Reklama

Reklama

Katarzyna Nosowska. Nauczyła się myśleć o sobie

Wielki talent, ogromna charyzma, ale też wiele skrywanych lęków, które musiała przepracować przez te wszystkie lata. Z Katarzyna Nosowską rozmawiała Monika Stukonis.

Monika Stukonis, PANI: - Rok 1989. Masz 18 lat. Chodzisz do trzeciej klasy szczecińskiego technikum odzieżowego. Trwają obrady Okrągłego Stołu, w czerwcu odbywają się pierwsze wolne wybory. Czujesz wtedy, że w Polsce upada komunizm, że idą ogromne zmiany? Rejestrujesz to? 

Katarzyna Nosowska: - Zdecydowanie tak, choć nie miałam jeszcze poczucia, że zmiany są natychmiastowe i nieodwracalne. Ale na pewno to był moment, w którym po - jawiły się tzw. ciekawość i nadzieja związana z przyszłością. Całe moje życie opierało się na starym systemie. Marzeniem było dostać paszport i wyjechać dokądkolwiek. Większość moich kolegów marzyła, by wyjechać chociaż do wschodniego Berlina. Ja akurat miałam to szczęście, że jako dzieciak byłam w Ameryce, bo mój ojciec pływał na statkach i zabrał mnie i mamę w rejs. To było trzy tygodnie przed stanem wojennym. Mogliśmy zostać na stałe w USA, jednak rodzice tego nie zrobili. 

Reklama

W 1989 wrzało. Czuć było, że fali zmian nie da się zahamować. Szczególnie że w Rosji trwała pieriestrojka, a blok wschodniej Europy chwiał się coraz bardziej. Rozmawiałaś o tym z rodzicami, w szkole? 

- Wiesz, mam wrażenie, że to był temat numer jeden i wszyscy o tym rozmawialiśmy. To się naprawdę działo na naszych oczach. Nie interesowała mnie specjalnie polityka, ale to była rewolucja. Każdy, czy chciał, czy nie, w niej uczestniczył. Pamiętam, że na pierwsze wybory poszłam zagłosować za mojego umierającego wtedy dziadka. Miałam wrażenie jakiejś zmiany pokoleniowej, czegoś absolutnie ważnego, co mogę dla niego zrobić. 

Czy technikum odzieżowe to był pomysł twoich rodziców? 

- Absolutnie tak. (śmiech) Ojciec powtarzał, że ludzie zawsze będą musieli się ubrać i leczyć, więc uznali, że ja zostanę panią od ubierania się. (śmiech) 

- Już w technikum wiedziałam, że nie chcę tego robić. Zbliżała się matura i naprawdę nie miałam pojęcia, kim chcę być. A trzeba było wybrać kierunek studiów... Do tej pory uważam, że 19 lat to za wcześnie, by być pewnym, co się chce w życiu robić. Wiedziałam, że lubię czytać, dlatego pomyślałam, że złożę papiery na polonistykę i zostanę nauczycielką polskiego. 

- To już nie była perspektywa, która mnie przerażała, ale zdecydowałam się też wcześniej złożyć papiery do szkoły teatralnej. Tak naprawdę towarzyszyłam Agacie Kuleszy, która z kolei była pewna, co chce robić w życiu. 

- Ja znalazłam się tam przez przypadek. Recytowałam "Pana Cogito" Zbigniewa Herberta i byłam kompletnie nieprzygotowana. Wiersza nauczyłam się w pociągu. W porównaniu z ludźmi, którzy przygotowywali się miesiącami, wypadłam na pewno żałośnie. Kiedy okazało się, że mnie nie przyjęto, nie czułam żalu ani pretensji. Tak miało być, nie włożyłam w to specjalnego wysiłku. 

Na studia się nie dostajesz. Masz plan B? 

- Żadnego. W domu wyraźnie zostało powiedziane: "Nie dostaniesz się na studia, to do roboty, a zarobione pieniądze idą do matki". Żadnych dyskusji, roztkliwiania się nad sobą. Jasno ustalony układ. Albo się uczę dalej, albo idę zarabiać i przestaję być obciążeniem dla rodziców. Miałam wtedy dość kiepski czas. Poddałam się. Z egzaminów na polonistykę też zrezygnowałam i zostałam z niczym. Byłam dosyć przerażona przyszłością. 

- Widziałam ją w jak najczarniejszych barwach. Mama załatwiła mi pierwszą pracę w księgarni, ale okazało się, że nie jestem wystarczająco miła i empatyczna w stosunku do klientów. Szybko mnie wywalili z tej roboty. Nie miałam żalu, bo wiedziałam, że się do tego nie nadaję. Druga praca to było sprzątanie w księgarni muzycznej mojej ciotki. Tu już było znacznie przyjemniej, bo miałam nieograniczony dostęp do muzyki. 

- Odpalałam ją i medytacyjnie pielęgnowałam podłogi, posadzki i lady. Ale z tego były żadne pieniądze. W końcu mama załatwiła mi słynną pracę na poczcie. I to była masakra. W wielkiej hali wpisywałam na akord dane do komputera Odra. Miałam być w pracy przed 7.00, koniec o 15.00. 

- Cierpiałam tak każdego dnia. Płakałam, że muszę tam iść. Okrutne doświadczenie. Wytrzymałam prawie rok Równolegle śpiewałam w kilku zespołach. To oczywiście było bardzo amatorskie, ale się działo. Sprowadzało się do wymyślania piosenek i nagrywania ich na kasprzaka (magnetofon popularny w latach 80. - red.). Oczywiście koncertów nie graliśmy. Śpiewających kobiet nie było. Wszystkie kapele obsadzone były facetami. Ja byłam jakimś ewenementem - ratowała mnie charakterystyczna barwa głosu. 

- Na poczcie wytrzymałaś prawie rok. W końcu rzuciłaś tę pracę? 

- Był sierpień 1992. Dostaliśmy się z Heyem do Jarocina. To było naprawdę coś. Wysłać kasetę i spośród tego miliona zostać zakwalifikowanym. Bardzo mi zależało, by tam pojechać. 

- Chciałam być uczciwa - poszłam do kierowniczki i powiedziałam prawdę: że proszę o urlop, bo dostaliśmy się do Jarocina. Usłyszałam, że jestem skrajnie niepoważna, bezczelna, a na moje miejsce ustawia się kolejka chętnych. Urlopu nie dostanę. Było w tym tyle jadu i pogardy... Postawiłam wszystko na jedną kartę. Wyjechałam, a po powrocie czekało na mnie wymówienie. Ale wtedy już wszystko się zmieniło. Wtedy nadciągnęła prawdziwa rewolucja w moim życiu. 

 "Mając 21 lat, wyjechałam do Warszawy z walizką, pikowaną kołdrą po babci i samooceną niższą niż Tom Cruise", napisałaś w swojej książce. Rozumiem, że w Warszawie czekał już na was kontrakt z wytwórnią Izabelin i wasza menedżerka, Katarzyna Kanclerz. 

- Tak, przyjechaliśmy nagrywać nowe kawałki. Na początku nawet nie mieliśmy mieszkania, wszyscy koczowaliśmy w domu u Kasi Kanclerz. Cały zespół w jednym wydzielonym pokoju. Mieliśmy dwa złączone materace i spaliśmy jedno przy drugim. Jak w akademiku. Potem dostaliśmy pokój w hotelu garnizonowym przy Mazowieckiej. Błyskawicznie przyszła popularność. To był jakiś obłęd. 

Byłaś szczęśliwa? Miałaś chwilę, by zebrać myśli, przeanalizować, co się dzieje?
 

- Szczerze? Wszystko działo się w takim tempie, że tego nie ogarniałam. Poza tym nie miałam żadnego wsparcia z domu. Dla mojej rodziny ten wyjazd do Warszawy to była abstrakcja, jakieś niepoważne zachowanie. Zamiast zająć się życiem na serio, ja się wygłupiam. Dochodził jeszcze aspekt finansowy...

Popularność to są przecież duże pieniądze. 

- No nie w naszym przypadku. Kiedy chciałam przyjechać do domu, prosiłam mamę o pieniądze na bilet. Często z chłopakami byliśmy w tej Warszawie po prostu głodni. To była nasza cena głupoty przejścia na kapitalizm. Podpisaliśmy bardzo niekorzystny kontrakt, który blokował nas na wiele lat. Płyty rozchodziły się w setkach tysięcy egzemplarzy, sale koncertowe pękały w szwach, a finansowo byliśmy mocno pod kreską.

Źle odrobiona lekcja z ekonomii. Ale przecież wszyscy uczyliśmy się kapitalizmu od zera. 


- My trafiliśmy wyjątkowo niedobrze. Nie rozumieliśmy umów, masę spraw bagatelizowaliśmy, bo przecież chcieliśmy grać, nagrywać. Piotrek Banach był z nas najbardziej ogarnięty, a i on nie zauważył tych najbardziej niewolniczych zapisów w umowie. 

- Byliśmy jak dzieci we mgle. Kto mógł, to na nas żerował. Ja w ogóle długo miałam taką naiwną wiarę, że należy się cieszyć ze wszystkiego, co los nam zsyła. Ktoś coś proponował, padała kwota, a ja, rozpromieniona, odpowiadałam: "Naprawdę? Woow! Dziękuję". Wdzięczna, że ktokolwiek chce cokolwiek u mnie zamówić. 

Naiwność powodowała, że byłaś oszukiwana, ale ta sama naiwność w pakiecie z wrażliwością pozwoliła ci pisać mądre, piękne i oryginalne teksty.   

- Myślę dziś, że gdybym jako 21-latka zarobiła te wszystkie ogromne pieniądze, tobym wtedy tego nie udźwignęła. Mnie nie mogła odbić sodówka, bo ona nigdy nie uderza do głowy z biedy. (śmiech) Przez te wszystkie lata popularności przeszłam dość łagodnie. Jakbym tego, szczerze mówiąc, w ogóle nie skonsumowała, nie zauważyła. Widziałam oczywiście to wielkie zamieszanie wokół nas, ale to nie był dla mnie powód do tego, żeby zwariować, żeby się poczuć wyjątkowo. Może gdybym miała inny dom i byłabym inaczej prowadzona przez rodziców - może wtedy mogłoby mi odbić. A ja byłam zawsze, od małego, sprowadzana do parteru. Nie otrzymałam tego przekonania, że jestem cokolwiek warta.

Że jesteś wyjątkowa... 

- O tym to w ogóle nigdy nie było mowy. Ani o tym, że jestem cokolwiek warta. To było bolesne i strasznie mnie nadwyrężyło. 

Mam wrażenie, że wiele rzeczy działo się w twoim życiu z rozpędu. Bez specjalnej kontroli. W końcu zaczęliście zarabiać. Niedużo, ale jednak pieniądze zaczęły kapać. Nie było w tobie kalkulacji: "OK, jestem w Warszawie, muszę kupić pierwsze mieszkanie. Muszę się zabezpieczyć"? 

- Nie miałam takich narzędzi. Nie odkryłam ich w sobie. Po latach okazało się, że jako ludzie posiadamy wszystkie możliwe mechanizmy potrzebne do tego, żeby przeżyć życie godnie i dobrze. Natomiast ja nie miałam w ogóle świadomości istnienia czegoś takiego w sobie. Rzeczywiście, masz rację, że to życie się po prostu działo. Ja też wielokrotnie byłam trochę nadużyta, trochę wykorzystana. Takich sytuacji było mnóstwo...

Czyli znowu okazywałaś się naiwna?

- Bardzo naiwna. Asertywność? Level dno, kompletne dno.

Miałaś duży kredyt zaufania do świata? 


- Wydawało mi się niemożliwe, że ktoś, kto mówi, że się nami zaopiekuje, mógłby zrobić nam krzywdę. Zabawne, bo rodzice długo nie wierzyli mi, że nie mam pieniędzy. Pamiętam, jak mama, po którejś próbie pożyczenia ich od niej, powiedziała: "Kasia, jeśli ty chowasz w skarpetę, to mi po prostu powiedz. A nie, że ty ode mnie bierzesz pieniądze cały czas". Moja mama myślała, że ściemniam, że jestem nieprawdopodobnie zamożna. No bo byliśmy wszędzie, na ustach wszystkich. Nie miałam zbyt wiele sympatii dla samej siebie. 

- Czułam się z tym fatalnie. Niska samoocena to jest przekleństwo, naprawdę. Szczególnie w takim zawodzie i w takich okolicznościach, kiedy ludzie mają świadomość naszego istnienia, gdy cały czas ktoś ci się przygląda. Właściwie nie wiem, jak ja dożyłam do tego momentu. Do tego, w jakim punkcie życia dzisiaj jestem. Potem zaczęło się we mnie wiele rzeczy zmieniać, bo też uznałam, że moja metoda funkcjonowania w świecie jest niekorzystna. Że marnieję, zamiast wzrastać. Z każdym rokiem coraz bardziej. 

Kolejną lekcję z ekonomii też oblewasz. Tym razem zaliczasz wpadkę na rynku nieruchomości. Za pierwsze realne pieniądze kupujesz dom w Łosiu pod Piasecznem. Bagatela 40 km od centrum. Nie masz prawa jazdy, a twój syn Mikołaj ma zaledwie parę miesięcy. 

- Mam samochód, który dostałam jako nagrodę od Radia Kolor, za to nie mam prawa jazdy. I nie zrobię go jeszcze kilkanaście lat. Pojawia się więc problem z dojazdem po zaopatrzenie, do lekarza, na wywiad, koncert... Zakup tego domu to była pierwsza próba mojego dorosłego spojrzenia na życie. Miałam małe dziecko, mieszkaliśmy z Adamem (Krajewskim, ówczesnym partnerem Katarzyny i ojcem jej syna - red.) w wynajmowanym maleńkim mieszkanku za Żelazną Bramą, po korytarzach biegały karaluchy i jedynym moim marzeniem była wyprowadzka. 

Jesteś gwiazdą rocka, przypomnijmy (uśmiech)... z karaluchami w tle. 

- Tak. Gwiazda rocka, dokładnie. Zaczęłam śledzić ogłoszenia. Papierowe wydanie "Gazety Wyborczej" i tysiące ogłoszeń... Miałam troszkę odłożonych pieniędzy. Pamiętam, że było napisane: "Sprzedam dom, 40 km od Pałacu Kultury za 80 tys.". Ja sobie pomyślałam: "Jezu! Jakbym poprosiła rodziców i Polygram dałby mi zaliczkę, to może dałabym radę". Zadzwoniłam do domu, rodzice się zgodzili. 

- Adam został z Mikołajem w domu, a ja pojechałam wieczorem oglądać dom. Zima, ciemno. Jadę z właścicielem domu do tego Łosia. Tam nie świeciła się żadna latarnia. W domu nie było prądu, więc on mi pokazywał wnętrze, oświetlając je latarką. Jedyne, co zapamiętałam, to gigantyczna łazienka. Wykafelkowana w modny marmurek. Wróciłam do domu i oznajmiłam Adamowi, że to jest coś wspaniałego, a ten pan mi powiedział, że musimy jutro dać zaliczkę, bo on ma dużo chętnych. 

- No więc Adam się zgodził. Wierzył, że dokonałam fantastycznych oględzin. Okazało się, że ja tego domu w ogóle nie widziałam. Wpłaciłam zaliczkę, a było to dla nas bardzo dużo pieniędzy - osiem tysięcy złotych. Potem pojechałam tam w dzień i wtedy odkryłam, że to jest dom wybudowany w technologii kanadyjskiej (czyli taki, w którym podstawowa konstrukcja jest drewniana - red.) i nie ma ogrodzenia. Wokół ugór, dom stoi centralnie na skrzyżowaniu. Obłożony jest styropianem, który się łuszczy, a na dachu jest papa porozwalana od wiatru. 

- To wyglądało jak obraz nędzy i rozpaczy. I że w tym domu są tylko dwa okienka, bo reszty jeszcze nie wycięto. Rzeczywiście była tylko ta łazienka, z której już pan zabrał obie umywalki. Wanny nie mógł wyrwać, więc została. Takie coś kupiłam. I my się z tym dzieckiem tam przeprowadziliśmy, bo nie było wyjścia, po prostu. Stopniowo robiliśmy jakieś ulepszenia - najpierw okna, potem ogrodzenie. Położyliśmy siding. Dramat i masakra w jednym. 

Wpakowałaś tak naprawdę wszystkie swoje zarobione pieniądze w ruinę? "Mama mówiła prosto, to brnęłam boso w żar" - to kolejny cytat z twojej książki "A ja żem jej powiedziała". 

- Tak. To była moja karma. Szybko i bez gracji pakowałam się w kłopoty. 

Dwója z ekonomii, dwója z rynku nieruchomości, ale piątka ze szczerości. Ludzie cię kupują, akceptują i wierzą ci. 

- Po drugiej płycie, "Karma", zaliczyliśmy zjazd w dół. Z kilkuset tysięcy sprzedanych egzemplarzy nagle zeszliśmy do 60 tysięcy. Zaczęły się zgrzyty w wytwórni: "A może wy nie jesteście wcale tacy fajni?". Poczuliśmy, że w show-biznesie winda z napisem "sukces" błyskawicznie wynosi w górę, ale jeszcze szybciej spada w dół. To cud, że nigdy się nie poddaliśmy. 

- Były w naszej karierze naprawdę chude lata. Zawsze jednak dzieliliśmy się pieniędzmi równo. W 1998 roku odszedł z zespołu Piotrek Banach, założyciel Heya. Byłam przerażona. Czy jeśli nie przetrwamy, będę musiała wrócić do Szczecina? I co, dam satysfakcję ojcu, który zawsze mi powtarzał, że niczego nie osiągnę i do niczego się nie nadaję? Nie chciałam słyszeć tych komentarzy w stylu "a nie mówiłem". 

Wielokrotnie opowiadałaś o emocjonalnie chłodnym domu, w którym wyrosłaś. Ojciec był nieobecny, ale kiedy wracał z rejsów, musztrował cię i podważał twoje poczucie wartości. A mama? Czego cię nauczyła? Szacunku do samej siebie, umiejętności zawalczenia o siebie? Przeciwstawienia się patriarchatowi? 

- Moją powinnością było siedzenie w domu. Zero życia towarzyskiego. Czyli tak naprawdę miałam tylko szkołę i dom. A w nim były mama i często babcia, ciotka. Kobiety, tak naprawdę same kobiety. I to mnie w jakiś sposób okaleczyło. Informacje, które otrzymałam na temat: kim jest kobieta, kim jest mężczyzna, jak powinny wyglądać relacje między mężczyznami a kobietami, jakie ma prawa kobieta - to był stek bzdur. Teraz po latach to stwierdzam. 

- Jestem człowiekiem paradoksów. Z jednej strony bardzo nieśmiała, nie miałam umiejętności mówienia "nie" i stawiania granic. Ale gdzieś po drodze nauczyłam się, nie mówiąc "nie", nie robić tego, czego nie chcę. Moja mama mi powtarzała: "Kobietom nie wolno ufać, bo wszystkie kobiety są wredne i czyhają na twojego męża. Mężczyzna powinien kochać kobietę ciut bardziej niż ona jego. I musi być ustawiony. Lepiej, żeby miał pieniądze. Kobieta wstaje wtedy, kiedy mężczyzna mówi: "Wychodzimy". Moja mama tak żyła. "Kobieta nie dyskutuje z mężczyzną. Kobieta musi spytać". 

Czyli jest podporządkowana. 

- Absolutnie tak. To wyniosłam z dzieciństwa. Mężczyzna rządzi w domu, a ja tak strasznie nie lubiłam swojego domu i obserwowania tego, jak to wszystko wygląda. Mnie się nigdy nie podobało, że moja mama nie potrafi ojcu powiedzieć "nie". Nie znosiłam seksistowskiego traktowania kobiet w swoim otoczeniu. Dlatego gdy wyjechałam ze Szczecina, zaczęłam siebie na nowo budować. Sama, czytając książki, obserwując innych. 

Rozmawiałaś kiedyś z mamą o waszych relacjach w domu? 

- Przez całe lata nie potrafiłam. Myślę, że moja mama wiele rzeczy przyjmowała jako prawdy oczywiste. Nie buntowała się. Ojciec kazał jej zrezygnować z pracy - zrezygnowała. Miała mnie pilnować - pilnowała. Miała nie rozwijać swoich pasji, więc ich nie rozwijała. 

- Po rozwodzie kilka lat była w swoistej żałobie, musiała zrozumieć, co się stało. Dlaczego dokonywała takich, a nie innych wyborów. To jest pokolenie kobiet z PRL-u, podporządkowanych, niepewnych, niesamodzielnych. Ja z kolei musiałam też do wszystkiego sama dojrzeć. Popatrzeć w głąb siebie, ponazywać to, co mnie boli, rani, nie pozwala iść dalej... Mnie się wydaje, że to, kim jestem teraz, zawdzięczam tylko sobie. I o tym powiedziałam też mamie. 

Trzydzieści lat ciężkiej pracy nad sobą? 

- Tak, 30 lat pracy. Aby zrozumieć mechanizmy, które nas blokują. Ja nie mam żalu do mamy. Jej pokolenie nie podróżowało, nie czytało nowoczesnych książek, bo nie miało do nich dostępu. Mechanicznie przekazywało "prawdy objawione" wyniesione ze swoich rodzinnych domów, od równie niedoinformowanych matek i babek. Po latach zrozumiałam, że moja mama nie umiała inaczej żyć, inaczej mnie wychowywać, bo nie miała innych wzorców. 

- Żyła tak, jak potrafiła. Może wpływ na nią miała wielka trauma wyniesiona z dzieciństwa. Jej matka, a moja babka straciła jednego dnia całą rodzinę. Dwanaście osób zgładzono w jednej chwili pod Kałęczynem niedaleko Łomży. Babcia cudem uniknęła śmierci. Pewnie tę traumę nosiła w sobie przez całe życie. Pewnie cała moja rodzina ma ją w tzw. pamięci komórkowej.  

Jaką ty jesteś mamą? 

- Nadopiekuńczą, znerwicowaną. Pewnie zaszczepiłam w Mikołaju część swoich lęków - to nieuniknione. 

- Mikołaj jest szalenie wrażliwy, brakuje mu dystansu do wielu spraw. Ma w sobie duży lęk przed śmiercią. W bardzo wczesnym wieku stracił babcię, mamę Adama. Nie oswoił w sobie nigdy tematu odchodzenia. Teraz szuka swojej drogi, przyglądam się temu, kibicuję. 

A jak myślisz, gdzie popełniłaś błędy wychowawcze? 

- Chyba przedobrzyłam, mam wrażenie. Z domu wyszłam tak jakoś strasznie popychana i poraniona, że zagłaskiwałam Mikołaja. Za punkt honoru postawiłam sobie, żeby nikt nie miał wątpliwości co do tego, jak bardzo go kocham i jak bardzo jestem szczęśliwa, że on jest. Na pewno to zdecydowało, że trzęsłam się nad nim, że bałam się o niego, że nieba bym mu przychyliła, że za niego robiłam lekcje. Absurd jakiś, no bo po co. Może powinnam była wypośrodkować. Czasami, nie wiem, może więcej wymagać? Jednak kazać mu posprzątać pokój. (śmiech) A nie zamykać drzwi, żeby nie widzieć bałaganu. 

Dałaś mu dużo luzu, wsparcia. Na razie szuka swojej drogi. Boisz się czasem, że tej drogi nie znajdzie?

-W ogóle się tego nie boję. Uważam, że to nie musi przyjść natychmiast i nawet brak drogi jest drogą. Wiem i akceptuję, że on ma swoje życie do przeżycia, że być może będzie doświadczał ogromnych trudności. Rozumiem, że tak musi być, po prostu. 

- Teraz umiem powiedzieć do niego: "Synu, to jest twoje życie. Żyj nim. Sprawdź. Ja ci nie mogę doradzić. Ja ci radzę - zrób, jak uważasz". (śmiech) Wiesz, myślę, że Mikołaj ma ogromną intuicję, wielką wrażliwość i on czyta ludzi. To jest niezwykłe. Fajnie by było, gdyby kiedyś sam stwierdził, że to jest jego dar, i spróbował coś z nim zrobić. 

Macie dobrą relację? 

- Odkąd się wyprowadził, znakomitą. U nas kłótnie zawsze były związane ze szkołą i bałaganem. To były nasze konflikty. Czasami naprawdę przybierały atomowe rozmiary. 

Słyszałam, że to ty zasugerowałaś Mikołajowi wyprowadzkę. 

- Tak. To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu, naprawdę. Teraz pracuje ze mną, więc spotykamy się częściej w robocie. Dziś już nie chcę go kontrolować. Wychodzę z założenia, że jeśli będzie mnie potrzebował, znajdzie mnie. 

A jaką wiedzę przekazałaś mu o kobietach? 


- Od małego uczyłam go, że kobieta zawsze przodem. I nie chodzi o to, żeby jej drzwi okazjonalnie otworzyć, tylko że kobiet trzeba słuchać, że trzeba je pytać. Bo one znają odpowiedź na pytanie i wystarczy kobietom pozwolić powiedzieć, czego oczekują, czego pragną. Że o kobiety trzeba dbać, w sferze intymnej również. To mu przekazałam. Zawsze byłam mamą, która czyta dziecku książki i rozmawia, a niekoniecznie układa z nim klocki Lego. 

- Rozmawialiśmy naprawdę dużo, tym bardziej że on miał setki pytań, a ja mu zawsze chętnie na nie odpowiadałam, na ile potrafiłam. Budowaliśmy od małego taki rodzaj komunikacji. Oczywiście były i złe emocje, kiedy się na niego wydzierałam. Ale zawsze potrafiłam powiedzieć: "Przepraszam cię. Dzisiaj miałam ciężki dzień. Też się boję". 

Agata Kulesza mówi o tobie, że wybierasz sobie ludzi i wcale z tobą nie da się tak łatwo zaprzyjaźnić, chociaż wysyłasz światu kompletnie inne komunikaty. Twoja otwartość, łatwość nawiązywania relacji... Jaka jest prawda? Jesteś bratem łatą czy odludkiem?

- Właśnie nie da się tego tak do końca określić, bo nie prowadzę rozbudowanego życia towarzyskiego - co by świadczyło o tym, że niełatwo się do mnie dobić. Ale z drugiej strony te osoby, które się dobiły, mają u mnie darmową kozetkę. 

- Jestem bardzo oddana, dwoję się i troję, żeby pomagać i przychylać nieba. W naszym mieszkaniu żyły kobiety, które były w potrzebie - jedna ze Szczecina, druga z Warszawy. Po traumach, rozbitych związkach. Ja je do swojego gabineciku zapraszałam na wiele tygodni albo miesięcy. 

- Lubię ludzi, ale nasz dom dwa lata temu przestał być domem otwartym. Mieliśmy zawsze mnóstwo gości, tu było wiele imprez i to się źle skończyło dla nas. Nie szukam na siłę przyjaźni. Ale jestem otwarta. 

Bo wasz dom przestał kojarzyć się z muzyką i lejącym się alkoholem? 

- Już się skończyły w tym domu imprezy. Raczej na zawsze. Ale to jest sytuacja, kiedy w domu jest uzależnienie i ktoś po prostu podejmuje walkę z chorobą. W sposób naturalny przeżywa to z nim całe otoczenie. Ludzie znikają... Ale to jest dla mnie super, ponieważ można wtedy sprawdzić, które relacje były prawdziwe, a które tylko imprezowe, czyli sprowadzały się do zabawy, dowcipów, gadania głośno o bzdurach. 

- Te rzeczy nie przetrwały, po prostu. Natomiast zostały takie naprawdę cenne związki. W dzisiejszych czasach to jest umiejętność być z kimś bez alkoholu i spędzić pięć godzin na interesującej rozmowie, nie nudzić się, nie męczyć. 

Kilka miesięcy temu wyszłaś za mąż za Pawła Krawczyka, po kilkunastoletnim życiu we dwoje. Coś się zmieniło, odkąd jesteś żoną? 


- Doświadczenie choroby bardzo zmienia. W jakimś sensie jestem wdzięczna tej całej zawierusze. To była moja ściana. Miałam naprawdę do wyboru - albo się rozpaść i zalec na kanapie pod kołdrą, przespać resztę życia, w depresji, albo po prostu zawalczyć o siebie. 

- Mnóstwo zawdzięczam pani Ewie Woydyłło (znana psycholożka i terapeutka uzależnień - red.), ponieważ miałam okazję spotkać się z nią w najgorszym momencie. Miałyśmy jedno spotkanie - poświęciła mi dwie godziny ze swojego życia i to było najlepsze, co mi się mogło przytrafić. 

- Powiedziała: "Pierwsza, najważniejsza rzecz - zajmij się sobą". To jest rada dla wszystkich współuzależnionych osób, które przebywają z osobami uzależnionymi. Ja sobie uświadomiłam, że nigdy się sobą nie zajmowałam. A takich kobiet jak ja jest mnóstwo. Tak naprawdę różnimy się tylko scenografiami, w jakich przyszło nam żyć. 

Wiesz, że płyta "Basta" i książka "A ja żem jej powiedziała" na wiele z nich podziałały jak psychoterapia? 

- Kobiety często mówią mi, jak wiele ten album czy książka zmieniły w ich życiu. Jestem nieprawdopodobnie wdzięczna za każdy sygnał, że jestem komuś przydatna. "Basta" i "A ja żem jej powiedziała" są opowieścią o bardzo szczególnym momencie na mojej osi życia. 

- Momencie, w którym wybieram pełnię odpowiedzialności za każdy dzień, który mi pozostał. Mam nieskończoną cierpliwość, bardzo długo potrafię dać się okładać, bo znajduję dla tego uzasadnienie. Ale przychodzi moment, gdy mówię "nie" i wychodzę. Wiem, że każdą z nas stać na podobną czułość i szacunek do samej siebie.

Tyle wydarzyło się w twoim życiu prywatnym i zawodowym w ciągu ostatnich dwóch lat. Co dalej? 


- Jestem ciekawa, co się wydarzy. Nawet jeżeli to będzie bolesne. Najbardziej paskudne sytuacje doprowadzają do najlepszego wniosku na temat życia i samej siebie. Nie chciałabym tego zmienić. Wszystko, co wydarzyło się w moim życiu, powtórzyłabym jeszcze raz. Wszystko.

Zobacz także: 

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy