zwaną satysfakcję gwarantowaną, prostu sobie z nim nie radzą. Nawet nie próbują. Nie są nauczeni, jak zachowywać się w relacji, razem coś budować. Nie patrzą na związek jak na proces, nie akceptują faktu, że po drodze czeka niejeden kryzys, który pozwala wejść na inny poziom, zbliżyć się do siebie. Brakuje im świadomości, że jest do czego dążyć. I cierpliwości, jeśli ktoś chce odkrywać sferę seksu, od pracy nad sobą nie ucieknie. Musi się uczyć.

Czego?

Gary Reiss: Pewnie myśli pani, że powiem: technik miłosnych? Oczywiście też, ale to dopiero drugi stopień wtajemniczenia. Uczymy się bycia w związku. Musimy się zmierzyć z tematami, które każda para ma do przepracowania, takimi jak kwestie podziału ról, układu sił, potrzeb. Trzeba uczyć się ze sobą rozmawiać, komunikować swoje potrzeby, rozwiązywać konflikty, rozwijać świadomość. Nie umiemy nawet elementarnych rzeczy: jak dotykać partnera, pokazać mu, czego chcemy. W szkole tego nie uczą. Dlatego warto się wybrać do seksuologa.

W Polsce wizyta u seksuologa jest wciąż utożsamiana z przyznaniem się, że „coś z nami nie tak”.

Gary Reiss: Dla mnie prędzej „coś jest nie tak” z parą, która nie ma ochoty tego tematu poruszać. Warto sięgać po pomoc, gdy pojawia się jakaś trudność. Sam jestem psychologiem, terapeutą par, a mimo to z moją obecną partnerką chodzę na terapię i nie wstydzę się tego. Te spotkania otwierają nas na siebie. Mimo upływającego czasu coraz większą przyjemność czerpiemy z bycia razem i z seksu. Mamy narzędzia, którymi możemy się posłużyć, gdy pojawia się problem.

Co to za narzędzia?

Gary Reiss: Przede wszystkim – słowa. Ja na przykład nauczyłem się, w jaki sposób powiedzieć partnerce, co czuję. Nie umiałem tego. Choć to ważna rzecz, ludzie prawie nigdy tego nie robią. Przychodzi do mnie para z 25-letnim stażem i kobieta nagle wybucha: „Nie znoszę sposobu, w jaki mnie dotykasz. Nigdy mnie nie całujesz, tylko łapiesz za piersi, a potem się kochamy, i już”. A on jest zszokowany, bo niczego takiego nie podejrzewał. Nigdy o tym nie rozmawiali!

Mówienie to podstawowa umiejętność. Ile osób mówi swoim partnerom miłe rzeczy na temat ich ciał? Jakie są piękne, co ich w nich podnieca... Uważamy to za oczywiste, głupie albo zapominamy, obojętniejemy. Tymczasem to abecadło relacji. Dobre słowa nie tylko podnoszą temperaturę, ale mają też właściwości lecznicze. Zawsze da się powiedzieć coś miłego: uwielbiam twoje krągłości, masz takie silne ramiona... Nie bójmy się, że to brzmi stereotypowo. Słysząc coś takiego osoba, która ma problemy z zaakceptowaniem swojego ciała, może nauczyć się je kochać. Dzięki temu szybciej się otwiera na partnera. To służy obojgu.

Kolejna rzecz: jak mówić o swoich emocjach. Na przykład kobiety, które są złe na swoich partnerów, często zamiast im o tym powiedzieć, zamykają się seksualnie. To niemal automat. By mogły cieszyć się seksem, muszą się nauczyć, jak w inny sposób wyrażać gniew. Proste rzeczy, ale o fundamentalnym znaczeniu.

Niby oczywistość, ale brzmi rewolucyjnie. W świecie, w którym, kiedy seks nam nie idzie albo jest nijaki, sięgamy po wymyślne gadżety.

Gary Reiss: Ta teatralność i gadżety są po to, by zasłonić bolesną prawdę: nie jesteśmy zadowoleni z naszego życia seksualnego. Niski poziom libido w Stanach osiąga rozmiary epidemii. Doczekał się nawet nazwy: Low Sexual Desire Syndrome. Najczęstsze objawy to: przedwczesna ejakulacja, brak erekcji u mężczyzn, bolesne stosunki i brak orgazmu u kobiet. Zwykle to się leczy. Bada poziom hormonów, przepisuje leki. A ja pytam: dlaczego nie porozmawiacie o tym z partnerem? Nie pytacie: Co sprawia, że już nie chce Ci się kochać? Czy to, jak to robimy, Ci się podoba? Czego Ci brakuje? Co się stało? Łatwiej zrzucać winę na to, że coś nie działa w organizmie, niż wziąć odpowiedzialność za to, co się dzieje. Problemy z seksem są zwykle odzwierciedleniem trudności w związku.

Niedawno przyszła do mnie para. Mąż nie miał od lat ochoty na seks, leczył się farmakologicznie, ale to nie pomagało. Podczas terapii okazało się, że zamknął się na tę sferę, bo żona wiecznie go krytykowała. Czy możesz spróbować go nie krytykować? – spytałem ją. A ona na to: Robię to, bo jestem na niego zła, że już się nie kochamy. Typowy przykład błędnego koła. Udało się je przerwać, bo oboje zadeklarowali, że spróbują. I ich życie seksualne wróciło.

A jak się do tego ma miłość?

Gary Reiss: Dla mnie miłość w seksie oznacza po prostu zaangażowanie emocjonalne. Czyli włączenie do aktu seksualnego uczuć. Wtedy seks jest wyrazem tego, jak bardzo zależy mi na drugiej osobie, jak ją podziwiam, ubóstwiam. Pragniemy tego połączenia, bo miłość plus seks daje pasję. A to więcej niż erotyka, doznania wykraczają poza tę sferę. Pasja pochłania nas całkowicie, ogarnia ciało, serce, umysł. Pozwala się wznieść w rejony, które nie dają się opisać słowami. Jeśli coś takiego nam się trafi i potrafimy się tej pasji naprawdę poddać, mamy wielkie szczęście.

Czy w takim razie możliwa jest miłość bez seksu?

Gary Reiss: Oczywiście. Widuję to bardzo często. Są pary, które się kochają i chcą być razem, ale nie uprawiają seksu.

Co wtedy? Jak sobie z tym radzić?

Gary Reiss: Iść na terapię – jeśli ta sytuacja choć jednemu z partnerów przeszkadza. Naprawdę da się seksualność na nowo obudzić, proszę mi wierzyć. A jeśli nie – można wypracować jakiś kompromis. Niektóre pary decydują się w takiej sytuacji na otwarty związek, np. wyjeżdżają osobno na „wakacje seksualne”, gdzie uprawiają seks. Możliwe są różne kombinacje. Zdarzają się też przypadki, kiedy seks po prostu traci na znaczeniu i partnerzy uświadamiają sobie, że przestają mieć na niego ochotę. Tak się dzieje, kiedy oboje swoją energię seksualną wpuszczają w jakąś inną dziedzinę życia. Realizują się w twórczym działaniu, muzyce, pracy.

Bywa, że taka sytuacja trwa latami, czasem kilka miesięcy. Niektórzy ludzie po prostu godzą się z tym, że nie ma w ich życiu miejsca na seksualną pasję, i się masturbują: OK, co prawda nie mam gorącego związku, ale kocham swojego partnera, więc przynajmniej zafunduję sobie orgazm. To też coś. Wcale się nie dziwię.

Nie ocenia Pan tego, jak widzę.

Gary Reiss: W tej sferze jest i tak zbyt wiele ocen, niesprawiedliwości, bólu. Po co oskarżać ludzi, potępiać ich za coś, co jest po prostu przyjemne i pozwala im się zrelaksować? Dobrze się czuć? Sami tworzymy nasze życie, a więc możemy je popchnąć w kierunku, który bardziej nam odpowiada. Najważniejsze jest więc, by sobie uświadomić, co jest nam naprawdę potrzebne. I cokolwiek się dzieje, rozmawiać o tym z partnerem. Inaczej się nie da.

Wy, Amerykanie, macie chyba na wszystko jedną i tę samą odpowiedź: porozmawiajmy o tym...

Gary Reiss: (śmiech) To prawda. Ale to jedyne rozwiązanie. Można się jeszcze modlić, żeby partner sam wiedział i wyczuł, co nam potrzebne, albo się na niego obrazić, że nie wyczuwa. Ale z doświadczenia terapeutycznego i osobistego mogę powiedzieć – to nie działa. Kiedy w naszym związku pojawiło się dziecko, nasz nauczyciel powiedział nam: „mimo że jesteście psychologami, terapeutami, was też to czeka: zapomnicie o seksie prędzej czy później. Jeśli nie chcecie do tego dopuścić, musicie oprócz innych ról życiowych pielęgnować też tę: jesteście parą. Poświęćcie sobie jeden wieczór w tygodniu, niezależnie od tego, co się dzieje. Niech to będzie wasz priorytet”. Zachęcał nas: córka jest już na tyle duża, że może zostać z dziadkami. Wyjedźcie nad morze na weekend tylko we dwójkę. To was rozrusza, wybije z innych ról, kontekstów.

Dla mnie bardzo ważną częścią składową tego „rozruszania się” jest praca nad sobą, nad związkiem. Dzięki temu dla mnie i mojej partnerki, z którą jestem od 14 lat, seksualność robi się coraz bardziej soczystą sferą. Wciąż się czegoś nowego uczymy, coś nas zaskakuje. Na przykład przerabiamy razem ćwiczenia, które potem proponujemy parom na naszych warsztatach i podczas sesji terapeutycznych.

Jakiego typu są to ćwiczenia?

Gary Reiss: Wbrew pozorom bardzo proste. Polegające na uważnym słuchaniu, byciu ze sobą, świadomym dotyku. Pracowałem ostatnio z dwojgiem ludzi, którzy nie uprawiali seksu, bo ciągle się kłócili. Poprosiłem ich, żeby usiedli na podłodze naprzeciwko siebie, patrzyli sobie w oczy i każde z nich położyło rękę na sercu partnera. Po pięciu minutach oboje mieli w oczach łzy. To było poruszające. Ona usiadła mu potem na kolanach, objęli się i pocałowali. W ich wypadku słowa stanowiły barierę, która ich od siebie oddzielała, nie potrafili się dogadać, ale w ich sercach nadal była miłość. Zapytałem ich potem, co czuli: on powiedział, że bliskość i wzruszenie. A ona – że wielkie podniecenie. A to ona nie chciała seksu. Proste ćwiczenie, silna reakcja w związku, w którym nie było energii seksualnej przez wiele miesięcy. Jak widać, pojęcie tego, co jest seksualne i co wywołuje podniecenie, bywa szerokie.

Na wykładzie, który odbył się w Warszawie, zadał Pan właśnie takie pytanie: co jest seksualne, co to jest seks. Zaskoczyło mnie, jak różne były odpowiedzi.

Gary Reiss: To ważne pytanie i zawsze zadaję je moim pacjentom. Odpowiedzi są zwykle nieprzewidywalne. Oczywiście, mamy wspólny mianownik: ludzie się dotykają, podniecają seksualnie, doznają orgazmu orgazmu – to jest seks w rozumieniu wszystkich. Ale poza tym jest bardzo wiele możliwości. Pewna para powiedziała mi: seks jest wtedy, gdy siedzimy razem na kanapie i czytamy. Pewna studentka zwierzyła mi się, że najbardziej podnieca ją czytanie poradników psychologicznych. Mówię o tym specjalnie, bo zauważyłem, jak wiele osób cierpi na skutek zderzenia oczekiwań na temat seksu z własnymi możliwościami i chęciami.

Miałem pacjenta, który przyszedł do mnie, bo jego życie seksualne było w zaniku – jak to określił – i to go niepokoiło. Kiedy spytałem go, co to oznacza, powiedział, że obecnie jest w stanie kochać się tylko pięć razy dziennie, a jeszcze niedawno jego normą było dziesięć stosunków. Inni przychodzą i skarżą się, że ich partnerki są wymagające seksualnie, a oni nie wyrabiają, że w ich życiu seksu jest za dużo. To znaczy? Dwa razy w tygodniu. Im samym wystarczyłby raz na tydzień, a nawet rzadziej, ale się boją do tego przyznać, żeby nie wyszło na to, że są mało „męscy”.

To znaczy, że źródłem naszych seksualnych frustracji jest to, jak nasze życie seksualne ma się do tak zwanej normy?

Gary Reiss: Nigdy nie jesteśmy tego pewni, więc staramy się to jakoś kontrolować. A seks to dziedzina, w której chodzi przede wszystkim o kontakt ze sobą i z drugim człowiekiem, cielesny, naturalny, niekontrolowany. Zawsze pytam: a jeśli przeciętny człowiek uprawia seks 2,3 raza w tygodniu, to co oznacza to 0,3? Jak to się mierzy? Oczekiwania bardzo przeszkadzają. Dlatego na samym początku warto człowiekowi zadać pytanie: czy naprawdę masz problem z seksem? A może po prostu jesteś nieszczęśliwy, bo nie pasujesz do statystyk? Problem w tym, że przeważnie ludzie sami nie wiedzą, czego chcą.

Dlaczego?

Gary Reiss: Bo nie mają kontaktu z własnym ciałem. Jako terapeuta pracuję głównie, analizując informacje, które pochodzą z ciała. Wydaje się to być najnaturalniejsze w świecie: co czujemy, czego chcemy, na co nie mamy ochoty – odpowiedź powinna być natychmiastowa. Tymczasem dla wielu ludzi pytanie: co w tej chwili czujesz, bywa zaskoczeniem. Jesteśmy wychowywani tak, by odczytywać bodźce zewnętrzne, dostosowywać się do wymagań innych. Nie zwracamy uwagi na to, jak się czuje nasze ciało. Czy jest zmęczone, czy coś nam przeszkadza. Reagujemy dopiero na ból, odruchowo ratując się tabletką, nie szukając przyczyny.

Do tego zachęcają nas reklamy. Ale oczekujemy od tego zmęczonego, bolącego ciała, by stawało do kolejnego konkursu: ile razy może się wykazać? To dotyczy szczególnie mężczyzn, którzy mają bardziej zadaniowe podejście. Jeśli za bardzo się stresujemy, za dużo od siebie wymagamy na co dzień, pewnego dnia ciało zastrajkuje. Wtedy się dziwimy: jak to, coś nie działa, co ze mną nie tak? Czemu nie mam wzwodu, czemu mam suchą pochwę? Często to bunt naszego organizmu przeciwko rabunkowej gospodarce, którą prowadzimy.

Kiedy Pana słucham, mam wrażenie, że wszyscy mają problemy z seksem...

Gary Reiss: Skrzywienie zawodowe (śmiech). Skoro nie ma problemów – świetnie. Tylko się cieszyć. Nie potrzebujesz pomocy? Wspaniale. Ale jeśli potrzebujesz pomocy – też świetnie. Dlaczego to miałoby być gorsze? Nie zachęcam jedynie do okłamywania się. Bo ludzie często nadrabiają miną. Przyszedł do mnie pewien mężczyzna, pięknie zbudowany, umięśniony, atrakcyjny. Był trenerem. Usiadł nonszalancko, spojrzał na mnie i powiedział: Nie ma pan pojęcia, jak kobiety na mnie lecą. Spytałem go, po co przyszedł z tym do mnie. Sam chciałbym mieć taki problem. Już miał wyjść, ale w końcu wykrztusił: Te kobiety podniecają mnie, ale kiedy tylko idziemy do łóżka, nie mam erekcji. Zapytałem go: Jak pan się wtedy czuje? A on na to: Tak, jakby coś we mnie nie chciało wyjść na zewnątrz. Spytałem, czy bywa kiedyś sam. Powiedział, że praktycznie przez cały czas jest wśród ludzi. Więc dałem mu zadanie, by codziennie przez godzinę pobył w samotności. Robił to przez kilka tygodni i erekcja wróciła.

Przyznam, że brzmi to trochę jak czary. Dlaczego wróciła?

Gary Reiss: Często sfera seksualna jest rodzajem odgromnika – dzieją się w niej rzeczy, które powinny się wydarzać w innych sferach życia, ale nie ma na nie tam miejsca z różnych powodów. Ten mężczyzna powiedział, że coś w nim nie chce wyjść ze środka. Założyłem więc, że podświadomie jakaś jego część się buntuje, bo cały czas jest zmuszana do „wychodzenia na zewnątrz”, czyli kontaktu z ludźmi. A marzy o tym, by mieć choć przez chwilę spokój. Brak erekcji był wyrazem tego buntu. Poprosiłem go więc, by zaczął medytować albo zrobił coś innego, co bardziej mu odpowiada, by pobyć tylko ze sobą, swoimi myślami, odczuciami. To sprawiło, że potrzeba została zaspokojona, a więc objaw seksualny zniknął. W pracy z procesem mówimy, że rozwiązanie tkwi w problemie.

To znaczy?

Gary Reiss: Jeśli dobrze zdefiniujemy problem, rozwiązanie narzuci się samo. Inny przykład: para, oboje marzyli o seksie, a jakoś go nie uprawiali. Spali w jednym łóżku, ale jak najdalej. Kiedy porozmawialiśmy, okazało się, że w związku są ciągle blisko, nawet razem pracują. Poradziłem im, by znaleźli jakieś oddzielne hobby, zajęli się każde sobą, nieco się od siebie „odsunęli”. Kiedy to zrobili, pożądanie wróciło. Bo pożądanie to przyciąganie – jeśli jesteśmy cały czas ze sobą, może się osłabić. Zawsze to, co jest nie tak, stanowi klucz do rozwiązania zagadki. Wiele osób, szczególnie kobiet, odmawia seksu – nawet gdy kochają swoich partnerów. Twierdzą, że nie wiedzą dlaczego.

W terapii okazuje się, że łóżko to jedyne miejsce, w którym one w ogóle pozwalają sobie powiedzieć „nie”, na co dzień na wszystko się zgadzają. Zachęcam je więc, by zaczęły stopniowo mówić „nie”, kiedy mają na to ochotę. Wtedy sypialnia nie będzie ostatnią deską ratunku, jedynym miejscem, gdzie się wyraża ich poczucie godności i asertywność. Jeśli w życiu znajdzie się miejsce na „nie”, w seksie otworzy się przestrzeń na „tak”. Łóżko jest szczególnym miejscem, bo tam wszystko lepiej widać i to, co się tam dzieje, ma dla obojga partnerów duże znaczenie. Mąż może nie zauważyć spojrzeń, które żona rzuca z ukosa, kiedy chce mu odmówić, ale nie umie. Ale w łóżku zauważy, że coś jest nie tak. Nieświadomie wybieramy tę drogę, bo nie umiemy rozmawiać. Ja zachęcam do mówienia. To się naprawdę sprawdza.

Rozmawiała Tatiana Cichocka

TS 02/2010

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje