Reklama

Reklama

Robert Górski: Potrafię tylko rozśmieszać

"Mój wyuczony zawód to technik automatyk, ale to nic nie oznacza, ponieważ nic nie potrafię”, mówi nam lider Kabaretu Moralnego Niepokoju. Zdradza też, jak wychowuje syna, który chce iść w jego ślady.

Można twoje życie porównać do życia rockmana?

Robert Górski: - Widziałem ostatnio film "Polskie gówno", który opisuje życie zespołu muzycznego. Nasze jest identyczne. Siedzimy w samochodzie i najczęściej rozmawiamy o tym, co zjemy i gdzie zjemy. Myślę, że moglibyśmy wydać swój przewodnik po przydrożnych barach w Polsce.

Alkohol to także nieodłączny element wyjazdów?

- Alkohol także się pojawia. Trzeba uważać, bo nie brakuje okazji, aby się napić po występie. Po spektaklu jest w nas tyle adrenaliny, że nie chce się wracać do hotelu, więc idzie się w miasto.

Reklama

Macie fanki?

- Jest parę osób bardzo wiernych kabaretowi, które starają się bywać na każdym występie. Ale to już coraz rzadziej się przytrafia. Jesteśmy starsi i chyba już nie tak atrakcyjni dla dziewczyn. Zresztą kabarety nigdy nie generowały rzesz fanek. Tym się różnimy od zespołów muzycznych, że nie towarzyszą nam tabuny wiernopoddańczych wyznawców. I jest nam z tym dobrze.

À propos kobiet. Czy kabaret to praca dla nich?

- Nigdy nie będę narzekał na zawód, który wykonuję, ale prawdą jest, że bywa męczący. Zwłaszcza dla kobiet. Zrywamy się wcześnie rano, jemy śniadanie na kolanie. Dla kobiet może to być kłopotliwe. Nasza praca nie daje im możliwości bycia zawsze wypoczętą i atrakcyjną. Dlatego członkowie kabaretu mają raczej męski charakter.

Ale występuje z wami Magda Stużyńska...

- Magda jest kobietą jak należy (śmiech). Ale jest też aktorką, więc ma wpojony pewien etos pracy. Rozumie, że spóźnienia są niedopuszczalne, a nieobecność na scenie to największy grzech.

Czy Katarzyna Pakosińska nie chce wrócić?

- Nie rozmawialiśmy jeszcze o tym. Ale prawdą jest, że kabaret daje medialną popularność. Telewizja lubi pokazywać kabaret, bo jest tani w produkcji. Nie wiem, co teraz Kasia robi, być może bardzo interesujące rzeczy, ale najwyraźniej nie trafiają one do telewizji. Z drugiej strony uważam, że telewizja nie musi być najważniejszym miernikiem popularności.

A co nim jest? Występ w reklamie?

- Zgodziłem się na występ w reklamie, bo odpowiadała mi konwencja oraz produkt. Ale nie w każdej bym wystąpił i z przykrością obserwuję obecność w reklamie Piotra Fronczewskiego. Aktor, który ustawionym, teatralnym głosem podaje konkretne ceny produktów z supermarketu? To dla mnie niezrozumiałe i smutne. W moim przypadku nie ma chyba takiego zgrzytu, bo kabaret to nie jest sztuka wysoka.

Wciąż mylą cię z innymi satyrykami?

- Mylą, chociaż nie tak często jak kiedyś. Najczęściej uważają, że jestem z kabaretu Ani Mru-Mru. Czasem zwracają się do mnie "Wójcik", albo pytają mnie, gdzie jest ten chudy. Kiedyś ktoś powiedział do mnie "panie premierze". A ja nigdy nie wyprowadzam ludzi z błędu.

Syn lubi twoje żarty?

- Lubi, bardzo mu się podobają. Jego koledzy zaczynają już mnie rozpoznawać, z czego jest bardzo dumny. Zabieram go od czasu do czasu na występy, pokazuję, jak to wygląda od drugiej strony. Oczywiście jak każdemu dziecku Antkowi imponuje praca ojca. Ja chciałem być kierowcą autobusu tak jak mój tata. Cieszę się, że syn marzy o tym, żeby zostać artystą kabaretowym. Chociaż może będzie rysownikiem satyrycznym, bo ma w tym kierunku spore zdolności.

Jesteś wymagającym ojcem?

- Myślę, że tak. Ale na razie potrafimy się ze sobą świetnie dogadać. Rzadko dochodzi do jakichś zwarć. Jeśli Antek chce sobie dłużej poczytać książkę, choć ma już iść spać, nie widzę problemu, żeby to zrobił. Żyje nam się bardzo dobrze.

Słyszałem za to, że zespół trzymasz krótko.

- W sztuce z demokracją jest krucho. Dlatego wszystkie skecze piszę ja. W innych zespołach ludzie siadali razem i wymyślali skecze, ale to się raczej nie sprawdza. Zasadą sztuki jest harmonia, a w kabarecie nie da się tak zrobić, żeby każdy dorzucił swój kawałek placka. Wtedy to będzie tylko zlepek dowcipów.

Czy publiczność kiedyś was wygwizdała?

- Tak było na początku, zanim zrozumieliśmy, że to, co śmieszy studentów, nie nadaje się na występ dla publiczności nieakademickiej. Raz było o krok o wybuczenia, a w powietrzu czuło się niebezpieczne napięcie. W dodatku przyjechaliśmy jako laureaci konkursu, co bardzo rozbudziło oczekiwania ludu.

W jakim najgorszym miejscu graliście?

- To, co dla starego faceta jest upokorzeniem, dla młodego jest fajną przygodą. Dzisiaj bardzo miło wspominam występ na dwóch przyczepach traktorowych połączonych sztywnym płótnem, żebyśmy nie wpadli do środka. Ludzie podjeżdżali motorowerami i siedzieli na nich przed przyczepą. Graliśmy też na rajdzie traktorzystów. Najmniej przyjemne są chyba występy w centrum handlowym, gdzie widzisz przechodzących ludzi z torbami zakupów i nikt nie zwraca na ciebie uwagi, a zaśmieje się najwyżej człowiek jeżdżący wózkiem widłowym.

Są tematy, z których nigdy nie żartujesz?

- Ostatnio zastanawiałem się, gdzie są granice humoru, szczególnie po ataku na redakcję "Charlie Hebdo". Uważam, że francuscy satyrycy poszli za daleko ze swoimi okładkami. Gdybym był muzułmaninem, pewnie byłoby mi przykro.

A co z żartami z księży?

- Dla mojej mamy ksiądz w skeczu jest poważnym nadużyciem. Ale z drugiej strony jest to tylko człowiek. Nie rozumiem, dlaczego nie można się z niego pośmiać. Trzeba znać proporcje. Na pewno nie napisałbym skeczu o katastrofie smoleńskiej. W moim odczuciu, tutaj jest granica, której nie powinno się przekraczać.

Bywa, że nie masz ochoty rozśmieszać ludzi?

- Niezależnie od tego, w jakim jesteś humorze, musisz wyjść i przedstawić program, którego się nauczyłeś. W sumie to nic innego nie potrafię.

Oskar Maya

SHOW 12/2015

Show
Dowiedz się więcej na temat: Robert Górski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy