Wszystko zaczęło się w dzieciństwie. Konie jako cisi towarzysze życia
Konie pojawiły się w życiu Anny Rymar bardzo wcześnie. Jako dziecko zachwycała się nimi, później jednak na wiele lat odsunęła tę pasję na bok. W okresie dojrzewania regularny kontakt z końmi się skończył. Pozostało jednak coś, co trudno było całkowicie wyciszyć. Jakaś trudną do uchwycenia więź i jednocześnie tęsknota za tymi zwierzętami. Kilka lat temu psychoterapeutka ze Słupska wróciła do jazdy konnej. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że konie staną się częścią jej pracy zawodowej.
Punktem zwrotnym okazała się książka, którą dostała od cioci jeszcze jako nastolatka. Jej autorka opisywała pracę z ludźmi i końmi, ale w nieco innym niż klasyczne ujęciu. Dla młodej Anny brzmiało to wówczas niemal jak fantastyczna opowieść, jakaś magia, ale osadzona w rzeczywistym życiu i możliwa do zrealizowania.
- Czytałam to jak jakąś bajkę. Myślałam: "To jest jakiś kosmos, amerykański kosmos, to w życiu nie jest możliwe". Ale jednocześnie miałam w sobie bardzo głębokie poczucie, że sama bym tak chciała - wspomina w rozmowie z Interią.
To "chciałabym" potrzebowało jednak wielu lat, żeby zamienić się w konkret i stać się jej codzienną pracą. Anna Rymar jest psychoterapeutką, prowadzi terapię indywidualną i grupową. Pracuje także z parami i rodzinami. Około półtora roku temu po raz pierwszy pojechała z klientką do stajni.
- Pamiętam tę pierwszą sesję. To było dla mnie tak niezwykłe doświadczenie, bo czułam, że w końcu robię coś, do czego się urodziłam - mówi i zaznacza, że ma "ciarki na całym ciele", gdy wraca myślami do tego wspomnienia.
Nie był to jednak przypadkowy eksperyment. Wcześniej Anna zapisała się na kurs facylitatorów programów rozwojowych i terapeutycznych Horse Sense, prowadzony przez Agatę Wiatrowską. To właśnie tam poznała metodę pracy, która łączy kontakt z końmi z psychologią i pracą rozwojową. Od tamtej pory regularnie jeździ do stajni z klientami.
To nie jest jazda konna, a koń to nie narzędzie

Samo określenie "hipoterapia" Anna Rymar stosuje niechętnie podczas naszej rozmowy. Nie dlatego, że podważa wartość klasycznej hipoterapii, lecz chodzi raczej o to, że słowo to w powszechnym odbiorze bardzo mocno kojarzy się z fizjoterapią i jazdą konną.
- Mam wrażenie, że hipoterapia, którą znam, jest mocno związana z ciałem, raczej fizjoterapią i siadaniem na konia. I to jak najbardziej jest metoda, która działa, ale moja jest totalnie inna. Nie obejmuje jazdy konnej. Wszystko dzieje się z ziemi - wyjaśnia.
W anglojęzycznym świecie podobne podejście określa się jako Horse Assisted Psychotherapy albo Horse Assisted Education. Koń nie jest tu "sprzętem terapeutycznym", na którym wykonuje się określone ćwiczenia. Jest żywą istotą, która pozostaje w relacji z człowiekiem. I właśnie "relacja" jest tutaj słowem kluczowym.
Dyskusja o terapii z udziałem zwierząt bardzo często wraca do jednego pytania: czy zwierzę nie zostaje sprowadzone do roli narzędzia? W podejściu Anny Rymar trudno znaleźć na to określenie miejsce. Koń ma własne potrzeby, własne granice i własną możliwość odmowy. Co więcej, psychoterapeutka uważa, że udział w takich sesjach może być dla konia doświadczeniem rozwijającym.
Widzę, że te spotkania są dla koni rozwijające. (...) One dostają potwierdzenie, że są słyszane, widziane przez człowieka i jest na to reakcja.
Podobnie widzi to zoofizjoterapeutka i wieloletnia opiekunka koni, Magda Kozera. W jej ocenie praca z ziemi, jeśli jest prowadzona w sposób niewymuszony, może wspierać zarówno fizyczny, jak i psychiczny dobrostan konia. Kluczowa jest możliwość wyboru.
- Niewymuszony, swobodny ruch nie przeciąża nadmiernie układu ruchu, a możliwość podjęcia decyzji - "zostaję z człowiekiem lub odchodzę, jeśli nie czuję się komfortowo" - buduje u konia pewność siebie i poczucie decyzyjności - zauważa Magda Kozera.
W takim ujęciu nie ma więc "pracy koniem". Jest praca z koniem, a może jeszcze lepiej: współpraca.
Zanim Anna Rymar zaczęła pracować z klientami, sama spędzała z końmi czas. Potrafiła usiąść przy jednym z nich na kilkanaście minut i po prostu niczego nie wymagać.
- One były często bardzo zdziwione. "Dlaczego ta osoba nic ode mnie nie chce?". A ja od nich chcę tylko, żeby były końmi. Żeby były sobą jak najbardziej - opowiada.
To podejście jest zupełnie inne od tradycyjnego treningu, w którym koń wykonuje polecenia człowieka i często ta wolna wola konia jest mocno ograniczana.
Najpierw intencja, później koń

To czym tak naprawdę różni się klasyczne ujęcie hipoterapii od sesji terapeutycznej z uczestnictwem koni, którą proponuje Anna? Sesja indywidualna trwa co najmniej półtorej godziny. Pierwsze około 30 minut Anna Rymar poświęca na rozmowę z klientem. Nie zaczyna od kontaktu z koniem, lecz zaczyna od człowieka.
- Pierwsze pół godziny zawsze poświęcam na doprecyzowanie intencji. To może być jakiś konkretny temat, pytanie, pragnienie, uczucie, marzenie, coś żywego w tej osobie na dany moment, czym mamy się zająć na tej sesji. To ważne, co człowiekowi gra w duszy - tłumaczy.
Dopiero później razem z klientem idzie do koni, jeżeli uzna, że w człowieku istnieje potrzeba i gotowość na ten kontakt. Nic nie jest tu powierzchowne i nic nie jest przypadkiem. To proces z uważnością nie tylko na człowieka, ale i na zwierzę.
Jednym z doświadczeń podczas takiej sesji może być po prostu obserwowanie stada koni. Z boku można odnieść wrażenie, że nie dzieje się nic. Człowiek stoi i patrzy na konie. W rzeczywistości dzieje się bardzo dużo. Anna prosi klienta o uważność na to, co obserwuje, ale także na własne ciało. Co się dzieje z oddechem? Czy pojawia się napięcie? Ciepło? Zimno? Co zmienia się w ciele, kiedy koń podchodzi? A co, kiedy odchodzi?
Nie chodzi o to, że koń "wie", co dzieje się w człowieku i przekazuje mu jakąś tajemną wiadomość, wręcz przeciwnie.
- Fakt jest taki, że koń to "tylko" zwierzę i my nigdy się nie dowiemy, co on ma na myśli - podkreśla psychoterapeutka. - To, że on do mnie podchodzi, może oznaczać wiele rzeczy. Może jest głodny, coś go boli, jest mną zaciekawiony. Nigdy się nie dowiemy. To jedynie mogą być nasze domysły.
A jednak człowiek może bardzo wiele dowiedzieć się o sobie poprzez własną reakcję na zachowanie konia. Właśnie wtedy człowiek zaczyna korzystać z tej formy terapii najbardziej.
Jeśli zwierzę podchodzi, może pojawić się myśl: "Chyba mnie polubił". Jeśli odchodzi: "Znowu ktoś mnie odrzuca". To nie jest informacja o tym, co naprawdę myśli koń. Jest to natomiast informacja o człowieku i o tym, co najmocniej pracuje w jego umyśle i uczuciach.
- To nie koń mówi. To ja projektuję. Dlatego bardzo pilnuję tego rozdziału i tłumaczę go moim klientom podczas sesji - mówi Anna.
Koń nie musi nic robić. Koń po prostu jest

To jeden z najbardziej niezwykłych elementów tej metody. Koń nie ma obowiązku wykonać zadania. Nie musi podejść. Nie musi pozwolić się dotknąć, nie musi iść za człowiekiem. Wręcz ma prawo do tego, by odejść, napić się wody, czy unikać dotyku człowieka. I właśnie ta dobrowolność staje się częścią doświadczenia.
Anna opowiada o jednej z sesji, podczas której bardzo mocno dokuczały muchy. Koń zaczął wyraźnie sygnalizować, że chce wrócić do stajni. Klientka zobaczyła w tej sytuacji coś, co odniosła do własnego życia. Tak jak koń nie musi pozostawać tam, gdzie jest mu źle, tak ona nie musi godzić się na wszystkie "muchy" - zadania, oczekiwania i obowiązki, które ją przytłaczają. To nie koń "przekazał" jej tę wiadomość, lecz to ona ją zobaczyła.
Nie każdy koń jest odpowiednim partnerem

Wybór konia do pracy terapeutycznej również nie powinien być przypadkowy. Z punktu widzenia zoofizjoterapeutki pierwszym kryterium powinna być kondycja fizyczna zwierzęcia.
W klasycznej hipoterapii szczególne znaczenie ma sposób prowadzenia zajęć. Magda Kozera zwraca uwagę, że wymuszony ruch, może sprzyjać przeciążeniom układu ruchu.
- Z punktu widzenia zoofizjoterapeuty na pewno skupiłabym się na odpowiedniej kondycji fizycznej. Praca w hipoterapii to często wymuszony ruch po mniejszym lub większym okręgu, niestety zdarzają się miejsca, gdzie zajęcia odbywają się "tylko w jedną stronę". To sprzyja przeciążeniom układu ruchu.
Jednak ważna jest również psychika konia.
Jeśli chodzi o aspekt psychiki, wierzę, że terapeuta zna swoje konie na tyle, że jest w stanie dobrać je odpowiednio względem temperamentów jeźdźców.
W pracy z ziemi nie chodzi jednak o znalezienie "idealnego" konia dopasowanego do człowieka. Choć w początkowej pracy Anna Rymar próbowała iść tym tropem, to jednak szybko odkryła, że nie tędy droga do sukcesu. Okazało się, że każde zwierzę wnosi do relacji coś innego. I właśnie to może być rozwojowe. Anna Rymar również zmieniła sposób, w jaki wybiera konie do sesji. Dziś przede wszystkim sprawdza, w jakim stanie są konie tego dnia. Stara się przed sesją zebrać jak najdokładniejszy wywiad na temat konkretnych koni. Czy są wypoczęte? Czy nic im nie dolega? Czy miały możliwość odpoczynku? Czy wydarzyło się coś, co może wpływać na ich zachowanie?
- Staram się wybierać takie najbardziej wypoczęte, najbardziej zrównoważone. Takie, które też czują się po prostu dobrze - mówi.
Stanowisko psychoterapeutki popiera zoofizjoterapeutka.
Warto dbać o komfort psychiczny koni - ilość pracy w ciągu dnia dopasowana do możliwości i temperamentu, bezwzględnie dostęp do pastwiska/padoku wraz ze stadem, aby zwierzęta miały możliwość zaspokoić potrzeby socjalne.
To nie jest więc relacja: człowiek przychodzi, a koń ma być gotowy do pracy. To raczej spotkanie, do którego obie strony powinny mieć gotowość.
Czego koń może nauczyć człowieka?

Jednym z najważniejszych tematów, który pojawił się w pracy Anny Rymar dzięki koniom, jest regulacja układu nerwowego. Psychoterapeutka zaczęła jeszcze mocniej zwracać uwagę na ciało i na to, co się w nim dokładnie dzieje.
Zanim wejdzie do stajni, ma swój mały rytuał. Fragment drogi przez las traktuje jako moment zatrzymania.
"Co we mnie? Jak ja się mam? Czego potrzebuję, żeby pracować tu i teraz, a nie z tym wszystkim, co za mną?" - to pytania, które zadaje sobie przed sesją.
Podobnie patrzy dziś na osoby w gabinecie. Nie tylko słucha ich historii. Obserwuje napięcie, oddech, sposób poruszania się, kontakt z własnym ciałem.
- W kontakcie z tak dużym zwierzęciem, jakim jest koń, lepiej dosłownie widać w człowieku, kiedy wchodzi w stan walki, ucieczki, stan przetrwania, ale też można rozpoznać, jak wraca do równowagi - mówi Anna Rymar.
W jej pracy spotykają się więc trzy poziomy: myśli, ciało i emocje. Jest również miejsce na potrzeby i jeśli klient tego potrzebuje, na wymiar duchowy.
Dlaczego koń, a nie pies? Zaskakująca rola lęku
Psy także potrafią doskonale odczytywać ludzkie emocje. Istnieje przecież dogoterapia. Dlaczego więc właśnie koń? Odpowiedź Anny Rymar jest zaskakująco prosta. Chodzi o rozmiar.
Ogromnym zyskiem z konia jest to, że on jest ogromny. To jest duże ciało. Naprawdę duże ciało. To jest 600 kilogramów minimum.
Takie spotkanie może uruchomić w człowieku naturalną uważność. Przy koniu trzeba uważać na własne ruchy. Trzeba obserwować zwierzę. Zwracać uwagę na jego ciało. Nie można bezmyślnie wejść w jego przestrzeń. To szczególnie ważne w pracy z lękiem, którym Anna zajmuje się również w gabinecie.
Człowiek może więc doświadczyć lęku nie tylko poprzez opowiadanie o nim. Może poczuć go tu i teraz. Zobaczyć, co wtedy robi. Czy ucieka? Czy udaje, że się nie boi? Czy od razu przechodzi do działania? Czy potrafi się zatrzymać? A później można poszukać innej odpowiedzi.
Jedno z ćwiczeń polega na stopniowym zbliżaniu się do zwierzęcia. Najpierw trzeba sprawdzić, czy człowiek sam chce tego spotkania. Później obserwować konia z większej odległości. Następnie podejść bliżej i sprawdzić, czy zwierzę jest gotowe na kontakt.
- To ma na celu taką szczególną wrażliwość właśnie na granice. Własne i drugiej istoty. Żeby siebie nie nadużywać, ale też żeby na drugiego nie naciskać. Tylko szukać tego miejsca, w którym dwie strony będą mogły się skontaktować - tłumaczy Anna.
Czasami takim miejscem jest dziesięć metrów, czasami metr, a nadal może być to pełnoprawne spotkanie.
Czy każdy może skorzystać z takiej formy pracy?

Anna Rymar bardzo wyraźnie rozdziela terapię od rozwoju. W przypadku terapii preferuje pracę z osobami, które już zna ze swojego gabinetu. Wie wtedy, z czym się mierzą, jak reagują i jakie tematy mogą pojawić się w kontakcie z koniem. To ważne, ponieważ sesja może otworzyć bardzo głębokie emocje.
Dlatego psychoterapeutka zwraca uwagę na ryzyko retraumatyzacji. Jeśli osoba ma za sobą doświadczenia traumatyczne, trzeba odpowiednio przygotować warunki, by kontakt z koniem nie uruchomił ponownie doświadczenia krzywdy.
Inaczej wygląda praca rozwojowa. Tutaj nie chodzi o przepracowanie zaburzenia czy o terapię traumy.
- Po terapię często sięgamy wtedy, kiedy coś w naszym życiu zaczyna boleć, uwierać albo wyraźnie utrudniać nam funkcjonowanie. Rozwój nie musi zaczynać się od cierpienia. Czasem z zewnątrz wszystko jest w porządku - dobrze funkcjonuję w pracy, w relacjach, radzę sobie z codziennością - a jednak czuję, że czegoś mi brakuje. Że chcę być bliżej siebie, lepiej siebie rozumieć albo żyć bardziej po swojemu - wyjaśnia.
Nie oznacza to jednak, że sesja rozwojowa jest pozbawiona emocji. Wręcz przeciwnie. Dlatego pierwsze spotkanie powinno być także rozpoznaniem, czy dana osoba jest gotowa na taką formę pracy.
"Powroty". Żeby na chwilę wyjechać z własnego życia

Z potrzeby zatrzymania się w biegu życia powstał kolejny projekt Anny Rymar - "Powroty". To kameralny wyjazd rozwojowy dla kobiet organizowany w Portugalii, w malowniczym regionie Algarve. Nazwa nie jest przypadkowa. Powrót ma oznaczać przede wszystkim powrót do siebie.
Anna od lat związana jest z Portugalią również prywatnie. Jej młodsza siostra, która wraz z partnerem od kilku lat spędza tam część roku, była początkiem tej historii. Z czasem Anna zaczęła regularnie odwiedzać ją w Portugalii. Zachwyciła ją przede wszystkim natura, a zwłaszcza dzikość oceanu, klify, zapach ziół i kwiatów, niewielkie, mało zabudowane miejscowości.
Tam poznała również Alex, właścicielkę czterech koni, Francuzkę, która wcześniej jeździła sportowo, a dziś prowadzi m.in. zajęcia związane z jogą. To właśnie z nią Anna i jej siostra postanowiły stworzyć "Powroty".
Anna odpowiada za część rozwojową i pracę z końmi. Jej siostra za logistykę, zakwaterowanie, część wyżywienia i organizację pobytu. Ma powstać coś więcej niż warsztat. Raczej bezpieczna przestrzeń, w której można na kilka dni odłączyć się od codziennego rytmu.
- To jest dla kobiet takich, które dużo robią, pracują, zmagają się z gonitwą życia, ale gdzieś jakoś nie mogą siebie uchwycić. Bardzo wierzę, że w takiej przestrzeni mogą siebie doświadczyć w różnych kontekstach - opowiada Anna.
Konie oczywiście są tylko jednym z elementów tego projektu. Jest natura, jest grupa innych kobiet, jest siostrzana energia i jest odcięcie od codzienności. To możliwość sprawdzenia, czego właściwie brakuje w codziennym życiu. Czasami odpowiedź może być bardzo prosta, chociażby taka, że trzeba zjeść śniadanie, zanim wyjdzie się z domu, zadzwonić do przyjaciółki, czy zrobić coś dla siebie, zanim po raz kolejny zrobi się coś dla wszystkich innych. Powrót do siebie zaczyna się od zatrzymania
Powrót do natury, ale też do własnego ciała, do emocji, których w codziennym pędzie często nie zauważamy i wreszcie powrót do siebie - to jest coś, na czym Anna oparła swój projekt.
Być może właśnie dlatego spotkanie z koniem nie potrzebuje wielkich słów ani gotowych odpowiedzi, nieważne czy na polskiej ziemi, czy w odległej Portugalii. Wystarczy uważność na to, co dzieje się pomiędzy dwiema istotami, czasem nawet z odległości kilku metrów. Bo koń nie mówi człowiekowi, co czuje; zauważa jedynie zmianę, której człowiek być może sam jeszcze nie potrafił nazwać.
- One są bardzo wrażliwe na zmiany. Myślę, że dlatego tak bardzo są przydatne w tej metodzie, że wychwytują mikrozmiany energii w człowieku. I one już na to reagują. To nie jest tak, że mówią, co ci jest, tylko zauważają, że coś się w tobie zmieniło - mówi Anna Rymar.











