Reklama

Reklama

WSPOMNIENIE

Wydawało mi się, że to duży i solidny dom…

Budowałam go przez prawie cztery lata, mimo trzęsień ziemi i odpadających czasami tynków robił wrażenie i myślałam, że będę mogła w nim mieszkać do końca życia. Czasami był w nim piękny salon, kominek, przytulna sypialnia i pokoiki dla wszystkich wyśnionych dzieci, a czasami był małą klitką, której okna wychodziły na zagracone, zamieszkane przez różnej maści potworki podwórko, ale… kochałam go.

To był mój dom…..

Pamiętam jak zaczęliśmy go budować. Miałam świadomość, że fundamenty wymagają kamieni lepszych i cięższych, ale wydawało mi się, że z czasem te, które mamy do dyspozycji wzmocnią się i konstrukcja nie będzie się zapadać, że będziemy w stanie postawić ściany z solidnego budulca a wiatry i burze nie będą robiły na nich żadnego wrażenia….

Reklama

Jednak czasami nasz dom kruszył się.

Ryzykowałam i remontowałam, ale cały czas czekałam – czy kolejna burza rozbije szybę w oknie, czy dach nie zacznie przeciekać. Sama nie rozumiałam dlaczego zamiast zabrać walizki, czekam. Przecież już wiedziałam, że dom runie – ale dom się nie zawalał, dom malał.

Najpierw zniknęły pokoje moich przyszłych dzieci…..

Pomyślałam, „więc nie będzie już nigdy Kubusia” – wydawało mi się, że to jedyny dom, w którym On mógłby mieszkać.

Sypialnia najpierw zaczęła szarzeć, stała się całkiem czarno – biała, coraz mniejsza… w końcu pozostała nam już tylko kanapa w salonie, ale salon został pozbawiony kominka.

Dom stał jeszcze, niewielki, ale nasz…..

Dostrzegałam jego ubytki, farba odpadała gdzieniegdzie ze ścian, niektóre okna nie były szczelne….

Nie był już bezpieczny i ciepły, i choć bywały dni pogodne, oczekiwanie na nieuniknione zabierało beztroską radość.

Wyprowadziłam się więc –  widziałam tylko chwiejącą się szopę, smutne, szare i przytłaczające miejsce.

Odchodząc odwracałam się patrząc na niego.

To było najdziwniejsze… bo widziałam wtedy piękny dom, z wieloma pokojami i ciepłym światłem w oknach, widziałam wszystkie moje uśmiechnięte wspomnienia i nie mogłam nie płakać.

Nie było go, gdy wychodziłam, a teraz z daleka patrzyłam na bogactwo kolorów i tęskniłam. 

 

* * *

Kiedyś, dużo później okazało się, że mogę tam wrócić……

Część mnie tak bardzo tego chciała, że zaczęłam odwiedzać to miejsce, rumowisko po zawalonym dachu, stosy cegieł, na których widać było jeszcze dawne kolory, wydawało mi się, że na paru czuję jeszcze ciepło z kominka. Ożyła we mnie jakaś dawno zapomniana nadzieja, że może to był właśnie ten dom, który musi istnieć, że innego nie chcę i nie będę miała, ze skoro wróciłam w to miejsce, to znaczy, że możemy odbudować wszystko od nowa. Piękny salon, kominek, sypialnię i pokoje dla Tych, którzy ciągle na nas czekają.

Największym błędem było, że nie zbudowaliśmy nowych fundamentów, wydawało nam się, że wystarczą poprzednie, od razu budowalismy ściany. Więcej było we mnie pragnienia nadziei niż jej samej, chciałam wierzyć, ale wciąż widziałam stare tynki i kawałki cegieł, potykałam się o nie i raniłam stopy. 

Nie wiedziałam jak ma wyglądać ten nowy dom i czy będę umiała w nim pozostać, widziałam tylko stare gruzy i nie umiałam ich posprzątać. On też nie umiał. 

Nie miałam siły, żeby budować. Powiedział, że ma siłę za nas oboje. Słuchałam,  gdy opowiadał jakim go wybuduje...

lecz dom nie powstał - żeby stworzyć świat potrzeba dwojga serc.

Ostre krawędzie wspomnień sprawiały, że cofałam dłonie. Zrozumiałam, że tęsknota to za mało, że ten dom mógł istnieć tylko raz, a wspomnienie miłości to nie to samo co kochanie.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy