Reklama

Reklama

Warto było na mnie czekać!

Po piętnastu latach wraca z zupełnie nową płytą i świeżym wizerunkiem.

Długo zapowiadała pani swoją nową płytę, ale ciągle trwała cisza. I teraz, po piętnastu latach, wreszcie jest nowy krążek! Nie obawia się pani powrotu po tak długim czasie, który mógł zadziałać na niekorzyść, bo gra się już inną muzykę, bo zmienili się odbiorcy?

Izabela Trojanowska: Cały świat się zmienia, czy dlatego mamy się go bać? Ja nie zniknęłam przecież z estrady. Przez te wszystkie lata koncertowałam i wszędzie mam swoich wiernych fanów, którzy dawali mi sygnały, że czekają na nowe piosenki.

Ich cierpliwość wystawiła pani na prawdziwą próbę...

Reklama

- Ale teraz przychodzą do mnie po koncertach i mówią, że warto było czekać. Twierdzą, że stare piosenki się nie zestarzały, a nowe pasują do nich klimatem, muzyką i tekstami. Andrzej Mogielnicki, który kiedyś pisał dla mnie teksty, jest niezastąpiony, ale spotkanie z Wojtkiem Byrskim, bardzo zdolnym artystą, okazało się równie owocne. Udało nam się połączyć w spójną całość to, co kiedyś robiłam, z tym, co chciałabym przekazać słuchaczom dzisiaj.

Myślę, że owa spójność w dużej mierze ma swoje źródło w sile ciekawej interpretacji, w czym bez wątpienia pomaga pani zawód aktorki.

- Coś w tym jest, bo przecież, jak pamiętam, wszystkie nagrody, które w życiu otrzymałam, a było ich trochę, przyznawano mi właśnie za interpretację.

Jednak 15 lat to kawał czasu, niektórzy w tym okresie zdążyli nagrać po kilka płyt?

- Tak, ale przecież śpiewanie nie jest moją jedyną pasją. A poza życiem zawodowym, wiele się u mnie działo. Gdy otrzymałam propozycję zagrania w "Klanie", nie wahałam się ani przez chwilę, choć przecież mieszkałam wtedy z rodziną w Berlinie i wiedziałam, że będzie się to wiązało z wieloma trudnościami. Tęskniłam jednak za krajem i graniem po polsku.

- Nie sądziłam wówczas, że rola Moniki rozrośnie się i na tak długo zatrzyma mnie w Polsce. Krążyłam więc pomiędzy dwoma państwami, bo moja córka Roxanka była mała i mnie potrzebowała. Kiedy dorosła i podjęła studia w Wiedniu, mam więcej czasu, by zabrać się za realizację wszystkich swoich planów.

Najpierw chyba jednak musiała pani dogadać się sama ze sobą?

- Rzeczywiście, miałam trudny okres. Ale uporałam się ze wszystkim, co mnie przygnębiało i odbierało energię. I jestem z siebie dumna, bo to nigdy nie jest łatwe, gdy kobiecie wali się cały świat, wszystko, w co wierzyła, co było najważniejsze.

Teraz obraziła się pani na mężczyzn?

- Nie do końca, ale na pewno jestem o wiele mądrzejsza i zdecydowanie już nie tak naiwna i ufna. Nauczyłam się też nie żyć w strachu. To fantastyczne uczucie niczego się nie bać i przede wszystkim być sobą. Bo przez długi czas, z wielu powodów, o których nie chcę już mówić, żyłam jak zaszczute zwierzątko. Ale kto stoi w miejscu, ten się cofa, więc dziś dla mnie najbardziej liczy się tylko przyszłość.

Niedawno poddała się pani innowacyjnemu zabiegowi liftingujących włókien kolagenowych dr Serdeva. Była pani bohaterką konferencji prasowej kliniki La Perla. Jeszcze chyba żadna gwiazda w Polsce nie zdecydowała się tak otwarcie przyznać do poprawiania urody?

- Wszystko było świadomym, przemyślanym działaniem. Pragnęłam oczarować ludzi nie tylko piosenkami. Lecz nie chciałam im wmawiać, że mój dobry wygląd jest wyłącznie sprawą genów i diety, jak zwykło się mówić po wizytach w gabinetach medycyny estetycznej.

Nie bała się pani eksperymentowania ze swoim ciałem?

- Bardzo boję się skalpela i dlatego ucieszyłam się, że w La Perli alternatywą dla klasycznego liftingu są zabiegi niemal bezinwazyjne i bez hospitalizacji. Wspomniana metoda doktora Serdeva jest bezpieczna i pozwala na prawie bezbolesne poprawienie np. kształtu i zarysu twarzy. Ja zdecydowałam się na podniesienie brwi, co optycznie powiększyło mi oczy i wystarczyło, bym psychicznie poczuła się lepiej. Jeśli teraz możemy pomóc swej urodzie, to dlaczego mamy tego nie robić!

MP

Życie na gorąco 45/2011

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje