Reklama

Reklama

To tylko życie

-Wesołych świąt! - było słychać już prawie wszędzie. Zsypał się śnieg, można było dostrzec łopaty i odśnieżających mężczyzn, dzieci wracały ze szkół, dorośli z pracy, panował typowy przedświąteczny ruch. Z każdym dniem uśmiechało się coraz więcej twarzy, nadchodził przecież ten magiczny czas...

         On jednak wcale nie czuł się szczęśliwy. Pamiętał dawne lata, w których mógł spędzać Wigilię razem z rodziną, a nie doceniał tego. Nie mówiąc o prezentach, które teraz nie byłyby mu wcale potrzebne. Nie mógł znieść myśli, że tego roku będzie łamał się opłatkiem z opiekunką, wielką gromadą nieznanych mu dzieci, "dziwnych" panienek i pozostałych urwisów. Krzysiek cztery miesiące temu stracił rodziców w wypadku, ciągle miał w głowie tamten moment, gdy dowiedział się o tragedii. Miał siedemnaście lat, ale zdecydowanie różnił się od pozostałych. Nie, nie był w żaden sposób opóźniony, zbyt grzeczny czy mądry. Wychodził ze znajomymi na imprezy, miał kilka koleżanki, przeciętne wyniki z nauki, ale często snuł refleksje, rozważał, analizował, czytał, pisał poezje. Mierzył około metra osiemdziesiąt pięć i był dość przystojny. Teraz cierpiał. Wewnątrz siebie. W domu dziecka przez czas obecności nie znalazł nikogo z kim mógłby porozmawiać, zwierzyć się, powygłupiać. Z pozostałymi "sierotami" miał ograniczony kontakt. Wieczorami szybko kładł się spać, czytał bądź pisał. Nie zważał na płeć żeńską, choć z pewnością miał powiedzenie. W głębi siebie uznał, że nie ma to sensu, chciał przeżyć jakoś rok, który tu spędzi, potem osiągnie pełnoletność i odejdzie. Po co łamać serce? Sobie lub komuś. Nigdy nie potrzebował kogoś, kogo mógłby trzymać za rękę, przytulać czy całować. Wiedział, że nadejdzie czas, gdy zapomni o otaczającym świecie, bo nadejdzie ONA, ta która przewróci jego świat, choćby na chwilę. Miał nadzieję, ale jeszcze nie teraz. Teraz są ważniejsze sprawy - jak twierdził.

Reklama

         To był 21.12, Krzysiek nie mógł pozbierać myśli, chciał być gdziekolwiek indziej, byle nie tu. Tutaj wszystko przypomina mu przeszłość, powód, dla którego tu jest. Planował ucieczkę. W myślach wyglądało to zbyt prosto. Starał się być pozytywnej myśli. Nocą, gdy słychać będzie chrapanie opiekunki, druga wyjdzie zamknąć bramę - on zejdzie z prędkością światła do piwnicy, o której istnieniu wie mała liczba osób. Tam znajdzie ostry przedmiot, rozbije niewielką szybkę i wciągnie oddech zimnego powietrza. Tak, to jest plan. A potem przekroczy płot i będzie wolny. Wolność!

         Godzina 00:53 na elektronicznym budziku. Krzysiek otwiera oczy. Większość już posnęła. Przynajmniej w jego pokoju. Wstaje, na palcach skrada się ku uchylonym drzwiom. Nie ma nikogo. Idzie, coraz dalej i dalej, minął trzy kolejne pokoje, schodzi na dół, tak, pani Basia już śpi. A gdzie Iza? "Pewnie wyszła właśnie pozamykać." - myśli. Schodzi kolejnymi schodami. Słyszy jakieś kroki. "Kto to?" - krąży w jego głowie.

         - A ty tu co? - Pani Iza jednak nie wyszła na podwórze.

         - Ja tylko, hmm, chyba jestem chory, głowa mnie boli i mam kaszel. Muszę zmierzyć temperaturę. Chciałbym też jakąś tabletkę, gardło też coś nie w porządku.

         - Poczekaj, zaraz coś zaradzimy.

Nieudana próba. "Teraz nie mam już szans, byłbym podejrzany, jutro spróbuję" - planował w myślach kolejny dzień.

         Rano Krzysiek wstał, poszedł do toalety, ubrał się, umył zęby i zszedł na śniadanie. Pani Iza od razu zapytała:

         - Jak się czujesz? Lepiej? Gardło już w porządku?

         - Lepiej, lepiej. Myślę, że to chwilowe było. Nawet już normalnie mówię, kaszel też słabszy.

         - Cieszę się. Martwiłam się nocą czy wszystko dobrze. Tak nagle i późno cię zobaczyłam.

         - Nie ma się co martwić. Nie takie małe ze mnie dziecko. - Krzysiek próbował jakoś odwrócić sytuację, byleby nic nie wyszło na jaw. Nie mógł doczekać się wieczora, nocy...

         Jak na złość dzień strasznie się ciągnął. Krzysiek nie chciał zachowywać się inaczej, więc tak jak co dzień - czytał, pisał, myślał.

         Godzina 01:06.

         - Idę. - szepcze do siebie. - Koniec tej części życia. - ruszył ku drzwiom, spojrzał ostatni raz i wyszedł. Minął wszystkie schody, w dość szybkim tempie, przekręcił klucz od piwnicy, szedł w ciemnościach, dostrzegał tylko lampę odbijająca się w oknie. Nieopodal był młotek. Rozbił, wolał zrobić to raz i szybko niż powoli, móc obudzić resztę. Był poważny, mokry, lekko wystraszony, ale wyszedł. Udało mu się! Tak! Zrobił to! Jeszcze tylko brama... Dobiegł do płotu, najniższego, lekko naruszonego. Wydostał się! Po raz pierwszy od prawie pół roku uśmiechnął się, sam do siebie. Lecz co począć teraz? Do centrum około pół godziny drogi i to przez szary las. Bez latarki było ciężko. Odgłosy zwierząt, ciemność, szum i uginające się gałęzie przysporzyły mu strachu. Gdy doatrł do miasta, był wyczerpany. Sklepy były pozamykane, restauracje i kafejki, bary i supermarkety, nawet sklepy z odzieżą były jak uśpione. Szedł więc niezgrabnie chodnikiem. Patrzył bezradnie na kolejne samochody. To wszystko jednak i tak zdawało mu się piękniejsze niż to od czego uciekł. By zadowolony, lecz zmęczony. Około godziny 3:30 dotarł na stację benzynową. Skorzystał z toalety. Następnie wszedł do restauracji obok.

         "Nie mam nawet pieniędzy, ale posiedzę na chwilę" - pomyślał. W każdej chwili mógłby zasnąć. Tylko o tym teraz marzył. Nie chciał myśleć jednak, co będzie rano. Czy ktoś go znajdzie? Czy wróci tam skąd uciekł? Czy opiszą to w gazetach? Obudził go kobiecy głos.

         - Proszę menu. Chyba, że będzie tylko kawa. - jego oczom ukazała się kobieta koło trzydziestki. Zmieszał się i nie wiedział, co odpowiedzieć. Na pewno nie prawdę.

         - Nie mam nawet grosza przy sobie. Chyba, że na koszt obsługi. - w sumie to też była prawda. Kobieta odeszła od stolika. Krzysiek wyprostował się, choć i tak wolał jej bezsłowne odejście niż przepędzenie go.

         Dochodziła 4:00. Coraz bliżej ranka. Krzysiek posiedział jeszcze przez chwilę, a później ruszył dalej. Nie wiedział, co będzie robić, jak spędzi dzień, chciał pójść jak najdalej. Będzie bezpieczniejszy. Doszedł do przystanku, autobus do sąsiedniego miasta o 4:27. Czekał. Autobus spóźnił się trochę, lecz Krzysiek nawet tego nie zauważył. Usiadł z tyłu i zasnął. Obudził go dźwięk telefonu siedzącego obok mężczyzny.

         - Gdzie jesteśmy? - spytał tłumu.

         - Zaraz dworzec.

         - Uhm.

Głodny, spragniony i niewyspany wyskoczył z autobusu. Ludzie zaczynali gromadzić się coraz gęściej to tu, to tam. Nasz bohater powiedział sobie "teraz albo nigdy, to przecież tylko życie". Rozłożył dużą kurtkę przed sobą, stanął i zaczął śpiewać. Takiego głosu nie słyszeliście. To wulkan gniewu, łez, cierpienia, bólu, złości i wspomnień zmieszanych w jedną całość. Talent stał się jego sposobem na życie. Od tamtego dnia stał tak siedem dni w tygodniu. Każdego dnia przemieszczał się także o jedną miejscowość dalej. Spał w autobusach, na przystankach, w restauracjach, na stacjach. Po miesiącu wyjechał za granicę po tym jak przechodzący obok reżyser zaproponował nagranie ścieżki dźwiękowej do swego nowego filmu. Nie chce pamiętać tego, co go spotkało, chce pamiętać ten dzień, kiedy jego marzenie się spełniło. Życie jest tylko życiem. To, co kochamy powinno stanowić cel naszego życia. Punkt główny to pójście za tym celem, a wraz z nim odwaga, wyrzeczenie, nadzieja i wiara.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje