Reklama

Reklama

Wraca do gry

Można gadać, co się chce, ale nikomu nie udało się dotąd zrobić u nas lepszego serialu policyjnego niż "Pitbull".

Patryk Vega to jeden z najbardziej konsekwentnych polskich reżyserów. Wiadomo, że gdy zrobi komedię, wyjdzie mu dzieło tak żenujące, że nie będzie wiadomo, gdzie ze wstydu podziać oczy, zaś gdy weźmie się do tematów dotyczących policji, służb specjalnych, przestępczości, to wyjdzie mu arcydzieło.

Nie ma u nas lepszego serialu policyjnego niż "Pitbull". Żadnych wprowadzanych na siłę wątków psychologiczno-miłosnych (patrz "Nowa", "Sfora", "Kryminalni"), brak pompowania jakiejś wizualnej poezji ("Wataha") czy łopatologicznie podanych widzowi bohaterów dobrych i złych (zwykle w takich serialach jest jeden pozytywny bohater, szlachetny, choć z zagmatwaną przeszłością, jego frapująca, choć skomplikowana partnerka, przyjaciel na drugim planie, a cała reszta to banda skurczysynów).

Reklama

U Vegi ludzie są ludzcy: trochę dobrzy, a trochę źli, przybrudzeni. Gdy nawet próbują wzlecieć ku gwiazdom, zaraz coś ściąga ich na ziemię. Ale nie będą też po niej pełzać, za dużo mają w sobie dumy, godności, niektórzy - wartości.

Słuch do środowiskowych dialogów Vega ma absolutny. Bohaterowie "Pitbulla" rozmawiają ze sobą tak naturalnie (co znaczy często - brutalnie), że naprawdę ma się wrażenie podglądania ich ukrytą kamerą. Swoje wyczucie w temacie reżyser potwierdził, kręcąc "Służby specjalne", choć tu znów przekonuje, że jego formatem nie jest film fabularny, a serial.

Film strasznie męczy, bo liczba wątków, jakie reżyser chce sprzedać, sprawia wrażenie nachalności. Jest tu afera z likwidacją WSI z Antonim Macierewiczem w roli głównej, jest wojna w Afganistanie, jest samobójstwo Andrzeja Leppera, są wybory prezydenckie, są skandale obyczajowe i majątkowe w Kościele. Do tego dochodzą wyświetlające się na ekranie "roztłumaczenia" branżowych pojęć, którymi, jak z kałasznikowa, strzelają bohaterowie. W serialu zaś zrobionym z materiałów filmowych Vega ma więcej miejsca, żeby się rozpędzić, żeby rzeczywiście opowiadać, a nie tylko wykrzykiwać hasła.

Ja ze "Służb specjalnych" wyłowiłem sobie perełkę. To relacja dwóch wybranych z tłumu bohaterów. Pułkownik Marian Bońka, grany przez Janusza Chabiora, to były esbek, który "obudzony" przez knujących spiski "starych" ludzi służb wraca do gry, by niemal stojąc nad grobem (bo dowiaduje się, że ma raka), znów spiskować i zabijać. Przeor (w tej roli Andrzej Grabowski) pada ofiarą szantażu ze strony Bońki. Ten wyciąga mu na stół kompromitujące materiały z lat 80. i w zamian żąda wejścia w spółkę, która będzie obracała kościelną ziemią.

Przeor wie, że ponosi konsekwencje własnej słabości, ale nie jest słaby - przeciwnie, pokazuje Bońce, że w jego życiu jest coś, co wymyka się strachom i beznadziei. Esbek też przeżył już tyle, że rozumie, iż schrzanił większość życia, poświęcając je na czynienie zła i duperele ("Wiesz, ile pamiętam z całego życia? Może pięćdziesiąt rzeczy. Reszta była ch...a warta"), i dojrzewa do zadania sobie pytania: jest coś więcej, czy to by było na tyle? Każdy z nich stoi na kupie życiowego złomu, obaj są w tej relacji z czegoś obdarci.

Bońka z poczucia nieśmiertelności, bo teraz to nie on zabija, ale jego coś (rak) chce zabić. Przeor - z aury dystansu, jaką tworzy czasem wokół siebie personel naziemny Pana Boga. Nie grają już swoich ról, więc zaczyna kiełkować między nimi coś na kształt przyjaźni. Opartej jednak nie na wspólnym piciu wódki czy uczestnictwie w nabożeństwach, ale na mierzeniu się z pytaniem: czy naprawdę jest taka nadzieja, która da sobie radę z każdym lękiem, cierpieniem i złem?

Nie byłoby tego metafizycznego duetu dryfującego po oceanie ekskrementów, gdyby nie wspaniała kreacja Janusza Chabiora. Patrząc na to, jak jego bohater zabija człowieka (a zabija tak jak pije i pali - odruchowo), na jego walkę ze śmiercią (wspieraną tu mocno przez polską służbę zdrowia - na YouTube montaż hitowych odzywek esbeka, który próbuje się diagnozować i leczyć, zatytułowano "Pułkownik Bońka i pakiet onkologiczny"), na jego nieporadne, ale maksymalnie szczere próby spowiedzi, namacalnie doświadcza się starej prawdy: nie ma ludzi złych i dobrych, granicę między dobrem a złem każdy rysuje we własnym sercu.

Patrząc na tych dwóch poranionych gości z filmu Vegi, uświadomiłem sobie jeszcze jedną rzecz: żeby ludzie zaczęli ze sobą rozmawiać, najpierw muszą być świadomi, że są słabi. Jeśli jedna ze stron sądzi, że jest silniejsza, nie ma rozmowy: jest albo przemowa, albo krzyk. Gdy więc nie możesz się z kimś dogadać, zobacz w nim człowieka, a nie kogoś, kto mógł być aniołem, tylko za słabo się starał i mu nie wyszło. Może dzięki temu zabiegowi coś, co ugrzęzło lata temu i nie chciało się ruszyć, ruszy wreszcie z kopyta. 


PANI 5/2015

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy