Reklama

Reklama

Tak miało być

Rozmowa z Ewą Bilan Stoch i Kamilem Stochem

Życie mistrza nie jest łatwe: niekończące się treningi, zawody, stres. Życie z mistrzem też nie bywa proste, i to z tych samych powodów. Ewa i Kamil przekonali się o tym jeszcze przed ślubem. Dlatego teraz, jako mąż i żona, najbardziej sobie cenią wspólnie spędzony czas.

Ewa

Poznaliśmy się podczas zawodów Pucharu Świata w Planicy w 2006 roku, gdzie pracowałam jako początkujący fotograf. Był nieśmiały, nie patrzył mi w oczy, spuszczał wzrok i... to mnie kompletnie zauroczyło. Spodobał mi się. Intuicyjnie poczułam, że to bardzo dobry, wrażliwy człowiek. Okazało się, że on, wtedy już członek naszej kadry skoczków, był moim kolegą ze Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem. Stamtąd go jednak nie pamiętałam. Pewnie mijaliśmy się na korytarzach, ale ja byłam o dwie klasy wyżej i trenowaliśmy kompletnie inne dziedziny: on narciarstwo, ja dżudo.

Reklama

W Planicy wymieniliśmy się tylko telefonami, jednak szybko zaczęliśmy się spotykać. Nie było to łatwe - ja studiowałam pedagogikę w Krakowie, on wciąż mieszkał w Zakopanem, bo tam trenował i przygotowywał się do matury. Pewnego razu, gdy wpadłam do domu na weekend, Kamil zabrał mnie do Zębu, i tak poznałam rodzinę Stochów. Okazało się, że byłam pierwszą dziewczyną, którą przyprowadził do rodziców. Wtedy właśnie zrozumiałam, że traktuje naszą znajomość bardzo poważnie. Kiedy się poznaliśmy, skończyłam 21 lat, on miał 19. Właściwie razem dojrzewaliśmy i byliśmy dla siebie jak lustra. 

Kamil oświadczył mi się po trzech latach, a rok później staliśmy przed ołtarzem. Wszystko było tak, jak sobie wymarzyłam: piękny góralski kościółek na Bachledówce, rodzina, znajomi, bliscy, a sakramentu udzielił nam zaprzyjaźniony misjonarz. Przyznaję: jestem szczęściarą, bo los dał mi Kamila - cudownego, ciepłego człowieka, ale codzienność nie jest bajką i nad każdą relacją trzeba ciężko pracować.

Właściwie już na początku zorientowałam się, na czym polega związek ze sportowcem - nieustanne treningi, wyjazdy na zawody, stres, fizyczne i psychiczne zmęczenie, przeciążenie. Kamil potrzebuje potem wyciszenia, odpoczynku. Nauczyłam się nie wchodzić w takich chwilach mężowi w drogę, pozostawiać mu przestrzeń. Jestem samotnicą, nigdy się nie nudzę, umiem wypełnić sobie czas, więc dla mnie to nie jest takie trudne. Oczywiście zdarza się, że tęsknię, szczególnie pod koniec długiego zimowego sezonu, ale cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie.

Gdy on jest na zawodach, rozmawiamy rano i wieczorem. Jedyne miejsce, w które nie zabiera telefonu komórkowego, to skocznia. Czy skoki mnie przerażają? Jestem sportowcem, lubię adrenalinę, jeszcze w szkole bywałam wiele razy na Wielkiej Krokwi, patrzyłam w dół i nie było to dla mnie straszne. Dopiero kilka lat temu, podczas kolejnych zawodów Kamila w Planicy, wyjechałam z koleżanką pod próg skoczni mamuciej i... zamarłam. Tego dnia głównie milczałam. Musiałam się jednak przyzwyczaić. Teraz denerwuję się tylko w trakcie konkursów na granicy ryzyka, kiedy organizatorzy nie odwołują skoków mimo wiatru i fatalnych warunków atmosferycznych, tak jak to miało miejsce pod koniec ubiegłego sezonu w Harrachovie. Wtedy stałam pod skocznią i modliłam się, żeby wszyscy chłopcy bezpiecznie wylądowali.

Wiem, że Kamil jest skoncentrowany na tym, co robi. Doskonale zna swoją psychikę, ciało, panuje nad emocjami. Ale to typowy Bliźniak: w sporcie uparty, w domu zdarza mu się pewne rzeczy odpuścić, na treningach zorganizowany, z normalnym życiem radzi sobie słabiej. Bywa zapominalski - powtarzam jedną prośbę trzy razy, jeśli wciąż nie pamięta, proszę go, żeby zapisał. Gwoździe w domu przybijam zwykle ja, pewnie zrobiłby to bez problemu, ale ja w takich sprawach jestem po prostu znacznie szybsza. Kamil nie gotuje, ale chętnie zmywa naczynia, nie odkurza, za to woli prasować, nie myje łazienki, ale w kuchni jest pedantem. Ja, przyznaję, tych zajęć domowych za bardzo nie lubię, więc doskonale nawzajem się uzupełniamy. 

Jest bardzo troskliwy i opiekuńczy. Gdy wyjeżdża, dba, żebym wcześniej miała zatankowany samochód i aktualne badanie techniczne, a w lodówce znalazła moje ukochane ciastka z kremem: ptysia albo torcik orzechowy. Potrafi mnie też pochwalić, dowartościować, zachwycić się moją nową sukienką. Kolegom z kadry doradza komplementowanie swoich partnerek i żon, mówi im, że kobiety tego potrzebują, że dzięki temu czują się docenione... Kiedyś po randce mogłam go przez telefon pytać, jak byłam na niej ubrana, ale nie potrafił odpowiedzieć, dziś takie rzeczy zauważa. Mamy teraz dobrą sytuację materialną, jednak umówiliśmy się z Kamilem, że jeśli jedno z nas zacznie się dziwnie zachowywać - uderzy mu woda sodowa do głowy czy będzie zbyt rozrzutne - to drugie bierze patelnię do ręki i po góralsku "bez łeb".

Odczuwamy oczywiście popularność Kamila, ale staramy się żyć normalnie. Mieszkamy na Podhalu, tu traktują nas jak swoich, tylko w sezonie turystycznym bywa trudniej, kiedy ludzie chcą z nim robić sobie zdjęcia, jednak to nam nie przeszkadza chodzić na targ pod Gubałówkę albo do kina. Dla mnie najważniejszy jest czas spędzany razem, wspólny spacer po lesie czy wycieczka w góry. Cenię to bardziej niż podróż do Paryża, chociaż tam akurat jeszcze nie byłam. 

-------

Ewa Bilan Stoch - ukończyła pedagogikę na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, absolwentka Krakowskiej Szkoły Artystycznej z dyplomem artysty fotografa. Założyła firmę Evenement Team reprezentującą męża oraz kilku innych sportowców. Ma 29 lat.

Kamil

Ewa wyróżniała się w szkole urodą: piękna, filigranowa blondynka o zielonych oczach. Wspaniale się poruszała - wdzięcznie, kobieco, to sprawiało, że wszyscy chłopcy zwracali na nią uwagę i ja też, ale... wydawała się poza moim zasięgiem. Kiedy ją spotkałem w Planicy, miałem nie najlepszy sezon, a tamten konkurs kończyłem bez klasyfikacji. Wtedy medale zdobywał Adam Małysz, jednak już rozglądano się za jego następcą. Zaczęliśmy z Ewą rozmawiać, potem poszliśmy na spacer. Była bardzo bezpośrednia, naturalna. Po spotkaniu z nią poczułem się lepiej, a gdy wróciłem do Zakopanego, często o niej myślałem, zastanawiałem się, jak się z nią umówić, i nagle sama zadzwoniła. Poprosiła o wywiad ze mną, tłumaczyła, że to jedno z jej zadań na zajęcia. Do dziś nie znam prawdy, ale chciałbym usłyszeć, że to był tylko pretekst, żeby mnie zobaczyć.

Siedzieliśmy w knajpce, piliśmy herbatę za herbatą. Nie pamiętam nawet, ile to trwało, wiem tylko, że zapłaciłem największy w życiu rachunek za parkowanie. Nasze spotkanie to nie zbieg okoliczności, myślę, że tak miało być. Wtedy w kawiarni pierwszy raz poczułem bliskość, która wciąż nam towarzyszy. Jesteśmy już ze sobą ponad osiem lat i wiele przeżyliśmy, także trudniejsze chwile. Na studiach wynajmowaliśmy mieszkanie w podkrakowskich Proszowicach. Musiałem łączyć treningi z nauką, często zdarzało mi się o świcie jechać do Zakopanego, potem wracałem na uczelnię i wiedziałem, że jak się coś zdarzy, to mogę na Ewę liczyć, bo ona zawsze przyjedzie i pomoże.

Przy niej czuję się pewnie, łatwiej mi się trenuje, kiedy wiem, że czeka na mnie w domu. Ona dobrze mnie rozumie, daje mi poczucie bezpieczeństwa. Gdy jestem daleko, mogę do niej zadzwonić i się wyżalić. Nawet przez telefon potrafi wszystko trafnie skomentować i tak dobrać słowa, żebym poczuł się lepiej. Kilka razy mnie zaskoczyła i zrobiła mi niespodziankę: przyjechała bez uprzedzenia na zawody. Na igrzyskach olimpijskich w Soczi poszedłem do budynku Polskiej Misji Olimpijskiej wyjąć swoje pranie, a tam poproszono mnie do biura. Zobaczyłem wielkie aluminiowe opakowanie - skrzynię na głośniki, i już się domyśliłem, że w środku jest Ewa. To była niespodzianka, wszyscy śmiali się do łez. Byłem bardzo szczęśliwy, zwłaszcza że wcześniej źle się czułem, okropnie bolała mnie głowa. To dzięki niej zdobyłem medal. Nie zdradziła się z niczym, a przecież musiała dużo wcześniej załatwić wizę i bilety. Na igrzyskach są takie przepisy, że możemy się widzieć tylko przez chwilę, ale sama świadomość, że ona jest blisko, była dla mnie ważna.

Ewa, jak wiele żon sportowców, mogłaby nie pracować zawodowo, ale ona jest zbyt ambitna. Dlatego zawsze pomagała mi w negocjacjach kontraktów, umów sponsorskich - szybko okazało się, że jej to dobrze wychodzi. Wkrótce zrobiła uprawnienia menedżerskie i teraz prowadzi już pięciu chłopaków z kadry.

Ewa jest skrupulatna, błyskawicznie analizuje i umie znaleźć rozwiązanie w trudnych sytuacjach. W podróż poślubną udało się nam wyjechać... dwa lata po ślubie. Wybraliśmy Afrykę. Najpierw w Tanzanii odwiedziliśmy misjonarzy, potem mieliśmy spędzić tydzień na Zanzibarze. Kiedy dopłynęliśmy tam promem, okazało się, że nasz hotel jest po drugiej stronie wyspy i trzeba zorganizować transport. Wpadłem w popłoch. "Co teraz zrobimy?", powtarzałem przerażony, bo nie wyobrażałem sobie, jak w tłumie naganiaczy znaleźć tych, którzy nas zawiozą w odpowiednie miejsce. Ewa załatwiła wszystko błyskawicznie, dogadała się z tubylcami, ustaliła dobrą cenę. W domu też radzi sobie świetnie, oczywiście kiedy jestem, staram się jej pomagać. Przewrotny los sprawia, że niemiłe przygody dzieją się wtedy, gdy mnie nie ma - burza śnieżna albo pęknięta opona w samochodzie.

Na szczęście Ewa ma wspaniałego brata. Adam jest na miejscu i chętnie ją wspiera. Jest towarzyska, czasem wychodzi wieczorami ze swoimi przyjaciółkami. Czy bywam o nią zazdrosny? Tak, ale sobie ufamy, więc to raczej tylko lekkie piknięcie serca, gdy na jakiejś imprezie interesuje się nią za dużo mężczyzn. Umie świetnie zadbać o siebie, włożyć ładną sukienkę, umalować się, uczesać. Lubię się z nią pokazywać. To żona kupuje mi ubrania, ja kompletnie nie zwracam na to uwagi - gdyby nie ona, chodziłbym w jednych spodniach przez dwa lata. W sezonie zawody trwają od czwartku do niedzieli, więc wracam nocą i do środy jestem w domu.

Ewa świetnie gotuje, przyrządza zupy warzywne. Nauczyła mnie też jeść buraczki, których nie znosiłem. Wolę jednak pójść z nią do restauracji, posiedzieć i porozmawiać, bo mamy mało czasu i nie chcę, żeby go traciła, stojąc w kuchni. Usta nam się wtedy nie zamykają i musimy sobie wszystko opowiedzieć. Jakiś czas temu dostaliśmy od rodziców działkę w Zębie, budujemy tam dom z widokiem na Tatry. Ja się tym zajmuję, ale wszystko z nią uzgadniam, pokazuję plany, radzę się. Chcemy, żeby był duży ogród, bo oboje lubimy przyrodę, ciszę i spokój. Podziwiam ją też za pasję fotograficzną. Staram się ją dopingować, bo wierzę w jej talent.

Cieszyłem się, gdy jeszcze w Krakowie zdecydowała się na szkołę fotografii artystycznej. Wiele się tam nauczyła, poprawiła technikę, zdobyła doświadczenie. Ewa robi świetne portrety, ciekawie sfotografowała moich kolegów skoczków, a na wspólnych zgrupowaniach - ich żony i dzieci. Podczas wycieczek wiecznie gdzieś biega z aparatem, ale najbardziej fascynuje ją reportaż. Od kilku lat jeździ na Słowację i dokumentuje życie cygańskich rodzin. Zaprzyjaźniła się z dwiema i robi im sesje w ich domach w blokowisku. Nie ma tam już śladu po romantycznych taborach, ale na tych zdjęciach widać uczucia - a to jest najpiękniejsze. Tak, Ewa jest mistrzynią pokazywania emocji. 

------

Kamil Stoch - skoczek narciarski, absolwent Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie, dwukrotny mistrz olimpijski z 2014 roku, zdobywca Kryształowej Kuli w sezonie 2013/2014. Ma 27 lat. 

Monika Głuska-Bagan

PANI 10/2014

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje