Reklama

Reklama

Już nie femme fatale

Jej dwudziestolecie to czas skrajnie różny. Było religijnie, potem buntowniczo. Czasem jak w filmie dozwolonym od lat osiemnastu: kluby, zabawa, ekstremalne emocje, niepokorni mężczyźni. Dziś nie boi się ról dojrzałych kobiet - w życiu i na scenie. Chciałaby zostać matką. Na razie jest nią w dwóch filmach, które niedługo zobaczymy w kinach. O mężczyznach jej życia i pomyłkach, do których nie boi się przyznać, mówi Magda Cielecka.

Twój STYL: Proszę dokończyć zdanie: ja 20 lat temu...

Magdalena Cielecka: Miałam 17 lat, startowałam wtedy w konkursach recytatorskich w czarnej długiej spódnicy, z pomalowanymi na czarno ustami, w drewnianych koralach i, czasem, różańcem w kieszeni. Byłam religijna, oazowa, skostniała w poglądach.

Jak to się objawiało?

Magdalena Cielecka: Radykalizmem, czarno-białym widzeniem świata. Nie znosiłam kompromisów, to dotyczyło wszystkiego. Tego, że mężczyzna zostawia rodzinę, ludzie żyją bez ślubu, przyjaciel mówi, że nie ma dla mnie czasu. Zły człowiek to był ktoś niesłowny, niekonsekwentny, na kim nie można polegać. W związki wprowadzałam wojskową dyscyplinę. Byłam bardzo wymagająca. Jeśli ktoś mówił jedno, a robił drugie, to prawie się z nim rozstawałam, były dni milczenia, obrażania się, przepraszania. Zero lekkości.

Reklama

No i te czarne usta.

Magdalena Cielecka: Szukałam tożsamości, stylu. Za sobą miałam już fascynację plastikowym kiczem, Limahlem itp. Jako osiemnastolatka zachwycałam się raczej artystowskim klimatem: Magda Umer, Agnieszka Osiecka, Piwnica pod Baranami. Pozowałam na uczennicę liceum plastycznego, choć, niestety, talentu nie miałam. Moja przygoda z rysunkiem polegała na tym, że wylewałam atrament na kartkę papieru i potrząsałam nią. Nosiłam też starą wytartą skórzaną teczkę pod pachą na rzekome prace plastyczne, których tam nie było.

Tu jest jakaś sprzeczność – z jednej strony konserwatywna religijność, z drugiej pozowanie na artystkę...

Magdalena Cielecka: Konserwatyzm był związany z potrzebą nazwania i uporządkowania rzeczywistości. Bo w moim życiu brakowało spokoju. Tata cierpiał na chorobę alkoholową. Nie było przemocy, ale mój dziecięcy świat miał chybotliwe nogi, więc porządek próbowałam zaprowadzić we wszystkim innym. Byłam dobrą uczennicą, społecznie zaangażowaną, uczestniczyłam w zajęciach pozaszkolnych, organizowałam sobie i innym czas. Miałam potrzebę poukładania, kontroli wszystkiego. Właściwie niczego nam nie brakowało. Zawsze miałam na szkolną wycieczkę, na kino, miałam też dużo miłości i akceptacji. Czasem brakowało ubrań, ale ciuchy krążyły po kuzynach, sąsiadach. Wychowałam się w małej miejscowości, gdzie obiady ludzie jadają u siebie nawzajem, gdzie wspólnie spędza się dużo czasu. Kiedy zastanawiam się, czy mi w komunie czegoś brakowało, myślę, że wielu rzeczy brakowało raczej mojej mamie. Ja byłam nieświadoma, w jakim trudzie zdobywała wszystkie potrzebne w domu rzeczy.

Dlaczego chciała Pani zostać aktorką?

Magdalena Cielecka: Zakochałam się w chłopaku, którego poznałam na konkursach recytatorskich. On mnie namówił do zdawania do szkoły aktorskiej. O moim zawodzie zadecydował przypadek, podobnie jak o losach wielu moich rówieśników. To nie były czasy świadomie planowanych karier. Pierwszą ważną rolę... dziecka dostałam na początku studiów. Zagrałam w Starym Teatrze. Potrzebowano kogoś o takiej jak moja aparycji. Szczęście mnie nie opuściło. Kiedy Barbara Sass, która szukała aktorki do Pokuszenia, przyszła zobaczyć przedstawienie dyplomowe naszego roku, akurat grałam główną rolę. Gdyby przyszła innego dnia, występowałabym w epizodzie, bo tak było zorganizowane to przedstawienie. I pewnie w Pokuszeniu bym nie zagrała.

Szkoła aktorska, potem Stary Teatr w Krakowie, ważny debiut filmowy, wolna Polska. W którym momencie Pani skostniały świat się wywrócił?

Magdalena Cielecka: Wywracał się stopniowo. Zacznę od tego, że z czasu, kiedy byłam studentką, niewiele pamiętam. Wszystko przesłoniła praca, dążenie do doskonałości, nie było czasu na książki, film, kształcenie się. Przebudzenie przyszło później. Film, literatura, malarstwo – dziś uczą się o tym licealiści. I z taką wiedzą wchodzą w dorosłe życie. Moje pokolenie, skupione na problemach rodziców, przetrwaniu, braku wolności, zmuszone było odłożyć to wszystko na lepsze, późniejsze czasy. Moja mama nie miała głowy, by mnie dodatkowo kształcić czy podsuwać książki, bo ich po prostu nie było. Dlatego u mnie proces rozwoju zaczął się później. Śmieszny przykład – dobrze pływać nauczyłam się dopiero niedawno, bo musiałam. Do filmu.

Z konserwatywnej dziewczyny stała się Pani aktorką, która półnaga szokuje w kontrowersyjnych dramatach Sarah Kane. Wyspecjalizowała się Pani w trudnych rolach.

Magdalena Cielecka: Zagrać radość, śmiech jest mi trudniej, niż płakać dziesięć minut. Skrajne, trudne uczucia łatwiej mi przychodzą. Ale choć na scenie grałam ekstremalne, szalone emocje, w życiu nadal byłam spięta, perfekcyjna. Zawsze na czas, zawsze dobrze przygotowana... Nie tolerowałam tego, że ktoś na próbie zapomina tekstu. Pouczałam innych. Wszystko stawiałam na ostrzu noża.

O sztukach Niezidentyfikowane szczątki ludzkie i Psychosis powiedziała Pani kiedyś, że „przenicowały psychikę”. Co miała Pani na myśli?

Magdalena Cielecka: Już w Egoistach Trelińskiego opowiadałam o świecie, którego nie znałam: narkotyków, hedonizmu, mocnych wrażeń. Ta rola przyszła wcześniej niż przeżycie. Wymagała ekstremalnych emocji, wyzwoliła ciekawość świata nocnych klubów – środowiska, którego nawet nie wiedziałam, gdzie szukać. Wydawało mi się, że jestem za grzeczna do ról, które gram, że powinnam coś przeżyć, bo niewiele o nich wiem. Moja praca jest niebezpieczna, kusi, żeby sprawdzać na sobie pewne sytuacje, żeby zobaczyć, jak się na nie reaguje, żeby obserwować przykre, trudne momenty i kolekcjonować je w sobie. To może wzbogaca, ale czasem rzuca w nie najciekawsze rejony. Pamiętam, jak jechałam kiedyś samochodem w nocy i w radiu leciała agresywna muzyka, chyba Rammstein. Wcisnęłam gaz i myślałam: „Boże, to jest to, powinnam mieć jeszcze przy sobie butelkę whisky!”. Poczułam się swoją bohaterką.

Długo się nią Pani czuła?

Magdalena Cielecka: Do momentu, aż się pogubiłam. Byłam w związku, w którym było dobrze, ale mimo to chciałam spróbować czegoś innego. Zobaczyć jakiś nowy świat, którego jeszcze nie dotknęłam. Chciałam coś wypróbować, sprowokować, zaprzeczyć temu nienagannemu życiu. Chciałam się zbrudzić.

Mówi Pani o niewierności?

Magdalena Cielecka: Mówię o potrzebie ryzyka w ogóle. Szybko się okazało, że to nie było moje: nie moje emocje, wrażliwość. To w ogóle nie byłam ja. Zaprzeczyłam sobie, chciałam, żeby było jak w filmach. I poniosłam tego skutki. Nie żałuję. Każdy wybór rodzi konsekwencje. Dobrze mieć wolność wyboru, nawet jeśli czasem wybiera się mądrze, a czasem głupio. Z tego budujemy nasze doświadczenie.

Lata 90., czas, gdy była Pani dwudziestolatką... Czuje Pani ulgę czy smutek, że minęły?

Magdalena Cielecka: Gdy patrzę na swoje zdjęcia sprzed lat, to ulgę (śmiech). Tęsknisz za młodością? Popatrz, jak wyglądałaś dziesięć, dwadzieścia lat temu. Polecam to każdej kobiecie. U mnie dominowały czarne, grube brwi i ciemna pomadka na ustach. No i ta moda. Ale poważnie, dziś na pewno bardziej akceptuję siebie. Kiedyś byłam wypadkową wyobrażeń innych ludzi, swoich wątpliwości, poszukiwań, teraz bardziej się sobie podobam. Wiem, czego chcę.

Czyli?

Magdalena Cielecka: Miłości, spokoju, zakorzenienia.

Co zawdzięcza Pani mężczyznom?

Magdalena Cielecka: Każde spotkanie jest przygodą, nauką, wreszcie rozwojem. Zawsze miałam mężczyzn fascynujących, choć niełatwych. I każdy zostawił we mnie jakąś cząstkę siebie. Czy będzie to upodobanie do sushi, do jazzu, wspomnienie wina pitego w wannie, zamiłowanie do podróży bez planu czy fascynująca twórczość. To wszystko składa się na intymną historię, która mnie wzbogaca. I na zawsze pozostaje częścią mnie. Myślę o mężczyznach, których spotkałam, z wdzięcznością i sentymentem. Została mi też z tych znajomości ogromna liczba zdjęć, drobiazgów, ale przede wszystkim pamięć tego, co się między nami zdarzyło, co kiedyś zbudowaliśmy. O żadnej z tych relacji nie myślę dziś z żalem czy goryczą. Każda droga była warta poznania i przejścia.

Zmienił się sposób, w jaki zdobywa Pani mężczyzn?

Magdalena Cielecka: Mniej jest we mnie femme fatale. Kiedyś trzeba było mnie zdobywać, byłam trudna, nieobliczalna. Zdarzało mi się wysiadać z taksówki w połowie drogi, trzaskać drzwiami, uciekać. Uwielbiałam krańcowe emocje i prowokowanie partnera do określonych sytuacji. Czy pobiegnie za mną, zawalczy. Dialog damsko-męski w moim wykonaniu to było „pokaż, na co cię stać, a ja łaskawie przyjrzę się temu”. Napinałam ten łuk do granic możliwości, wystawiając na próbę wytrzymałość i tolerancję drugiej strony. Dziś lżej traktuję takie sytuacje, mam dystans do siebie, nie jestem zawsze taka serio. Myślę, że więcej we mnie serdeczności i radości ze spotkań z ludźmi.

Natalia Kuc

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje