Reklama

Reklama

To mój serial zwany życiem

Jej żywiołem jest komedia liryczna. W mistrzowski sposób buduje nastrój. Monologi, piosenki i skecze w jej wykonaniu bawią, wzruszają, skłaniają do refleksji, bo jak sama mówi: "Od śmiechu do płaczu jest tylko kroczek."

Porzuciła grafikę na rzecz aktorstwa, chociaż jest absolwentką ASP. W jej dorobku są takie filmy, jak „Pożegnania”, „Lekarstwo na miłość”, „Rzeczpospolita babska”, „Mistrz i Małgorzata” oraz seriale: „Rodzina Leśniewskich, "Na dobre i na złe” i „Hela w opałach”. Gwiazda kabaretów. Występowała w STS, Kabarecie Starszych Panów oraz kabaretach Olgi Lipińskiej.

Szybko stała się rozpoznawalna dzięki niepowtarzalnej osobowości i charakterystycznemu głosowi. Ten głos przyniósł je Nagrodę Specjalną na IX Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Ma na koncie niemal wszystkie nagrody i odznaczenia, jakie można było zdobyć, w tym Prometeusza oraz Medal Zasłużony Kulturze Gloria Artis. Miłośniczka zwierząt, zaangażowana w walkę o ich ludzkie traktowanie.

Reklama

Zastanawia się pani czasami nad przemijaniem? Wraca pani wspomnieniami do przeszłości?

Krystyna Sienkiewicz: - Kiedy się przekroczy pewien wiek, czasem w codziennej gonitwie można zapomnieć o tym, co było wczoraj. Natomiast to, co było kiedyś, pamięta się doskonale. Lubię wracać do przeszłości. I lubię, jak na dzień dobry ktoś wita mnie słowami: "Ty w ogóle się nie starzejesz". Odpowiadam: "Bo nie mam na to czasu." Nigdy nie miałam też czasu, aby narzekać. Wszystko akceptowałam, nawet gdy wiała wichura, lał deszcz, a horyzont nie zapowiadał promyka słońca. Nie jestem osobą, która chciała jeździć wyłącznie szeroką, wybetonowaną drogą, która mogłaby być też dobrym lądowiskiem. Chodziłam różnymi, krętymi ścieżkami, na których zdarzały się moje małe sukcesiki. Potrafiłam je zauważyć i docenić.

Krzysztof Teodor Teoplitz napisał o pani "różowe zjawisko STS-u". To była przepustka do świata kabaretów?

- Niewątpliwie STS był moim pierwszym sukcesikiem, bo tam poznałam prawdziwą elitę kulturalną, która zasiadała na widowni: Leszka Kołakowskiego, Jana Kota, Kazimierza Brandysa, profesora Kotarbińskiego i Jeremiego Przyborę. Wszyscy wiedzieliśmy, że Przybora przyjdzie na nasz spektakl, więc Agnieszka Osiecka specjalnie pod niego zmieniła tekst piosenki śpiewanej niegdyś przez Kalinę Jędrusik "O Romeo, czy jesteś na dole." Gdy nadeszła pora mojego występu, zeszłam ze sceny z mikrofonem i udając, że coś wyjmuję z kieszeni Jeremiego Przybory, zaśpiewałam: "A co to? Morfinka? O kłamczuszek! O świnka. Oj, Jeremi, ty jesteś już na dnie." Przyborze do tego stopnia spodobało się moje poczucie humoru i to, że ktoś ośmielił się z niego publicznie zażartować, że natychmiast mnie zaangażował. I tak załapałam się na jego ostatni już Kabaret Starszych Panów, a potem wszystkie Divertimenta.

W pani dorobku jest także niezapomniany duet Sióstr Sisters z Barbarą Wrzesińską w Kabareciku Olgi Lipińskiej.

- Sukces Olgi Lipińskiej polegał na tym, że dobierała sobie dobrą kompanię, zespół aktorów z osobowością. A jeśli w teatrze czy na estradzie potrafimy sobą zdobić i dosmaczać sztukę, to jest to najważniejsze osiągnięcie. Moim sukcesikiem było, że z STS-u trafiłam do Teatru Ateneum i że umocniła się moja przyjaźń z Agnieszką Osiecką, bo zagrałam w jej musicalu (pierwszym powojennym!) "Niech no tylko zakwitną jabłonie", który z niesłabnącym powodzeniem graliśmy, jeżdżąc po całym kraju i świecie przez pięć kolejnych lat.

- Rola Krysi Traktorzystki była moim debiutem teatralnym, za który dostałam nagrodę na Przeglądzie Sztuk Współczesnych we Wrocławiu. A właściwie nie dostałam, bo nagrodą były dwa tygodnie pobytu w Domu Chłopa, ale jak jurorzy dowiedzieli się, że mieszkam w Warszawie, to cofnęli mi tę nagrodę i dali innej aktorce, która być może na nią nie zasłużyła, ale za to nie była ze stolicy. Potem grałam we wszystkich sztukach Agnieszki Osieckiej począwszy od "Apetytu na czereśnie", przez "Dziś straszy", "Łotrzyce", a kończąc na telewizyjnych "Listach śpiewających". Ale też "Gallux Show" i kabareciki Olgi Lipińskiej na pewno przyczyniły się do mojego rozwoju aktorskiego.

Osobowość sceniczną można wypracować, czy to dar losu?

- Myślę, że trzeba się z nią urodzić. Zwykle, gdy pytamy małego chłopca, kim chciałby zostać, słyszymy: strażakiem, lekarzem, policjantem. Ja już we wczesnym dzieciństwie miałam swoje audytoriom, a gdy zapytano mnie, kim będę, odparłam, że zakonnicą. I wtedy kilka osób chórem dopowiedziało: filmową.

- Dzisiaj, gdy patrzę na zdjęcia malutkiej Krysi, kilkulatki, sama widzę, że już wtedy coś we mnie było. Chciałam coś sobą przedstawiać. Nie wystarczało mi samo oddychanie. Gdy okazało się, że mam również zdolności plastyczne i potrafię rysować, wysłano mnie do Akademii Sztuk Pięknych, ale i tam wszyscy wiedzieli, że zostanę aktorką, bo nutki cały czas mi towarzyszyły. W końcu wyśpiewałam sobie parę nagród.

Jednym z pani atutów była uroda, ale nie skupiała się pani na jej podkreślaniu. Mając niespełna trzydzieści lat zagrała pani osiemdziesięcioletnią staruszkę w sztuce "Bardzo starzy oboje". Zapamiętała pani chociaż jedną twarz z tamtego okresu?

- Prowadziłam kiedyś konkurs, którego nagrodą główną była piosenka Agnieszki Osieckiej w moim wykonaniu. Po wielu latach podszedł do mnie pewien pan mówiąc: "Czy pani mnie pamięta? Pani śpiewała dla mnie piosenkę...." Nie sposób zapamiętać twarzy, jeśli dało się w życiu tysiące koncertów.

- W tamtych czasach, gdy grałam "Bardzo starzy oboje", byłam fanką pewnej staruszki, na której się wzorowałam i jej twarz pamiętam do dziś. Była nawet mniejsza ode mnie, ale miała taaaką... wielką stopę. Kiedyś zapytałam jej córkę: "Jak to możliwe, że babcia jest tak mała, a ma taką wielką stopę?" Nie zastanawiając się odparła: "Kiedyś w ogóle była duża, ale się zdeptała." Tak więc, zanim "się zdepczemy", chłoniemy mądrości życia, utrwalamy te obrazy i klimaty swoimi oczami i przechowujemy w naszej pamięci. I choć dzisiaj nie pamiętam już twarzy widowni, pamiętam, czy była dobra, czy zła.

Kilka lat temu miała Pani kłopoty ze wzrokiem. Jak jest dziś?

- W pewnym momencie moje oczy mnie zawiodły, winna była siatkówka, ale też jestem ofiarą błędu lekarskiego. Nigdy jednak nie traciłam nadziei i powtarzałam sobie: Moje oczy odrosną! Teraz mam trzecie oko...

Jest pani wielką orędowniczką praw zwierząt. W salonie stoją dziesiątki nagród i dowodów wdzięczności za ratowanie naszych "braci mniejszych". Ta miłość do zwierząt wzięła się z dzieciństwa?

- Jeden wynosi z domu dobre wychowanie, drugi telewizor. Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego psa Nerona, czyli Nerka, tuptusia jeża czy mruczka kota. Przedłużyłam tę miłość. Dzisiaj jestem prezesem fundacji, która zawiaduje schroniskiem w Milanówku-Polesiu, gdzie zwierzęta godnie żyją i mogą też godnie umierać.

Czy równie ciepły stosunek jak do zwierząt ma pani do ludzi?

- Dobrych ludzi wyczuwam energetycznie. W ogóle kobieta składa się z ogromnej intuicji, ale kobieta to nie płeć, to zawód (śmiech).

Gra pani recitale, jeździ po Polsce z "Klimakterium". Może wolałaby pani pracować na miejscu, na przykład w jakimś serialu?

- Chętnie zagrałabym we współczesnym serialu, gdyby napisano mądrą, specjalnie dla mnie, rolę z przesłaniem. Społeczeństwu potrzebne są wzory i przesłania. Proszę zauważyć, ile dobrego zrobił serial "Jan Serce". A ile dobrego robią staruszki pełzające po piwnicach i dokarmiające koty. Chętnie zagrałabym jakąś psiarę czy kociarę.

- Obiecałam sobie, że jak uzbieram trochę pieniędzy, kupię ziemię i postawię pomnik kociary, takiej staruszki szykanowanej, obrzucanej obelgami, która robi to, co miasto powinno robić dla zwierząt. Projekt pomnika, kobiecego giganta, już mam. W końcu jestem plastykiem. Może biorąc udział w serialu mogłabym postawić go wcześniej?

Jest pani zadowolona z życia?

- Na scenie śmieję się, figluję i tańczę. W prawdziwym życiu bywało różnie, ale nigdy nie narzekałam. Mój serial zwany życiem nadal trwa i myślę, że jest dobrym serialem. Przetańczę go do końca.

Rozmawiała: Teresa Maria Gałczyńska

Tele tydzień 5/2011

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje