Reklama

Reklama

Wierzę w Edytę O.

Wyszła z ostrego zakrętu. Były: zaprzepaszczone marzenia o miłości na całe życie, plotki o romansach, skandalach, nieprzychylne komentarze. Nie dała się, mobilizuje siły do nowych ról, nie tylko zawodowych. Zrozumiała, że w życiu nic nie jest dane raz na zawsze. Edyta Olszówka o strachu, kompleksach, pragnieniach i o tym, że warto zamienić martini na zieloną herbatę.

Odmieniona, spokojniejsza. Zapracowana. W tym roku do kin wchodzą cztery filmy z jej udziałem. Jednak od dawna mówi się o niej nie jako o świetnej artystce - wielu wciąż widzi w niej tę piękną femme fatale, która związana była z Piotrem Machalicą. Mimo że teraz jest sama, internetowe wyszukiwarki uparcie łączą jej nazwisko z postaciami kolejnych "narzeczonych". I wciąż ukazują jej zdjęcia z nieodłącznym papierosem i kieliszkiem w dłoni. Już nieaktualne. To nie ona. Edyta się zmieniła. Nie pije, rzuciła papierosy, zdrowo żyje. Na wywiad przyjeżdża uśmiechnięta. Rozpuszczone jasne włosy, błękitne oczy w niespotykanym odcieniu - graficy w kolorowych magazynach nie muszą "robić ich" w komputerze. Wygląda jak Marilyn Monroe, która zamiast szpilek ma na nogach czerwone, sznurowane, sięgające kolan buty na płaskim obcasie. Widać, że ma do siebie dystans. Świadczy o tym jej najnowsza rola: starzejąca się ciotka w Ślubach panieńskich Filipa Bajona. Edyta weszła w skórę sześćdziesięciolatki bez strachu, choć słyszała: to samobój.

Reklama

Rola starzejącej się ciotki...
To na pewno nie "strzał do własnej bramki". Nie boję się grać takich postaci. W grudniu kończę 38 lat. Nie podoba mi się przymus bycia piękną i młodą za wszelką cenę. Chcę być wiarygodna.

Komplementy...
Mam problem z przyjmowaniem, dopiero od niedawna się tego uczę. I raczej wolę słyszeć, że sprawiłam komuś radość niż że pięknie wyglądam. Denerwuje mnie, gdy dziewczyny w moim wieku silą się na wzajemne komplementy: "Wyglądasz na trzydziestolatkę!".

Zamiast liftingu...
Zdrowsze życie. Przez całe lata zaczynałam dzień od kawy i papierosa. Dziś nie palę, a kawę zastąpiła yerba mate. Początek dnia to spacer z psem. Potem śniadanie - zaczęłam je jeść. Proste: jajka sadzone, biały ser, pomidory, ogórki i pieczywo - przepadam za nim.

Nie pozwalam sobie na...
Alkohol. Rozpoczęłam nowy etap życia - nie piję. Jestem spokojniejsza, zaczęłam medytować.

Zawsze sprawdzam, czy mam w torebce...
Klucze. Starannie zamykam za sobą drzwi. Także w sensie symbolicznym - próbuję nie oglądać się za siebie i zamykać pewne rozdziały.

Poprzedni etap: Piotr Machalica...
Piotr nie jest już moim mężczyzną, więc nie czuję się upoważniona do opowiadania o nim. Ale myślę, że przydarzyła nam się wielka miłość. I denerwuje mnie, gdy ktoś mówi, że nam się "nie udało". Bo co to znaczy? Komu na tym świecie tak się udaje? Kobietom, które są ze swoimi mężczyznami ze strachu przed samotnością? Albo dlatego, że same nie poradzą sobie finansowo?

Ten związek nauczył mnie...
Że być może dwoje ludzi spotyka się ze sobą tylko na jakiś czas. Po to, by się siebie nawzajem nauczyć i dowiedzieć się czegoś o sobie. I że przedłużając agonię związku, tylko bardziej możemy się nawzajem poranić.

Jeśli małżeństwo, to...
Nigdy z rozsądku. Ale nie interesuje mnie też fatalna namiętność. Nie chcę się uzależnić nawet od miłości. Mam to za sobą. Chciałabym stworzyć związek oparty na wolności. Wierzę w damsko-męskie spotkanie dusz.

Idealny on...
Nie noszę w głowie obrazu mężczyzny idealnego. Nie wymyślam kryteriów, które on powinien spełniać. Myślę, że często walczymy nie o głęboką miłość, ale o to, by po prostu kogoś mieć.

Zazdroszczę, gdy widzę...
Moje koleżanki z dziećmi. Czasem myślę, że coś przegrałam, bo nie stworzyłam rodziny. Dając komuś życie, jesteśmy wyróżnieni. Ale może idealizuję, bo nie mam dzieci? W "Nigdy nie mów nigdy" zagrałam samotną matkę. Zrozumiałam, że takie macierzyństwo jest tak wielkim wyzwaniem dla kobiety, że nie wiem, czy mnie byłoby na to stać.

Gdy pęka opona w moim samochodzie...
Miło by było zadzwonić wtedy do bliskiego mężczyzny, który przyjechałby natychmiast. Ale by dostawać pomoc, chyba trzeba umieć o nią prosić. Ja nie umiem. Patrzę na bezbronne kobiety wsparte na mężczyznach i czasem im zazdroszczę, bo myślę, że mają duże poczucie bezpieczeństwa.

Ludzie myślą, że jestem...
Jak szeleszczący złoty papierek. A ja wciąż mam kompleksy. Bywa, że chowam się za lodówką, z której wyczyściłam właśnie pół tony dziwnych smakołyków. Zajadam głód duszy. I jakąś pustkę.

Mój azyl...
To mój dom. Gdy wieczorem wracam z pracy, nie chce mi się już stąd ruszać. Czytam, medytuję, zapraszam przyjaciół. Ozdobiłam dom przywożonymi z podróży dzwonkami, aniołami, kamieniami i jest dla mnie enklawą spokoju. Ale wolałabym, żeby ktoś w nim na mnie czekał.

Ulubiony przedmiot w domu...
Nie przywiązuję się do rzeczy i chciałabym mieć ich tak mało, by móc spakować się w jedną walizkę. Jeśli miałabym coś wybrać, byłby to stół z krzesłami. Stół to symbol domu. Miejsce, gdzie wszyscy się spotykają, dzieci odrabiają lekcje. Kojarzy się ze spokojem.

Moje dzieciństwo...
Bywało ciężko. Ruszyłam w świat z niskim poczuciem własnej wartości. Od dziecka musiałam walczyć o siebie. Plus tej sytuacji: mam poczucie, że w moim życiu wszystko jest moje. Już rozliczyłam się z dzieciństwem. Ale trzeba było nad sobą ostro pracować. Każdy z nas ma coś do wybaczenia sobie i innym. Najtrudniej wybaczyć najbliższym.

Boję się...
Samotności, starości, śmierci. Uczę się, by do niczego i nikogo się nie przywiązywać. I że jedyne, czego możemy być w życiu pewni, to zmiana. Media nas terroryzują: "Masz być piękna, szczęśliwa, dobrze zarabiać". W moim zawodzie też jestem nieustannie oceniana. Trudno to znieść. Nie marzę o konkretnej roli, ale o tym, żebym mogła wciąż grać. By na starość były dla mnie role.

Gdybym nie została aktorką...
Wykluczone. Od dzieciństwa wiedziałam, że będę aktorką. W szkole teatralnej straszyli nas, że praca zastąpi dom, dziecko, ukochanego. Śmiałam się z tego, jednak okazało się, że coś w tym jest. Aktorstwo to moja wielka pasja, więc nie mogę narzekać.

Artystka spełniona to...
Brzmi dobrze. Ale to nie ja. Nie znam aktora, który mówiłby, że jest spełniony. Wszyscy czujemy się niewykorzystani.

Przed kamerą mogłabym się zamienić z...
Chyba z Michelle Pfeiffer. Lubię ten rodzaj kobiecości, jaki ona reprezentuje - pełen delikatności, jakiegoś wycofania. Piękną Scarlett Johansson albo Penélope Cruz cenię jako aktorki, ale ich temperament sprawia, że to dla mnie kobiety-czołgi. Nie chciałabym z żadną z nich umówić się na kolację.

Zagrać mężczyznę...
Czasem bym chciała. Nie lubię maskarad, ale gdybym musiała wybrać przebranie, byłby to właśnie garnitur. Myślę, że mężczyznom łatwiej żyć. Nie szarpią nimi tak silne emocje. Dlatego są bardziej wolni niż kobiety. Tego im zazdroszczę. Bo moja emocjonalność czasem mi przeszkadza. Rządzi mną. Czuję się, jakbym szła na zderzenie czołowe z lokomotywą.

Ostatnio usłyszałam o sobie, że...
Jestem w związku z kolegą z serialu! Powiedziałam sobie: "Widocznie wiarygodnie zagrałam jego narzeczoną". Przestałam dementować plotki. I nie mam złudzeń: wiem, że ludzi interesuje moje życie prywatne. Dziś średnio się tym przejmuję, ale moje sąsiadki, starsze panie, przeżywają te bzdury. Widzą mnie z psem o szóstej rano w dresie i bez makijażu. Uśmiecham się do nich, mówimy sobie "dzień dobry". A potem denerwują się, bo nazajutrz czytają, że "Olszówka w ciężkiej depresji wyszła z psem na spacer".

Już mnie nie dziwi...
Że kolejnego dnia słyszę odwrotną rewelację: "Olszówka jest szczęśliwa, właśnie się zakochała". I myślę: "Ta osoba ze zdjęcia ma moje nazwisko, moją twarz. Dlaczego ja nie czuję tego samego, co ona? Czytam o jakiejś obcej Edycie O.". I dopinguję ją: "Super, że tak fajnie ci się wiedzie. Trzymam kciuki! Biegniesz po szczęście. Ja też, ale spokojnie, dwa kroki za tobą".

Odpoczywam w...
Spokojnych miejscach, z dala od ludzi. Nie bywam w klubach i modnych knajpach. Tam każdy może mi zrobić zdjęcie komórką i za godzinę trafi ono do plotkarskiego portalu z dopisanym "życiorysem". Nie żyję w poczuciu, że non stop jest we mnie wycelowana jakaś lufa, ale staram się nie dawać pretekstów.

Gdybym była anonimowa...
Byłoby mi lżej. Od szpilek wolę conversy. Myślę, że w szpilkach dobrze czują się kobiety luksusowe. Ja taką nie jestem. Unikam bankietów. Jeśli idę na premierę, to tylko filmu, w którym gram.

Gdybym wygrała milion dolarów...
Wolę wierzyć, że go kiedyś zarobię, a nie wygram! Chciałabym móc powiedzieć, że przekazałabym te pieniądze na cele charytatywne. Niestety, chyba ruszyłabym w świat. I raczej nie zrezygnowałabym z pracy. Już prędzej założyłabym własny teatr.

Życzenie do Świętego Mikołaja...
Miłość, spokój ducha, macierzyństwo. Na pewno nie bogactwo.

Gdy robię bilans...
Czuję, że dostałam dużo od życia, ale mimo wszystko czasami życie mnie boli. Gdybym miała receptę na szczęście, podzieliłabym się nią natychmiast. Ale jej nie mam.

Agnieszka Sztyler

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje