Reklama

Reklama

Sekrety Oscarów

Za ile można kupić Oscara? Co robią z nimi ich sławni właściciele? Kto i dlaczego złamał zasady obowiązujące podczas ceremonii ich rozdania? Co trzeba zrobić, by dostać się na uroczystą galę? Nasza wysłanniczka zbadała w Los Angeles kulisy najstarszej, najbardziej pożądanej i najbardziej kontrowersyjnej filmowej nagrody świata.


Jack Nicholson trzyma zdobyte Oscary na półce, wśród książek. Susan Sarandon, Emma Thompson i Jodie Foster postawiły swoje statuetki w łazience. Nicole Kidman wywiozła ją niedawno do rodzinnego domu w Australii, gdzie rzadko bywa. Największe zdziwienie wzbudziła jednak Juliette Binoche, gdy ujawniła, że Oscarem pozwoliła bawić się synowi, który... go obtłukł i zdarł z niego warstwę złota. Jak widać, ze słynną statuetką można zrobić prawie wszystko. Nie można jej tylko sprzedać.

Wprawdzie ponad sto oryginalnych Oscarów krąży po różnych domach aukcyjnych świata, ale w legalnej sprzedaży są jedynie te przyznane przed rokiem 1950. Od tamtej pory obowiązują restrykcyjne zasady: każdy zdobywca nagrody podpisuje specjalną umowę, która - w przypadku gdyby chciał ją spieniężyć - daje prawo pierwokupu Amerykańskiej Akademii Filmowej. I to za z góry określoną kwotę jednego dolara - niezależnie od tego, że koszt wyprodukowania 34-centymetrowego posążka z brązu, pokrytego cienką warstwą złota, szacowany jest na ponad pięćset dolarów. Jeszcze nikt nie skorzystał z tej oferty.

Reklama

Najwyraźniej jednak nie wszyscy podporządkowali się obowiązującym w umowie zasadom, bo na licytacjach pojawiają się nielegalnie Oscary. Słynne domy aukcyjne, takie jak Christie’s czy Sotheby’s, nie przyjmują nieudokumentowanych statuetek. Mniej renomowanym firmom to się zdarza.

Wszystko na sprzedaż

Ceny "anonimowych" Oscarów rzadko przebijają pułap stu tysięcy dolarów. Podczas gdy te z udokumentowaną historią sprzedawane są nawet za milion. Dotychczasowy rekord należy do Michaela Jacksona, który za Oscara Vivien Leigh (za rolę w "Przeminęło z wiatrem") zapłacił półtora miliona dolarów.

Amerykańska Akademia Filmowa uzasadnia zakaz handlu słynnymi statuetkami tym, że "Oscary nie powinny kojarzyć się z zarabianiem pieniędzy". Może było tak przed ponad pół wiekiem, gdy ceremonie transmitowało radio. Dziś jednak nikt nie ma wątpliwości, że Oscary i gala ich wręczenia to biznes, w którym w roli głównej występują już nie tylko filmy i ich twórcy, ale również interesy korporacji hollywoodzkich, koncernów medialnych, a coraz częściej również projektantów mody.

Nikogo nie dziwiło, gdy rok temu, po rozdaniu Oscarów, na pierwszych stronach amerykańskich gazet pojawiły się głównie zdjęcia Angeliny Jolie, choć wystąpiła tam jedynie w roli prezenterki (w roku 2012 nie miała nominacji). W programach telewizyjnych przez wiele tygodni po gali wielcy wygrani i przegrani Oscarów byli tłem dla niekończących się dyskusji o... głębokim rozcięciu w aksamitnej sukni Jolie (sięgało pachwiny, a Angelina robiła wszystko, by jak najbardziej je eksponować).

Za każdym razem oczywiście pojawiała się informacja, że kontrowersyjna suknia pochodzi z kolekcji haute couture Versace. I o to właśnie chodziło. Oscarowe kreacje wielkich gwiazd przestały być, jak przed laty, tylko wyrazem ich prywatnego gustu. Dziś to już cały biznes, rządzący się skomplikowanymi prawami i nastawiony na ogromne zyski. Praca nad znalezieniem kreacji zaczyna się kilka miesięcy przed datą ceremonii, a o aktorki z najwyższej półki najlepsi projektanci świata zabiegają osobiście, proponując luksusowe, a coraz częściej również śmiałe i ekstrawaganckie ubiory.

Suknia w roli głównej

W grę wchodzą jedynie unikatowe egzemplarze, sygnowane nazwiskiem największych kreatorów mody, szyte na miarę dla konkretnej aktorki. W cenie jest oryginalność, więc styliści w sztabach gwiazd nieoficjalnymi kanałami starają się zdobyć informacje, w czym zamierza pokazać się konkurencja. Przecieki się zdarzają, choć nie jest o nie łatwo, bo są to mocno strzeżone tajemnice.

Jeszcze niedawno standardem było wypożyczanie gwiazdom sukni o wartości nawet dobrej klasy samochodu. Dziś coraz częściej wielcy projektanci ofiarowują aktorkom unikatowe kreacje. Jeśli sukienka zostaje zauważona, inwestycja zwraca się wielokrotnie - trudno sobie wyobrazić lepszą reklamę niż niekończące się relacje z gali w kolorowych magazynach całego świata.

Na haute couture mogą liczyć jednak tylko aktorki nominowane do Oscarów i te, które w danym roku są prezenterkami. Pozostałe muszą się zadowolić wypożyczanymi modelami z mniej ekskluzywnych kolekcji. I choć honoraria w Hollywood to dziś miliony dolarów, aktorki rzadko przychodzą na galę w czymś, co kupiły sobie same.

Nie zawsze tak było.

Susan Sarandon wspominała niedawno, że gdy została po raz pierwszy nominowana do Oscara w 1980 roku, nikt nie zaproponował jej kreacji: "Honoraria były wtedy takie, że ledwo mogłam sobie pozwolić na porządną sukienkę. Luksusowym dodatkiem do niej było futro, które załatwiła mi na kilka godzin zaprzyjaźniona kostiumolog. Musiałam je jednak zwrócić jeszcze tej samej nocy!". Najzabawniejsze było jednak to, że spóźnionej o kilka minut na uroczystość Sarandon nie pozwolono zająć przypisanego jej miejsca.

Dziś to nie do pomyślenia. Telewizja zrobiłaby z jej spóźnienia "wielkie wejście", a projektanci konkurowaliby między sobą o to, by włożyła coś z ich metką. Komentarze na temat wyglądu gwiazd podczas uroczystości stały się ostatnio tak drobiazgowe, że większość aktorek ma już na tym punkcie obsesję i korzysta z coraz to nowych usług.

Ostatnio w cenie są np. specjaliści od natychmiastowej opalenizny w spreju czy wydłużania rzęs. Ich gaże, podobnie jak honoraria makijażystów i fryzjerów z tzw. listy A, dochodzą do kilku tysięcy dolarów (plus zwyczajowy w USA napiwek).

Nieobliczalni

Oscarowe widowisko przyciąga przed telewizory kilkadziesiąt milionów widzów. Do 2020 roku prawo do transmitowania ceremonii ma na wyłączność amerykańska telewizja ABC.

Pomimo tego, że z roku na rok cały spektakl jest coraz bardziej reżyserowany, a od czasu gdy Michael Moore rzucił z mównicy zdanie: "Wstyd mi za pana, panie Bush" również transmitowany z 5-sekundowym opóźnieniem (pozwala to na szybką cenzurę kontrowersyjnych wypowiedzi), podczas gali wciąż zdarzają się niespodzianki.

Do słynnych prowokacji zalicza się wypowiedź Seana Peana, który odbierając nagrodę dla najlepszego aktora w "Rzece tajemnic" powiedział: "Oczywiste jest, że nie istnieje coś takiego jak najlepszy aktor. Podobnie jak nie istniała nigdy broń masowego rażenia w Iraku".

Do historii przeszła też Melissa Leo, która po zdobyciu statuetki za drugoplanową rolę kobiecą w filmie "Fighter" zaklęła, co w pruderyjnej Ameryce uznano za karygodną wpadkę. Za to publiczność przyjęła z entuzjazmem wyczyn 73-letniego Jacka Palance’a, który odbierając Oscara za drugoplanową rolę męską w "Sułtanach westernu", zaskoczył wszystkich, wykonując na scenie kilka pompek na jednej ręce.


Przebił go chyba tylko Roberto Benigni, który po odbiór nagrody biegł po oparciach krzeseł, nie zwracając uwagi na skonsternowanych widzów w eleganckich wieczorowych kreacjach, którym niemal deptał po głowach. Gdy dobiegł do mównicy, wprawił wszystkich w jeszcze większe osłupienie, deklarując łamaną angielszczyzną, że "chciałby być Jupiterem, porwać wszystkich obecnych do nieba i tam się z nimi kochać".

Do historii Oscarowych wpadek zalicza się też wystąpienie Julii Roberts, która odbierając w 2001 r. statuetkę za rolę Erin Brockovich tak bardzo się rozegzaltowała, że zaczęła nerwowo chichotać i wymieniać w nieskończoność kolejne nazwiska ludzi, którym dziękowała za swój sukces. Lista chaotycznie przywoływanych postaci zdawała się nie mieć końca, a aktorka wciąż dorzucała kolejne. Teraz każda nominowana osoba ma obowiązek zapoznać się przed uroczystością ze specjalnym nagraniem, w którym Tom Hanks instruuje, jak powinno wyglądać "godne i właściwe" wystąpienie laureata.

