Coraz więcej psów żyje w miastach. Kochamy psy, ale czy rozsądnie?
Polacy chcą mieć psy i potwierdza to rosnąca liczba tych zwierząt w polskich domostwach. W dużych miastach psy stały się pełnoprawnymi uczestnikami codzienności. Spotykamy je niemal wszędzie - w komunikacji miejskiej, restauracjach, sklepach, biurach, hotelach czy galeriach handlowych. Rozwój infrastruktury "pet friendly" sprawia, że opiekunowie coraz częściej zabierają zwierzęta ze sobą także tam, gdzie jeszcze kilka lat temu byłoby to nie do pomyślenia.
Jednocześnie rośnie liczba pytań o dobrostan psów żyjących w miejskich warunkach. Bo choć człowiek przyzwyczaił się do hałasu, pośpiechu i tłoku, dla psa taka codzienność może być wyjątkowo obciążająca.
W naturze psy i ich przodkowie funkcjonowali w środowisku pełnym przestrzeni, zapachów, ciszy i możliwości swobodnej eksploracji, a także możliwości unikania konfrontacji dzięki temu z drugim osobnikiem. Tymczasem współczesne miasta oznaczają beton, ruch uliczny, syreny, ciasne chodniki i nieustanne mijanie obcych ludzi oraz innych zwierząt. Dla wielu psów to życie w stanie permanentnego pobudzenia.
Psy w miastach żyją w ciągłym natłoku bodźców

Badania dotyczące dobrostanu psów pokazują, że nadmiar bodźców może prowadzić do chronicznego stresu, problemów behawioralnych i trudności z odpoczynkiem. Psy mieszkające w dużych aglomeracjach częściej wykazują nadreaktywność, problemy lękowe czy trudności w wyciszeniu.
W mieście praktycznie każdy spacer oznacza kontakt z ogromem bodźców. Dla człowieka to codzienność. Dla psa często ogromne przeciążenie układu nerwowego.
W rozmowie z Interią behawiorystka Julia Nowak, prowadząca edukacyjny profil "Goodboi_precel" na Instagramie, zwraca uwagę, że problemem nie jest samo miasto, ale skala i intensywność doświadczeń, którym poddawane są psy.
- Psy słyszą o wiele lepiej niż ludzie i ten natłok głosów jest dla nich stresujący. Chodząc w takie miejsca z psami przebodźcowujemy swoje psy. To przebodźcowanie może dać konsekwencje już teraz, czyli np. pies wypali na kogoś w galerii, ale może też dać konsekwencje później - pies będzie miał problem z odpoczynkiem i wyciszeniem" - przekonuje specjalistka.
Coraz częściej pojawia się też pytanie, czy w miastach nie ma po prostu zbyt wielu psów. Na krótkich spacerach zwierzęta mijają dziesiątki innych psów, często bez możliwości zachowania dystansu. Tymczasem psy nie są gatunkiem, który naturalnie potrzebuje ciągłych interakcji z obcymi, przypadkowymi osobnikami i to w takiej ilości. Dla wielu z nich taka codzienność może być źródłem napięcia i frustracji.
Oczywiście, miasto miastu nie jest równe, a nawet poszczególne dzielnice potrafią mocno różnić się od siebie, więc stwierdzenie, że "miasto nie jest dla psa" jest zbyt dużym uogólnieniem. Jednak, by spojrzeć na dobrostan psa, należy szczerze przeanalizować otoczenie, w jakim funkcjonuje.
Adaptacja nie oznacza dobrostanu. Ciche przyzwyczajenie do niewygody

Zwolennicy miejskiego stylu życia psów często przywołują przykład włoskich miast, gdzie psy często sprawiają wrażenie spokojniejszych i bardziej opanowanych w przestrzeni publicznej.
Julia Nowak podkreśla jednak, że obraz widziany przez turystów często jest bardzo wybiórczy.
- We Włoszech widzimy głównie te psy, które potrafią się zachować w takich miejscach. Ale to nie znaczy, że kilka dzielnic dalej nie zobaczymy psa, który rzuca się na inne psy. To trochę idylliczne wyobrażenie o życiu psów za granicą - wyjaśnia.
Behawioryści podkreślają jednak, że adaptacja nie zawsze oznacza komfort psychiczny. Pies może nauczyć się funkcjonowania w trudnym środowisku, ale nie znaczy to, że takie warunki są dla niego optymalne.
Duże znaczenie mają również kultura opieki nad zwierzętami, tempo życia, długość spacerów, dostęp do terenów zielonych czy sposób socjalizacji. W wielu krajach południowej Europy psy spędzają więcej czasu poza domem, ale jednocześnie ich codzienność często jest spokojniejsza niż życie psów w zatłoczonych polskich aglomeracjach.
Warto pamiętać, że "spokojny pies" nie zawsze oznacza psa szczęśliwego. Czasem oznacza psa wycofanego, zmęczonego lub nauczonego ignorowania bodźców kosztem własnego komfortu. Tu też pojawia się psychologiczne zagadnienie "wyuczonej bezradności", która może pojawić się zarówno u człowieka, jak i u wielu gatunków zwierząt. Wyuczona bezradność to stan psychiczny, w którym zwierzę przestaje podejmować próby zmiany sytuacji, ponieważ wcześniej wielokrotnie doświadczało stresu, dyskomfortu lub lęku, na które nie miało wpływu. Innymi słowy, pies uczy się, że niezależnie od tego, co zrobi, i tak niczego nie zmieni.
Spacer to nie tylko "wyjście na miasto". Psie potrzeby, których nie da się zmienić

Współczesny styl życia sprawia, że wielu opiekunów traktuje wspólne wyjścia do centrum handlowego, restauracji czy kawiarni jako formę spędzania czasu z psem i finalnie - jako spacer. To właśnie wtedy pojawia się problem, gdy takie aktywności zaczynają zastępować psu prawdziwy spacer.
Z perspektywy potrzeb gatunkowych spacer powinien dawać psu możliwość eksploracji, swobodnego węszenia, ruchu, odpoczynku od hałasu i finalnie najważniejsze - kontaktu z naturą.
Galeria handlowa czy zatłoczony deptak nie realizują tych potrzeb. To raczej środowisko wymagające od psa ogromnej samokontroli i ciągłego przetwarzania bodźców.
Dlatego wielu specjalistów podkreśla dziś etyczny obowiązek opiekuna - nawet jeśli mieszka w centrum dużego miasta, powinien regularnie zapewniać psu kontakt z ciszą, zielenią i spokojniejszym otoczeniem. Nie chodzi wyłącznie o obowiązek prawny, ale o odpowiedzialność za dobrostan zwierzęcia.
Pies w restauracji i galerii handlowej. Kiedy takie wyjście ma sens?

Są jednak sytuacje, w których wejście z psem do sklepu czy restauracji jest zrozumiałe. Podczas podróży, wakacji czy dłuższego wyjazdu czasem po prostu nie mamy możliwości zostawienia psa samego. Krótka wizyta w restauracji lub szybkie zakupy mogą być wtedy rozsądnym rozwiązaniem.
Julia Nowak zaznacza jednak, że kluczowe jest zachowanie umiaru.
- Restauracje czy kawiarnie mogą być potrzebną nauką dla psa, bo każdemu opiekunowi może zdarzyć się wejść z psem po wodę do sklepu albo usiąść na chwilę w lokalu. Ale trzeba się zastanowić, czy taka sytuacja będzie realnie występować w życiu psa. Inaczej to socjalizacja dla samej idei socjalizacji - tłumaczy specjalistka w rozmowie z Interią.
Problem zaczyna się wtedy, gdy takie wyjścia stają się codziennością, często powtarzanym schematem. Wielogodzinne przebywanie w galeriach handlowych, głośnych lokalach czy zatłoczonych deptakach często nie daje psu żadnych korzyści. Wręcz przeciwnie, może prowadzić do przeciążenia, zmęczenia i wzrostu napięcia, a finalnie do problemów behawioralnych.
Nie widzę żadnej korzyści dla psa z ciągania go po galeriach handlowych. To miejsca kompletnie niedostosowane do psów.
Psy w takich miejscach często wysyłają subtelne sygnały stresu. Oblizują nos, ziewają, odwracają głowę, kulą uszy, napinają ciało, próbują odejść, a często są na siłę przytrzymywane na napiętej smyczy.
Problem w tym, że opiekunowie bardzo często tych sygnałów nie zauważają.
Socjalizacja to nie wrzucanie psa w tłum i zbyt trudne dla niego warunki

Wokół socjalizacji narosło wiele mitów. Do dziś część opiekunów uważa, że dobrym sposobem na "przyzwyczajenie" psa do miasta jest zabieranie go w zatłoczone miejsca - galerie handlowe, jarmarki czy miejskie deptaki.
Tymczasem współczesna behawiorystyka mówi jasno, że prawidłowa socjalizacja nie polega na zalewaniu psa bodźcami.
- Socjalizacja ma sens wtedy, kiedy jest dobrze przemyślana. Jeżeli pies będzie funkcjonował w mieście, będzie jeździł autobusem albo od czasu do czasu pójdzie do restauracji, to warto go tego nauczyć. Ale jeżdżenie z psem wszędzie tylko dlatego, że widzieliśmy to w mediach społecznościowych, nie ma większego sensu - podkreśla Julia Nowak.
Jej celem powinno być budowanie poczucia bezpieczeństwa i spokojnego poznawania świata, a nie zmuszanie psa do funkcjonowania w warunkach przekraczających jego możliwości.
Dla wielu psów przejście przez zatłoczoną galerię handlową nie jest treningiem pewności siebie, lecz doświadczeniem stresowym. Zwłaszcza jeśli zwierzę nie ma możliwości wycofania się, odpoczynku czy zwiększenia dystansu od bodźców.
Behawiorystka zwraca również uwagę na aspekt bezpieczeństwa.
W zatłoczonych miejscach nigdy nie wiadomo, z jakim psem się mijamy. Małego psa ktoś może przypadkiem kopnąć albo nadepnąć. Często nie ma nawet przestrzeni, żeby sensownie się minąć.
Jeżeli już decydujemy się na wyjścia z psem do restauracji, kawiarni, czy galerii handlowej, niech wizyty będą naprawdę krótkie, przemyślane, zorganizowane w czasie mniejszego natężenia ruchu, a w ich trakcie bądźmy wyczuleni na sygnały wysyłane przez psa. Warto w takich momentach brać pod uwagę możliwość wyjścia i wycofania się ze zbyt trudnej dla psa sytuacji.
Marsze, koncerty i imprezy masowe nie są miejscem dla psów

O ile awaryjne wejście do sklepu czy krótki pobyt w restauracji można jeszcze uzasadnić, o tyle zabieranie psa na koncerty, marsze, festyny czy imprezy masowe budzi coraz większe kontrowersje.
Tłum, ścisk, hałas, muzyka, krzyki i brak możliwości ucieczki są dla wielu psów doświadczeniem skrajnie trudnym. Psy nie rozumieją idei koncertu czy zgromadzenia publicznego. Nie wiedzą, dlaczego wokół nagle pojawia się tysiące ludzi i głośne dźwięki.
Branie psa na koncerty jest zwyczajnie nieodpowiedzialne. Nie ma nic wspólnego z socjalizacją i jest właściwie pokazaniem, że zapomina się o dobrostanie swojego psa.
Behawiorystka przywołuje również sytuację z Parady Równości w Gdańsku.
- Masa ludzi, głośno, pochód, policja, nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, a w tym wszystkim były psy. Tego nie da się wybronić socjalizacją.
To sytuacje, w których zwierzę często działa wyłącznie w trybie przetrwania.
Dobrym przykładem jest również historia z obchodów majowych z udziałem wojska. W czasie wydarzenia oddawano salwy z broni. W tłumie znajdowała się kobieta z chartem. Pies wyraźnie chciał odejść - był spięty, zdezorientowany i próbował wycofać się z otoczenia, zwłaszcza gdy usłyszał wystrzały. Opiekunka była jednak skupiona na nagrywaniu wystąpienia żołnierzy i nie zauważała sygnałów wysyłanych przez zwierzę. Dopiero zwrócenie jej uwagi uświadomiło, że pies zwyczajnie się boi.
To sytuacja, która pokazuje, jak łatwo potrzeby zwierzęcia mogą zostać zagłuszone przez ludzkie emocje i chęć uczestniczenia w wydarzeniu.
Pies nie musi uczestniczyć we wszystkim

Coraz częściej traktujemy psy jak pełnoprawnych członków rodziny i to samo w sobie nie jest niczym złym. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy oczekiwać, że będą funkcjonowały dokładnie tak jak ludzie, a nie jak pies, który ma często zupełnie inne potrzeby niż człowiek.
Tymczasem pies nie potrzebuje galerii handlowej, koncertu ani zatłoczonej restauracji do szczęścia.
Czasami największą troską o psa jest po prostu odpuszczenie sobie zabierania go wszędzie. To, że pies może gdzieś wejść, nie znaczy jeszcze, że naprawdę chce albo że dobrze się tam czuje.
Znacznie ważniejsze są dla niego spokojny spacer, możliwość węszenia, odpoczynek, poczucie bezpieczeństwa, przewidywalność, kontakt z naturą. Okazuje się często, że dla człowieka też taki rodzaj spędzania wolnego czasu jest korzystniejszy, lecz często sami musimy mieć więcej czasu, by się o tym przekonać.
Niejednokrotnie decydując się na psa, wyjeżdżamy z nim na spokojny spacer poza miasto i dostrzegamy, że i nam służy on równie dobrze, co naszemu psu. Warto skorzystać wtedy z tej instynktowej mądrości naszych zwierząt i zwyczajnie - wziąć z nich przykład.
Być może największym wyrazem troski o psa nie jest dziś zabieranie go wszędzie ze sobą, ale umiejętność rozpoznania, kiedy po prostu lepiej zostawić go w domu, a następnie zabrać go i siebie samego na jakościowy spacer z dala od zgiełku miasta.
Każdy gatunek ma swoją opowieść. Od najmniejszych owadów po zwierzęta, które potrafią przebyć tysiące kilometrów, by wrócić do domu. Poznaj historie, które pokazują potęgę natury. Więcej na styl.interia.pl












