Reklama

Reklama

Dom nałogu

Cztery kobiety i różne wersje współuzależnienia: obsesyjne zajmowanie się życiem partnera, totalna kontrola nałogu, poświęcenie i wybaczanie, odpuszczenie - sobie i jemu. One przeszły każde stadium i odmieniały słowo alkohol przez wszystkie przypadki.

Niczym się nie różnią od innych. Jedna ma łzy w oczach, mówi cicho i nie pachnie perfumami, innej nikt nie widział bez makijażu, żurnalowej fryzury i modnego stroju. Niektórym alkoholizm męża odbiera całą energię, a niektórym - dodaje. Jedne rezygnują z siebie, inne o siebie walczą. Zdarzają się zastraszone, ale też takie, które chodzą po świecie wściekłe - pisze Ewa Woydyłło, psycholog, terapeutka uzależnień, w swojej najnowszej książce "Rak duszy. O alkoholizmie".

Zmieni się, będzie dobrze...

Katarzyna Nowakowska jest wizażystką. Ma 31 lat, wysoka, szczupła. Od tamtego dnia, 30 sierpnia, minęły cztery miesiące. Katarzyna żyje jak automat: wstaje, jedzie do pracy, opiekuje się dwójką małych dzieci. Pawła, operatora, poznała pięć lata temu w telewizji. Oboje byli w trakcie rozwodu, on miał dwuletnią córkę z poprzedniego związku. - Przystojny, pełen pomysłów, wrażliwy, delikatny - opowiada Katarzyna. - To była miłość, o jakiej nie myślałam, że kiedykolwiek mi się przydarzy, wręcz filmowa. Wydawało się, że jesteśmy dla siebie stworzeni, gadaliśmy godzinami. Na początku nie zauważyłam niczego niepokojącego. Przyznał się, że kiedyś miał problem z narkotykami. Leczył się w ośrodku i od dawna jest czysty. Ujęła mnie jego szczerość.

Reklama

Zamieszkali razem, Katarzyna zorientowała się, że Paweł upija się w samotności, a butelki ukrywa. Wtedy była już w ciąży. Nawet do szpitala na poród zawiózł ją w środku nocy przebudzony z alkoholowej drzemki. Już wiedziała, że jej ukochany ma problem, ale nie miała pojęcia, jak mu pomóc. Skupiła się na dziecku. Chciała wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że jego córeczka i jej miłość go uleczą. Zresztą on, jak każdy alkoholik, do perfekcji opanował sztukę grania na emocjach.

Manipulował jej uczuciami na tyle, że za każdym razem mu wierzyła: "Zmieni się, będzie dobrze". Zaszła w kolejną ciążę, nic się nie poprawiło. Dwójka małych dzieci, praca i alkoholik w domu. Zepsuł jej kolejne święta, skompromitował się przed rodziną. Wreszcie coś w niej pękło, spakowała walizki Pawła i kazała mu się wyprowadzić. Synek nie miał wtedy jeszcze roku. - Przyjęłam go z powrotem, bo obiecał, że przestanie pić - opowiada Katarzyna. Wspomina, że wtedy nastał lepszy czas, bo życie z Pawłem niepijącym było dobre.

Oczywiście, jak każdy trzeźwiejący alkoholik bywał trudny, ale starał się. Chodził do grupy AA, robił notatki, pracował nad sobą. Wkrótce wrócił do nałogu. - Ćwiartka wódki to było dla niego jak dla innych cukierek z alkoholem, tak na rozruch, żeby w ogóle wstać z łóżka - mówi Katarzyna. W styczniu Paweł sam zgłosił się do ośrodka na detoks. Spędził tam dwa miesiące. Katarzyna jeździła do niego z dziećmi. Terapeuci tłumaczyli, że Paweł bez wsparcia bliskich sobie nie poradzi. Postanowiła dać mu szansę, tym bardziej że wielokrotnie powtarzał: "Bez ciebie nie chcę żyć". I znów przez kilka miesięcy było lepiej.

W czerwcu kupił bilety do Rzymu. Pojechali razem z córką. W dniu jej urodzin, 16 czerwca, zabrał dziewczyny pod Koloseum. Tam wyjął pierścionek zaręczynowy i poprosił Katarzynę o rękę. "To nie przypadek, że robię to w tym miejscu, gdzie było tyle bólu i cierpienia, podobnie jak w naszym związku. Uwierz we mnie" - prosił. Włożyła pierścionek. Szczęśliwi byli przez kilkanaście godzin, bo Piotr zaczął pić już w samolocie. Przez dwa następne miesiące nie trzeźwiał, a wyrzucany z domu jechał na kilkudniowe detoksy.

Katarzyna przyznaje, że wtedy nie miała już siły na walkę. - Słuchałam terapeutów, stawiałam warunki, opowiadałam głośno, jak bardzo mnie skrzywdził. Alkoholik nie może być bezkarny. Teraz sama nie jestem pewna, czy dobrze robiłam. Niczego już nie jestem pewna - mówi. Pod koniec sierpnia pojechała po niego do ośrodka terapeutycznego: "Możesz mieszkać w domu, ale nie chcę na razie z tobą być. Nie umiem już ci zaufać". W domu był spokojny, ale miał dziwne stany emocjonalne, bo brał leki, które mu przepisano. Potrafił połknąć kilkanaście naraz.

I ten dzień. Wróciła z pracy, Paweł był wyjątkowo cichy. Rozmawiali, dziękował, że cały czas jest z nim, płakał: "Nie mam już siły walczyć ze sobą. Lepiej byłoby wam beze mnie", mówił. Nie miała żadnego przeczucia. Powiedziała, że to tylko pięć lat rozpaczy, a teraz czeka ich jeszcze kilkadziesiąt lat radości. Wyszła po córkę do przedszkola, wzięła ze sobą synka. Poszli na plac zabaw. Nie było jej półtorej godziny. - Dzwonił kilka razy, pytał, kiedy wrócę, mówił, że ma niespodziankę - opowiada. - Pomyślałam: kwiaty, krem, bieliznę, bo często dawał mi prezenty.

Przed domem zatelefonowała, żeby wyjrzał przez balkon i zobaczył, jak dzieci fajnie się bawią. Nie odebrał. Popędziła na górę, dzwoniła, nie otwierał. Wyjęła klucze i weszła do mieszkania. Usłyszała lejącą się w łazience wodę i już wiedziała, że coś się stało. Dzieci zostawiła na balkonie i weszła do łazienki. Paweł leżał na podłodze. W pierwszej chwili pomyślała, że się upił, ale gdy się nad nim pochyliła, nie czuła alkoholu. Jego twarz była sina, serce już nie biło.

Bezpośrednią przyczyną śmierci Pawła było zatrzymanie akcji serca. Katarzyna zastanawia się, czy mogła temu zapobiec. - Alkoholizm to choroba i chory pije nie z powodu bliskich - podkreśla psycholog Ewa Woydyłło. - Emocje, przywiązanie, a często też zachwyt nad wrażliwością męża zatruwa stopniowo coraz większa gorycz i zawód. Żyjąc z uzależnionym, przeżywa się nieustanne rozczarowanie pomieszane z nadzieją. Każdego dnia żona alkoholika budzi się z myślą: "Może on dziś przestanie pić i wszystko się ułoży. Najczęściej wypiera problem, okłamuje siebie i wiecznie liczy na cud - mówi Woydyłło.

Godziłam się na to...

Marcie Bratkowskiej, dziennikarce, żonie Piotra Bratkowskiego - poety, krytyka literackiego, publicysty, trudno mówić o chorobie męża. Rzeczowa, konkretna. Dziennikarze, którzy z nią pracowali, mówią, że zawsze taka była. Praca stała się ratunkiem, próbą zagłuszania bólu.

- Dużo energii poświęcałam na ukrywanie stanu pogłębiającego się wycieńczenia. To był jednak rewers tej samej rozpaczy - przyznaje dzisiaj. Latami udawała, że nie widzi. Bo tak wydawało się łatwiej. Myślała, że w ten sposób ochroni syna. Przecież picie na początku nie przeszkadzało mężowi w pracy.

Sam Bratkowski przyznał: "W apogeum picia otrzymałem nową, bardzo atrakcyjną propozycję zawodową". Marta wspomina: - Ukrywałam przed znajomymi jego coraz bardziej niekontrolowane picie. Wściekała się, gdy wracał pijany, groziła odejściem. I za każdym razem wierzyła, że w końcu przestanie.

Bo przecież może przestać, to jasne. Jeśli kocha rodzinę, tak jak deklaruje, nie może popełniać samobójstwa na raty i zmuszać ich do przyglądania się temu. - Alkohol nie pojawił się w naszym życiu nagle. Od kiedy pamiętam, nasi przyjaciele i znajomi pili. Każda balanga, a było ich wiele, zaczynała się od fascynujących rozmów, które po kilku godzinach kończyły się bełkotem.

Przez lata jednak takie imprezowe picie nie wydawało mi się niczym niebezpiecznym - wspomina Bratkowska. Piotr Bratkowski w maju ubiegłego roku napisał w "Newsweeku" wstrząsający artykuł o alkoholizmie, w którym przyznał się do nałogu: "Choć w różnych tekstach nawiązywałem do własnych problemów alkoholowych, pierwszy raz piszę o tym tak otwarcie. To wciąż nie jest proste. Byłem bombą, która bezustannie tyka. I jednocześnie saperem, który od czasu do czasu musi tę bombę rozbroić".

Bratkowski określa siebie jako HFA (skrót od angielskiego high-functioning alcoholic, czyli wysoko funkcjonującego alkoholika). Tak w Stanach określa się pijących, mających świetne posady, wykształconych. Nie urządzają imprez, nie upijają się publicznie, ale pod maską sukcesu ukrywają się demony. Wybryki Bratkowskiego? Ostatni w latach 70., gdy zdarzyło mu się po balandze w Warszawie odzyskać świadomość o świcie w... oddalonym o 50 kilometrów Sochaczewie. Bratkowscy latami ukrywali rodzinny problem. - Gdy wreszcie zrozumiałam, jak bardzo nie mogę liczyć na wsparcie męża, zrobiłam wszystko, by się usamodzielnić - tłumaczy Marta. - Zadbać o siebie i naszego syna Marcina. Twierdzi, że nie było w niej współczucia, skłonności do poświęceń, za to mnóstwo wściekłości.

Przecież to ona kryła Piotra, a gdy ich wspólny kolega powiedział wprost: "On jest chory", broniła męża. To ona była jak barometr wyczuwający Piotra. Dzwoniła do niego i z napięciem wsłuchiwała się w jego głos. Przeciągał charakterystycznie głoski? Znaczy, że znów pił. Przestała spać, szarpała się. Ale choć groziła odejściem, nigdy tego nie zrobiła. - To nie ja zmusiłam Piotra do leczenia, tylko znajomy, z którym pracował. Ten sam, który próbował mi uświadomić, że Piotrek jest alkoholikiem. Bratkowski napisał o tym: "Było coraz gorzej, ale wciąż funkcjonowałem, pocieszając się, że jest w redakcji kolega pijący ostrzej, a w każdym razie bardziej spektakularnie. Ale w końcu i ja wpadłem przez głupiego pecha. Piątego dnia ciągu (tak długie picie nawet dla mnie było czymś wyjątkowym) zadzwonił do mnie kolega redaktor i zapytał, kiedy oddam tekst. Napisałbym go na czas, jestem pewny. Pech polegał na tym, że kolega był niepijącym alkoholikiem. I mnie brutalnie zdemaskował, stawiając ultimatum: "Odwyk albo do widzenia".

Bratkowska mówi dziś: - Poczułam ulgę, że ktoś inny zrobił to za mnie. Że ktoś inny potrafił być wobec niego naprawdę twardy. Co teraz? On: - Wciąż czuję się, jak tykająca bomba, tylko czasem to tykanie cichnie. Ona: - Po raz kolejny uwierzyłam Piotrowi. Rozwód i tak niczego by nie zmienił. Nie potrafiłabym nie przejmować się najbliższym przyjacielem, facetem, z którym chciałam i chcę być.

Gdy ktoś pyta Ewę Woydyłło, czy nie lepiej od razu zostawić alkoholika, uciec, zamknąć za sobą drzwi, ona odpowiada: - Zawsze warto podjąć próbę poszukiwania pomocy, namawiania do leczenia. Interwencje bliskich mogą powstrzymać rozwój choroby, zanim alkoholik stoczy się na dno. Dla rodziny i związku oznacza to ocalenie. Czasami żony alkoholików radzą sobie na swój sposób. Mają pomysł, strategię i przekonanie, że ich metody skutkują. Psychologowie i uzależnieni z ruchu AA podchodzą do nich sceptycznie. Ewa Woydyłło mówi wprost: - Terapia, a potem uczestnictwo w AA to najlepsza pomoc w poradzeniu sobie z nałogiem. Mówi tak przez pryzmat własnych doświadczeń, bo gdy w latach 70. poznała męża Wiktora Osiatyńskiego, on pił. Przez kilka lat nie zdecydowała się na zamieszkanie z nim, choć mieli córkę. Pobrali się dziesięć lat później w Stanach Zjednoczonych, gdy on przeszedł terapię i nauczył się żyć bez alkoholu.

O jeden kieliszek za dużo... - podziel się swoimi doświadczeniami na forum

Twarda miłość

Prawniczka Barbara Falandysz uważa, że w swoim związku stosowała inne metody. Opowiada o piciu męża, prof. Lecha Falandysza. Siedzimy w jej mokotowskim domu. Mieszka w nim z najmłodszą, 17-letnią córką. Troje starszych dzieci wyprowadziło się już do własnych mieszkań. Od siedmiu lat jest wdową, przeżyła trudne momenty, ale radzi sobie. Wygląda znakomicie, zadbana, pełna energii, gdy wspomina męża, wyczuwa się w jej głosie smutek. Nadal za nim tęskni.

Poznali się na Wydziale Prawa UW. Rok 1978. Ona, studentka, miała 19, on, wykładowca, 36 lat. Był po rozwodzie, miał 13-letniego syna Filipa. Wkrótce się pobrali. Falandysza kochali wszyscy, słynął wśród studentów z poczucia humoru, inteligencji i zabawowego charakteru. Barbara nie przypuszczała, że mąż pije nałogowo. - Najtrudniejsza dla nas była pierwsza połowa lat 80. - wspomina. - Atmosfera stanu wojennego, wstrzymanie wyjazdów naukowych i brak finansów wpłynęły na męża fatalnie. Leszek wpadał w ciągi, a ja utrzymywałam dom. Otworzyłam sklep na Pradze, pracowałam ciężko, a wieczorami zastawałam w domu bałagan i upitego męża. Narastała we mnie złość. Myślałam, że jeśli się łamie zasady, trzeba ponieść konsekwencje.

Przestała wpuszczać go do domu pijanego, nie płaciła jego długów. Zimą martwiła się, czy nie zamarznie pod zamkniętymi drzwiami, ale była twarda. Zdawała sobie sprawę, że coś złego i tak może mu się przydarzyć w mieście, a ona nie ma na to żadnego wpływu. Gdy na świat przyszły dzieci, Lech wpadał w alkoholowe ciągi coraz rzadziej. W jakiś sposób skutkowały metody ukochanej Baśki, bowiem nigdy nie poszedł na terapię AA. - Jego przyjaciel Wiktor Osiatyński wielokrotnie rozmawiał z nim o leczeniu, ale mąż był indywidualistą - opowiada Barbara. - Nie chciał i nie umiał dzielić się swoimi przeżyciami, stosował esperal. Po latach na spotkaniu z Wiktorem omawiałam różne sposoby leczenia alkoholizmu. Przyznał, że właściwie wartością jest sama trzeźwość, a nie drogi dochodzenia do niej.

- Czy byłam współuzależniona? - zastanawia się Barbara. - Chyba w jakimś stopniu tak. Gdy był roztrzęsiony, jak radar wyczuwałam jego nastroje, bałam się, że nadchodzi czas picia. Łamałam też swoje zasady, bo starałam się w pewien sposób chronić jego wpadki przed dziećmi. On kochał je bezgranicznie i bardzo wstydził się swojej słabości. Barbara umiała też wybaczać. Gdy tylko trzeźwiał, zaczynali życie od nowa. Nie była pamiętliwa, nie wypominała, nie dogadywała. Intuicyjnie stosowała zasady, o których pisze Ewa Woydyłło: "Przebaczanie nie następuje z pozycji słabości. Osoba, która chce przebaczyć, musi być równie silna co sprawca. Dzięki temu może wyrównać rachunki: na jednej szali położyć zawiedzione oczekiwania, na drugiej popełnioną winę. Dla ponownego wejścia w relację ze sprawcą szale powinny się równoważyć (…) Niektórym udaje się uznać krzywdę za minioną".

Uzależnienie w genach

Hanna Gill-Piątek jest graficzką po ASP, robi projekty, studiuje jeszcze psychologię i działa na rzecz rozwoju regionalnego. Zajmuje się opracowaniami na temat infrastruktury dróg i ekologii. Na nasze spotkanie przyjeżdża z Łodzi, gdzie mieszka z mężem, pisarzem Tomaszem Piątkiem. Jest krótko ostrzyżoną wysoką blondynką, wyważoną, spokojną, bezpośrednią w rozmowie. Otwarcie mówi o uzależnieniu męża. Nie kryje tego i często bierze udział w społecznych akcjach uświadamiających nałogi.

Tomasza poznała w Warszawie przed dziewięciu laty. Pracowali razem w agencji reklamowej. Wprawdzie w firmie nie widywała go zaćpanego ani pijanego, ale często wyglądał strasznie: blady, roztrzęsiony. Nie ukrywał nałogów, mówił o nich, ale nie uważał się za osobę chorą. Zaprzyjaźnili się, oboje byli w innych związkach, ona już była matką. Jej syn ma dziś 14 lat. Kilka lat potem wyprowadziła się do Łodzi.

- Są ludzie, którzy mają uzależnienie w genach - opowiada Hanna. - Tomek należy do tej 10-procentowej grupy społeczeństwa. Nieleczeni wykorzystują każdy pretekst, aby ćpać czy pić. Kiedy trzy lata temu Piątek pojawił się w Łodzi i oświadczył, że kocha Hannę, był już po długiej terapii odwykowej, napisał też słynną powieść "Heroina", w której rozliczał się ze swoim nałogiem. - Przyjechał i od razu się oświadczył, czym mnie kompletnie zaszokował - opowiada ze śmiechem Hanna. - Twierdził, że od dawna to planował, a ja bardzo się tego bałam. Długo myślałam, co mam zrobić, ale gdybym wyczuła, że on chce się dzięki mnie tylko ratować, uczepić, wyssać siły i wrócić do nałogu, nie zdecydowałabym się na związek. Doskonale wiedziałam, co to uzależnienie, bo miałam ten problem w rodzinie. To jak demon, który siada na głowie i niszczy wszystko pomiędzy dwojgiem ludzi. Tomasz przekonał do siebie Hannę charakterem. Ona jednak miała świadomość tego, co robi. Nie obiecywał jej szklanych domów, tylko życie z dnia na dzień z planem 24-godzinnej trzeźwości na każdą dobę.

Zawarli kontrakt, ustalili priorytety. Gdy przyjdzie kiedyś naćpany czy upity, ona wyrzuci go z domu. "Nie staraj się wtedy mnie kontrolować, tylko zamknij drzwi" - powiedział jej i kiedy zdarzyła mu się raz wpadka, ona tak właśnie zrobiła. Piątek znów wrócił do człowieczeństwa, jak sam nazywa stan trzeźwości. Pisze kolejne książki, w których wykorzystuje elementy autobiograficzne. Znalazł ukojenie w duchowości, jest protestantem, aktywnie działa w łódzkim zborze ewangelicko-reformowanym. Hanna jest buddystką, ale ślub wzięli w jego kościele. Gdy dziś Hanna zastanawia się nad życiowym bilansem, jednego jest pewna - czuje wdzięczność do terapeutów z ośrodka OTOU w Toruniu za to, że przywrócili męża światu, a do Tomka, że dał jej siebie. Ich związek jest dojrzały, a ona nauczyła się, że lęk, smutek czy bezsilność pojawiają się u niej tylko w gorszych momentach choroby Tomka, a potem równie naturalnie mijają.

- Na siłę i radość czasem muszę poczekać pół dnia z książką w łóżku - przyznaje Hanna. - Gdyby było naprawdę źle, od razu poszukałabym fachowej pomocy u terapeuty. Zalecenia terapeutów Tomka obydwoje traktujemy poważnie. W naszym domu nie ma alkoholu i lekarstw z opiatów (pochodne heroiny - przyp. red.). Takie życie czasem ogromnie mi ciąży, bo nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo wykluczony z życia społecznego jest człowiek niepijący, szczególnie w środowisku artystycznym. Staram się towarzyszyć Tomkowi w trzeźwości, szanuję jego wolę. Przed każdym wernisażem lub promocją książki godzinami rozmawiamy, czy będzie się czuł na siłach tam pójść. Nasze życie to ciągłe wybory, ale wiem, że warto. Tomek jest wspaniałym mężem, partnerem i opiekunem dla mojego syna, z którym nawiązał niezwykle ciepłą i mocną więź - mówi Hanna.

Zdaniem Ewy Woydyłło wychodzenie z nałogu to ciężka praca, terapie wyrabiają umiejętności, które pozwalają radzić sobie z trudnymi emocjami. Uzależniony musi jednak systematycznie wcielać je w codzienność. W tym także niezbędna jest pomoc partnera.

Zakrapiane rozstanie? Jeśli to przeżyłaś, napisz o tym na forum!

Monika Głuska-Bagan

Pani 01/2010

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy