Schroniska pod lupą. Jak wygląda codzienność "od środka"?
Ostatnie tygodnie przyniosły w Polsce wzmożoną debatę na temat funkcjonowania schronisk dla zwierząt. Po nagłośnieniu nieprawidłowości w części prywatnych placówek, po społecznych emocjach i po zaangażowaniu znanych osób - w tym Dody - temat dobrostanu zwierząt wrócił na pierwsze strony mediów. W ślad za tym pojawiły się kontrole, pytania o przejrzystość i o to, jak naprawdę wygląda codzienna praca w schronisku. O typowy dzień w jednym z miejskich schronisk zapytaliśmy Anetę Dominik, pracującą w Miejskim Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt w Opolu.

Dzień zaczyna się bardzo wcześnie. Pracownicy przychodzą już o siódmej rano i od razu przystępują do codziennych obowiązków: karmienia zwierząt oraz sprzątania. Do godziny jedenastej wszystko musi być gotowe, bo wtedy schronisko otwiera się dla odwiedzających. To również moment, kiedy na miejscu pojawiają się wolontariusze.
Pani Aneta zaznacza, że zwierzęta są pod stałą obserwacją, cały czas ktoś ich dogląda. W międzyczasie do schroniska przyjeżdża weterynarz, z którym odbywa się obowiązkowy obchód wszystkich boksów i bud. To wtedy przekazywane są szczegółowe informacje o stanie zdrowia każdego zwierzęcia.
Jak podkreśla moja rozmówczyni, obecność weterynarza jest w opolskim schronisku codziennością.
- Weterynarz u nas jest codziennie. Przyjeżdża na cztery-pięć godzin, później jest pod telefonem, gdyby coś się wydarzyło. Zawsze przyjeżdża w weekendy, jeżeli są leki do podania - wyjaśnia Interii, dodając, że w Opolu leki podaje wyłącznie lekarz weterynarii.
Na tym jednak jego rola się nie kończy. Zwierzęta wymagające natychmiastowej pomocy trafiają najpierw do lecznicy, a dopiero później do schroniska.
- Jeśli ktoś przywozi chorego psiaka czy kociaka, to prosimy tych ludzi, żeby zawieźli go od razu do lecznicy, bo pracownik nie może wyjść ze schroniska, wsiąść w auto i pojechać z tym zwierzakiem do weterynarza - zaznacza pani Aneta.
W takiej sytuacji zwierzę zostaje formalnie przyjęte na stan schroniska, ale faktyczną opiekę ma w danym momencie w gabinecie weterynarza.

Codzienna troska to jednak nie tylko leczenie, ale także ruch i kontakt z człowiekiem.
– Są spacery, codziennie. Z psami wychodzą pracownicy, spacerują też wolontariusze. Zwierzęta są wypuszczane na wybiegi.
W tym miejscu pani Aneta szczególnie mocno podkreśla rolę wolontariuszy. Jak zaznacza, są oni w schronisku nie do przecenienia - to właśnie oni spędzają ze zwierzętami najwięcej czasu poza boksami i często najlepiej znają ich charaktery.
- W dużym stopniu bazujemy na informacjach od nich, jak się pies zachowuje, bo to jest też bardzo ważne m.in. przy adopcjach, więc dla nas wolontariusze są bardzo, bardzo ważni - opowiada.
Dodaje przy tym, że schronisko to wspólna praca wielu osób: pracowników, wolontariuszy, dyrekcji i kierownictwa. - W grupie siła, wszyscy się wspieramy - podkreśla.
Opolskie schronisko współpracuje również z dwiema fundacjami: stowarzyszeniem ALF oraz Wolontariuszami dla Schroniska. Środki z 1,5 procenta podatku pozwoliły m.in. na wykonanie lamp grzewczych w dużych kojcach oraz montaż klimatyzacji. Dzięki temu możliwe jest także finansowanie leczenia zwierząt przebywających w domach tymczasowych. Jak zaznacza pani Aneta, kiedy pies lub kot trafia do takiego domu, to właśnie schronisko pokrywa koszty jego wyżywienia i opieki weterynaryjnej.
W kontekście ogólnopolskiej dyskusji o przejrzystości działania schronisk, ważnym momentem były kontrole przeprowadzone pod koniec stycznia w Opolu. W dniach 21 i 22 stycznia placówka przeszła dwie kontrole, które nie wykazały żadnych uchybień.
– Moim zdaniem dobrze, że zrobił się szum. Mówiliśmy od razu, że będą kontrole. My nie mamy nic do ukrycia
- mówi pani Aneta. Jej zdaniem uczciwe schroniska, fundacje i stowarzyszenia nie mają problemu z niezapowiedzianymi wizytami.

Zwraca też uwagę, że ograniczanie dostępu do części schroniska powinno budzić wątpliwości. - U nas chodzi się po całym schronisku, nie ma zakrytych boksów czy domków. Jedyne niedostępne miejsca to kwarantanna kotów, izolatka oraz szpitalik - wyjaśnia.
W ostatnich tygodniach głośno było również o zaangażowaniu Dody w sprawy związane ze schroniskami. Pani Aneta nie ukrywa, że patrzy na to pozytywnie.
– Wreszcie ktoś zrobił z tym porządek, bo nam szarym ludziom jest trudniej się przebić. W końcu może się coś zmieni i może wszyscy zauważą, że są błędy w systemie
- mówi. Jej zdaniem problemem są m.in. schroniska prowadzone prywatnie, choć zaznacza, że nie ocenia wszystkich jednakowo.
Podkreśla też, że w tej sprawie nie chodzi o sympatie czy antypatie wobec artystki.
- Nie jest zupą pomidorową, żeby ją ktoś lubił. Ja ją szanuję za to, co zrobiła teraz dla zwierząt - dodaje.
Na koniec rozmowy pani Aneta szerzej odnosi się do systemowych problemów ochrony zwierząt w Polsce. Jak mówi, praca przy zwierzętach jest ciężka, wymagająca i kosztowna, a mimo to wciąż brakuje realnych zmian.
- Nie ma u nas w Polsce tak, że zwierzęta są jakoś fajnie traktowane - ocenia, wskazując m.in. na nieskuteczność przepisów i niskie wyroki w sprawach znęcania się nad zwierzętami. - Wszystko jest zamiatane pod dywan - podsumowuje, dodając, że marzyłaby o realnej reprezentacji spraw zwierząt na poziomie politycznym.