Instrukcja laureata

Zgodnie z poglądowym filmem, przemówienie laureata nie powinno być dłuższe niż osiem minut, z czego jedynie 45 sekund mają zająć podziękowania. Etykieta na pewno nie dopuszcza też zachowań w stylu Adriena Brody’ego, który odbierając Oscara zaczął namiętnie całować skonsternowaną Halle Barry. Większość widzów jest jednak wdzięczna wszystkim laureatom, którzy łamią reguły i sprawiają, że całe widowisko chociaż czasami odbiega od rutyny.

Oryginalny sposób na Oscary przez lata miał też Woody Allen (nominowany do nagrody ponad 20 razy, czterokrotny laureat). Przez lata nie pojawiał się na ceremonii w ogóle, tłumacząc, że ma ważniejsze sprawy. Ktoś wyśledził raz, że tego samego wieczoru koncertował ze swoją jazzową orkiestrą w klubie. Gdy jednak w 2002 roku dotarł w końcu na uroczystość, rozbawił publiczność stwierdzeniem: "To, że tu stoję, wynagradza mi rewizję osobistą, jaką przeszedłem wchodząc na tę salę". Była to aluzja do tego, że w związku z zaostrzonymi rygorami bezpieczeństwa od kilku lat nawet znani goście zostają poddani dyskretnej kontroli.

Witaj, Batmanie!

Każda osoba, która chce przejść po najsłynniejszym czerwonym dywanie świata (długość: 152 m, szerokość: 9 m), wykładanym na kilka dni przed ceremonią przed wejściem do Dolby Theatre (dawniej Kodak Theatre - tradycyjne miejsce gali), musi mieć przepustkę lub akredytację.

Kim jest dwóch facetów, którzy znają tajemnicę tegorocznych zwycięzców Oscarów? Czytaj na następnej stronie.

Dolby Theatre jest częścią kompleksu handlowego Hollywood&Highland, ale w dniu ceremonii nie widać witryn luksusowych butików, bo zasłaniają je olbrzymie, czerwone kotary. Po częściowo zamkniętej Hollywood Boulevard, ulicy, przy której znajduje się Dolby Theatre, spacerują turyści w towarzystwie sobowtórów Marilyn Monroe, Batmana, Supermana czy Chaplina.

Jest jeszcze inna grupa - statyści z przyczepionymi do ubrań nazwiskami gwiazd: Nicole Kidman, George Clooney, Jennifer Lopez, Colin Firth... Przyjmują gwiazdorskie pozy, przechadzają się po czerwonym dywanie pokrytym jeszcze grubą folią. To próba dla fotoreporterów i operatorów, w ten sposób sprawdza się sprzęt i ustawienie świateł, zanim na dywan wkroczą prawdziwe sławy.

Przywilej robienia zdjęć gwiazdom na czerwonym dywanie mają tylko wybrani - dziennikarze i fotoreporterzy obowiązkowo w smokingach, dziennikarki w wieczorowych sukniach (galowy strój obowiązuje też pracowników technicznych w ekipach telewizyjnych). Kilka godzin przed początkiem ceremonii całe to eleganckie towarzystwo zajada hamburgery w okolicznych fast foodach, bo potem już na nic nie ma czasu.


Do ostatniej chwili na rusztowaniach przykrytych czarnymi plandekami uwijają się specjaliści od scenografii, oświetlenia i nagłośnienia. Ktoś usuwa przeciek z przezroczystego dachu, ktoś zamalowuje pędzlem rysy na dekoracji albo poprawia ustawienie wielkich plastikowych rzeźb w kształcie Oscarów.

Tylko dla fanów

Wejścia do Dolby Theatre broni tłum ochroniarzy i zasieki z metalowych barierek. Dla zwykłych fanów jedyną szansą, by zobaczyć swoich idoli, jest miejsce na trybunie przy czerwonym dywanie. Co roku zasiada na niej siedemset osób. Żeby zdobyć wejściówkę, trzeba wziąć udział w specjalnym losowaniu.


W połowie września na stronie www.oscars.org pojawia się formularz zgłoszeniowy Amerykańskiej Akademii Filmowej. Po wypełnieniu go trzeba czekać do listopada i liczyć na cud. O 350 podwójnych zaproszeń co rok ubiega się ponad 20 tysięcy osób. Ci, którym dopisze szczęście, mogą popatrzeć z bliska na największe gwiazdy kina, a nawet zrobić im zdjęcia. Entuzjazm, z jakim reagują "szczęśliwi wybrańcy", bywa niewiarygodny: wiwatują na stojąco, machają rękami i niestrudzenie wykrzykują pozdrowienia do swoich ulubieńców na długo zanim pojawią się oni na horyzoncie.

Niezależnie jednak od spontanicznych reakcji cały ten sektor przechodzi obowiązkowe szkolenie z okrzyków i aplauzu. Organizatorzy imprezy zawsze rezerwują też kilka miejsc dla słynnych fanów. Najstarszą żyjącą wielbicielką oscarowej gali jest urodzona w 1924 roku Sara Golden, której rodzice pochodzili z Polski. Przyjeżdża na ceremonię nieprzerwanie od 1986 roku. Od kiedy została honorowym gościem Akademii Filmowej, co rok ma zarezerwowane miejsce na trybunie przy czerwonym dywanie.

Tajne przez poufne

Kto tym razem dostanie Oscara? Spekulacje niezmiennie rozpalają wyobraźnię milionów ludzi na całym świecie. Bukmacherzy zachęcają do zakładów, a w internecie pojawiają się kolejne, często sprzeczne przecieki. "Raczej plotki niż przecieki - tłumaczą Brad Oltmanns i Rick Rosas, księgowi z firmy Pricewaterhouse Coopers, która od niemal osiemdziesięciu lat przelicza wyniki głosowania na zlecenie Amerykańskiej Akademii Filmowej. - Żaden przeciek nie jest możliwy, bo do chwili oficjalnego ogłoszenia werdyktu jury tylko my dwaj go znamy. A jesteśmy bardzo dobrzy w dochowywaniu tajemnicy".

Co roku Brad i Rick pojawiają się na scenie z czarną teczką, w której ukryte są koperty z nazwiskami zwycięzców, i na oczach widzów wręczają je prezenterom. Żaden haker nie ma szans na ich przechwycenie, bo głosy członków Amerykańskiej Akademii Filmowej zliczają ręcznie w tajnym miejscu. Wyniki umieszczają potem w sejfie, do którego tylko oni dwaj mają dostęp.

Po czterogodzinnej gali, gdy werdykt jury przestaje już być tajemnicą, półtora tysiąca wybrańców w towarzystwie nominowanych i laureatów udaje się na słynny Bal Gubernatora (oficjalne oscarowe after party). Przyjęcie obsługuje tysiąc osób, a jego specjalnością od lat są słone ciasteczka udekorowane łososiem uformowanym w kształcie Oscara i małe statuetki z czekolady, przyprószone złotą posypką (każdy z gości dostaje takie cudo do domu).

"Resztę menu wymyślam sam niemal w ostatniej chwili - mówi Wolfgang Puck, szef kuchni, który w Hollywood ma już status gwiazdy. Od dziewiętnastu lat przygotowuje potrawy na Bal Gubernatora i za każdym razem jest chwalony za pomysłowość i oryginalność. Niektóre dania z menu składającego się z około 50 pozycji trzymane są w tajemnicy do samego rozpoczęcia przyjęcia. Większość z nich to małe przekąski, bo w dniu ceremonii aktorzy nie jedzą zazwyczaj nic aż do nocy.

W ostatnich latach impreza doczekała się też oficjalnego trunku. To dekorowany płatkiem róży The Moët Red Carpet Glamour, koktajl z szampana, likieru, soku z limonki i cytryny, autorstwa 28-letniego Adama Segera, barmana z Chicago.

Oczywiście, Bal Gubernatora to niejedyna impreza, na której świętuje się rozdanie Oscarów. Są ich setki: w ekskluzywnych restauracjach i klubach nocnych podaje się drinki inspirowane filmami i przekąski w kształcie statuetek. W sklepach nie brakuje też plastikowych replik Oscarów (średnia cena to 20 dolarów).

Przez tę jedną noc w Los Angeles naprawdę wszędzie dyskutuje się wyłącznie o kreacjach gwiazd, trafności werdyktów i wielkich przegranych. Jedni krytykują jurorów, inni zastanawiają się, kogo z laureatów dotknie tym razem "klątwa Oscara". Pojęcie narodziło się w 2010 roku, gdy kilka dni po otrzymaniu nagrody rozpadło się małżeństwo Sandry Bullock (na jaw wyszły zdrady jej ówczesnego męża, Jesse Jamesa, a zdjęcia Bullock z Oscarem w ręku i niewiernym małżonkiem u boku długo ilustrowały w brukowcach teksty o rozpadzie ich związku).

Ktoś przypomniał wtedy, że niedługo po zdobyciu wymarzonej statuetki rozpadło się też małżeństwo Halle Berry, Reese Witherspoon, Julii Roberts, Kim Basinger, Hilary Swank i Kate Winslet. Jednak niezależnie od wszelkich przesądów, zarzutów o komercyjność i koteryjne gusty jurorów Oscar od prawie 90 lat jest wciąż najbardziej wymarzonym trofeum wszystkich ludzi kina. I nic nie wskazuje na to, by miało to ulec zmianie.

A co przyniesie nam tegoroczna gala? Przekonamy się już 24 lutego.

Lidia Krawczuk, USA

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy