Reklama

Reklama

Lot po marzenia

Kobieta pilot bojowy w Gruzji to sensacja. Na egzaminach do wojskowej szkoły lotniczej mówili, że jest chybionym eksperymentem. Ale Jekaterina Kwliwidze skończyła ją z najwyższym wynikiem, zdobyła prestiżowe stypendium Boeinga i trenowała z amerykańskimi pilotami.


Twój STYL: - Co czułaś podczas swojego pierwszego lotu?

Jekaterina Kwliwidze: - Moc i wolność, które rodzą się z poczucia braku ograniczeń. Samolot bojowy waży kilkanaście ton, ale przy wielkiej prędkości każda akrobacja odbywa się w mgnieniu oka. Nic nie mogło mnie zatrzymać! Ale zanim tego doświadczyłam, musiałam zaliczyć lata ćwiczeń technicznych w Akademii Wojskowej. Stresujące było nawet latanie na symulatorach, bo nie mogłam sobie pozwolić na błędy. Ćwiczyłam też charakter. Pilot musi mieć nieograniczoną cierpliwość i odporność na ekstremalny stres. Ważny był trening uwagi, bo w maszynie, która pruje przez niebo z prędkością dwóch tysięcy kilometrów na godzinę, nic nie powinno cię rozpraszać. Za sterami nie wolno myśleć, co dzieje się w domu, że rzucił cię chłopak albo że ktoś w rodzinie choruje. Liczy się tylko lot.

Reklama

Piloci odrzutowców mają opinię nadludzi. Jakim obciążeniem jest przekroczenie bariery dźwięku?

- Gdy w filmach pokazują pilotów, widać błękitne niebo i chmurki jak w bajce. Rzeczywistość jest mniej atrakcyjna. Tu nie ma "bujania w obłokach". Moment, w którym samolot przekracza prędkość dźwięku, akustycznie przypomina wybuch. Są i inne wrażenia: gdy chmury wiszą nisko i musisz się przez nie przebijać, maszyną szarpie. W pogodny dzień mniej rzuca, za to słońce niemiłosiernie nagrzewa kabinę, pocisz się, bo klimatyzacja nie daje rady. Rozgrzane smary śmierdzą, a szybkie manewry powodują gwałtowne zmiany ciśnienia. Zatkane uszy to nic! Gorzej, gdy odcina ci oddech. Bez treningu w takich momentach człowiek wpadłby w panikę. Zwłaszcza w sytuacji bojowej.

Jak zareagowali twoi bliscy, kiedy usłyszeli, że chcesz latać?

- Ojciec uciął sprawę krótkim: "za żadne skarby!". Mama zresztą też nie traktowała mojej decyzji serio. Uznała, że to fantazje nastolatki. Najgorszy był wstyd, że muszę ukrywać swoje ambicje, żeby mnie szanowano. Gdy wspominałam o swoim marzeniu, czułam pobłażanie i irytację. Nikt w domu ani w szkole nie traktował mnie poważnie. Słyszałam: "jak nie wiesz, co chcesz robić, to zostań nauczycielką gruzińskiego". Zaczęłam więc ukrywać swoje plany, mówiłam to, co chcieli usłyszeć wychowawcy.

W szkole wojskowej z dziewczyną był pewnie jeszcze większy kłopot?

- No tak, w ogóle tam nie pasowałam. Nawet na standardowych formularzach medycznych dorysowywali dla mnie dodatkowe rubryczki - badania ginekologiczne nie były w nich uwzględnione. Gdy się na nie zgłaszałam, wychodził po mnie żołnierz, wskazywał ręką odpowiednie drzwi i speszony przyciszonym głosem mówił: "Idź, wiesz, no tam". Słowo "ginekolog" nie przechodziło mu przez usta.

Koledzy czuli się zagrożeni, że dziewczyna zdobyła ich męski bastion?

- Czasem szukali okazji, by udowodnić, że jestem pilotem drugiej kategorii. Kiedyś na imprezie ktoś powiedział, że prawdziwy lotnik musi umieć pić wódkę. To była dla mnie próba. Wypiłam na ich oczach szklankę wódki, była ciepła i śmierdząca jak benzyna. Czy to miało sens? Może uległam głupiej presji? No ale dali spokój, później już nikt mnie nie testował.

Jak zdobyłaś prestiżowe stypendium Boeinga? To premia dla najlepszych.

- Byłam jedyną dziewczyną na 45 chłopaków. Nikt nie traktował mnie poważnie. Problemów nie było tylko z wykładowcami, bo miałam dobre wyniki. Studia były trudne, ale wiedziałam, że jeśli odpuszczę choć jeden test, egzamin, lot, to rację będą mieli ci, którzy uważają, że kobiety się nie nadają. Moje zacięcie zaprocentowało, gdy walczyłam o stypendium. Jako jedyna zaliczyłam testy na sto procent. Wygrana pomogła mi nie tylko poczuć się pewniej, ale i dokończyć studia. Zanim zdobyłam stypendium, klepałam biedę. Boeing wypłacał mi 100 dolarów miesięcznie, w 2004 roku w Gruzji to były duże pieniądze!

Przecież ludzie z reguły szanują upór, determinację.

- Wtedy postrzegano to raczej jako moją wadę. Cechy, które u mężczyzny byłyby cenione, u kobiety wzbudzały irytację. Pamiętam taką sytuację. Do 2008 roku komendy w eterze podawano po rosyjsku i przy lądowaniu trzeba się było zameldować: "k pasadkie gatow", czyli "gotowy do lądowania". Dopóki za sterami siadali mężczyźni, wyłączność na rodzaj męski w komendach była uzasadniona. Ja lądując, powiedziałam: "k pasadkie gatowa". "Wybryk" został zauważony. Wywołał oburzenie. Na szczęście wkrótce przeszliśmy na angielski i te problemy się skończyły, ale zaczęły poważniejsze.

- Ukończyłam studia z wyróżnieniem, ale uprzedzenia, że kobieta nie da rady, wciąż brały górę. Gdy przechodziłam kurs wojskowy w Stanach Zjednoczonych, koledzy robili zakłady, że nie wrócę, bo pojechałam szukać męża w Ameryce. Wróciłam, ale nikt nie chciał wiedzieć, czego się nauczyłam. Dowódca oznajmił, że mnie "uziemia", czyli wyznacza do zadań, które nie łączą się z lataniem. Poprosiłam, by mnie wysłali do Afganistanu, chciałam sprawdzić się w akcjach bojowych. Odpowiedź była krótka: "To niemożliwe, jesteś kobietą!".

Jak zareagowałaś?

- Gdy dotarło do mnie, że w gruzińskiej armii nie pozwolą mi latać, odeszłam z wojska. Ministerstwo Obrony podało mnie do sądu. Sytuacja była paradoksalna. Chciałam służyć armii swoimi umiejętnościami, ale słyszałam "nie". A kiedy postanowiłam odejść, dowódcy usiłowali wzbudzić we mnie poczucie winy, że jestem nielojalna. Kazano mi zapłacić dziesięć i pół tysiąca dolarów odszkodowania. Zgłosiłam się do Centrum Praw Człowieka i pozwałam ministerstwo za dyskryminację. Nie mam złudzeń, w Gruzji moja droga do lotów na samolotach bojowych jest zamknięta.

Mogłaś być dumą swojej armii, pisano o tobie na świecie. Dlaczego we własnym kraju masz "pod górkę"?

- Na prowincji zdarza się, że mężczyzna nie chce wsiąść do samochodu, który prowadzi kobieta. Musiałam przyzwyczaić się do seksistowskich żartów kolegów, również tych, którzy mieli słabsze ode mnie wyniki. Ponieważ w armii pracowałam niemal wyłącznie wśród mężczyzn, wiele osób w moim otoczeniu uznało to za gorszące, szeptano, że pewnie jestem rozwiązła. Ale dzięki mnie kolejne kandydatki na pilotki mają już przetarty szlak. Pionierkom jest trudniej.

Od roku jesteś dyrektorką lotniska. Uczysz latania młodych pilotów, zarządzasz flotą, podlega ci wielu mężczyzn. To spore wyzwanie dla 33-latki, może trudniejsze niż prowadzenie samolotu.

- Studia i służba mnie zahartowały. Podlegli mi mężczyźni testują moją siłę charakteru, stanowczość. Staram się słuchać ich racji, są dobrymi specjalistami. Gdy potrafią mnie przekonać, ustępuję, ale kiedy mam rację - nie odpuszczam. Na wiele spraw patrzę inaczej, nie zgadzam się, by moi ludzie pili w pracy albo przychodzili na dyżur na kacu. Tu nie ma pola do dyskusji. Daję sobie radę, bo ciężko mnie zagiąć na czymś związanym z lotnictwem.

Znajdujesz czas na życie prywatne?

- Przez osiem lat miałam chłopaka. Cały czas czekał, że zrezygnuję z latania. Na moją pasję patrzył jak na dziwactwo, które szybko porzucę, by siedzieć w domu, bawić dzieci i piec mu chaczapuri (tradycyjne gruzińskie placki z serem - przyp. red.). Rozstaliśmy się. Zrozumiałam, że takie życie by mnie znudziło.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje