Reklama

Reklama

Moda na cztery ręce

Mówią o nich: polscy Dolce i Gabbana. I choć sami nie lubią tego porównania, nie mogą narzekać. Są najzdolniejszym duetem projektantów w Polsce. Marcin Paprocki i Mariusz Brzozowski w ekskluzywnym wywiadzie opowiadają, jak powstaje moda i czy często trzaska się przy tym drzwiami.

Karolina Siudeja, Styl.pl: 11 października miała premierę wasza najnowsza kolekcja wiosna-lato 2012. Co w niej pokazaliście?

Marcin Paprocki: Cały czas rozwijamy swoje ulubione patenty. Znów w większości są to sukienki - to co lubimy najbardziej.

Mariusz Brzozowski: Nowa kolekcja jest, jak jeszcze nigdy dotąd, bardzo kolorowa. Zwykle oscylujemy wokół czerni, szarości, bieli i najwyżej jednego koloru, który jest motywem przewodnim. Tym razem w kolekcji dominuje ostra limonka, pomarańcz, róż. Jest też trochę beżu.

M. P.: Są to sukienki na dzień, w odróżnieniu od naszej poprzedniej kolekcji, która była bardzo wieczorowa. Teraz zastosowaliśmy dużo bawełny, batystów, dżersejów. Jest też koronka bawełniana i jedwabna.

Reklama

I dużo wzorów.

M. B: Wybraliśmy abstrakcyjne kwiaty przypominające motyle, które przysiadły na sylwetce. Bardzo malarskie…

Jesteście na rynku już 11 lat. Co jest charakterystycznego w waszej modzie?

M. B.: Zależy nam, aby kobieta w naszej sukience czuła się wyjątkowo. To, co projektujemy nie może być banalne, ani przewidywalne. Kobieta w naszych ubraniach nie ma być tylko wieszakiem, chcemy pokazać też jej osobowość.

M. P: Podchodzimy do mody jak do kolejnej dziedziny sztuki, z tym tylko, że kładziemy nacisk na to, aby była to sztuka użytkowa. Żeby to, co tworzymy, nie lądowało w muzeum, ale aby każda kobieta mogła z tego korzystać.

Czyli nie haute couture, a raczej pret-a-porter.

M. B.: Tak. Choć dziś zatarła się między nimi granica. Wiele gwiazd nosi stroje na tyle odważne, wręcz szokujące, że spokojnie można by je do haute couture zaklasyfikować.

M. P.: Nasze projekty tak naprawdę mają bardzo wiele cech tego wysokiego krawiectwa, jakim jest haute couture. Oczywiście w Polsce nie można używać francuskiej nazwy, jednak to, co jest wyznacznikiem haute couture - ręczne wykończenia, szczegółowe dopieszczanie detali, szycie pojedynczych sztuk kreacji - to wszystko stosujemy.

- Nawet jeśli zrobimy trzy podobne sukienki, one zawsze będą różnić się od siebie jakimś detalem. A to długością, a to szerokością rękawa, a to jakimś obszyciem - raz lamówką a raz surowym szwem. Mamy już takie zboczenie, żeby się broń Boże nie powtarzać.

Kim się inspirujecie?

M. P : To nie jest jedna osoba, której zdjęcie trzymamy na biurku i ona nas inspiruje. Tych osób jest wiele i w zasadzie do każdej kolekcji szukamy inspiracji gdzie indziej. Zwykle są to jednak kobiety.

M. B.: Muzą naszej pierwszej kolekcji była Maria Callas.

A inni projektanci? Macie swoich mistrzów?

M. P.: Inspiracje innymi projektantami są naturalne. Wiadomo, że zainteresowanie modą zaczynało się od podglądania innych. U mnie akurat te sympatie nie zmieniają się od lat. Bardzo podoba mi się to, co robi Richardo Tischi w Givenchy i Nicolas Ghesquiere u Balenciagi.

M. B.: Zgadzam się z Marcinem. Cóż… Skoro pracujemy razem, to widać mamy bardzo podobne gusta. Tisci i Ghesquiere są bardzo artystyczni i bardzo twórczy. W każdym sezonie zaskakują. Ja bardzo lubię również Jil Sander i Calvina Klein'a, czyli taką totalną prostotę i oszczędność w formie.

W najnowszej kolekcji znów nie pokusiliście się o nic dla mężczyzn..

M. P.: Wiele osób nam to sugeruje. Pytają, kiedy zrobimy coś dla facetów. Raz owszem zaeksperymentowaliśmy z kolekcją męską. Znalazła swoich odbiorów, podobała się. My jednak zdecydowanie wolimy tworzyć dla kobiet, niż dla mężczyzn.

Gdzie ubierają się Paprocki i Brzozowski oraz co sądzą o modelkach size plus - czytaj na następnej stronie.

Dlaczego?

M. B.: Po pierwsze - tu przyznaje się bez bicia - męski temat jest trudniejszy niż damski, ponieważ mężczyzna nie oczekuje od mody wiele. Jemu wystarczają spodnie, marynarka i koszula. I dla mnie to jest bardzo ograniczające.

M. P.: A ja się nie zgadzam z Marcinem. Właśnie to jest zbyt proste. Niewiele się w modzie męskiej dzieje, tam rządzi basic i elegancja - niewiele można zrobić, żeby nie przekombinować.

Uważajcie, jeszcze się Robert Kupisz albo Marcin Podsiadło obrażą...

M. B.: W żaden sposób nie chcemy obrażać naszych kolegów po fachu. Każdy znajduje dla siebie przestrzeń, poświęca się temu, co go pasjonuje najbardziej. My uwielbiamy ten wachlarz możliwości, jaki daje moda kobieca i tu się realizujemy.

M. P.: To może też wynikać z tego, że sami jako faceci nie skupiamy się za bardzo na ubraniach. Ja nie cierpię wybierać dla siebie ubrań, nie lubię robić zakupów.

Serio? A właśnie miałam pytać, gdzie ubierają się Paprocki i Brzozowski? W second handach czy markowych butikach?

M. B.: Z tym bywa bardzo różnie. Łączymy ciuchy z sieciówek z tymi markowymi z najwyższej półki. Zdecydowanie jednak wolimy robić zakupy za granicą.

M. P.: To wynika głównie z tego, że tam mamy trochę więcej czasu dla siebie. Wtedy zakupy są rodzajem rozrywki. Na co dzień raczej od tego stronimy.

M. B.: To prawda, na zakupy trzeba mieć czas, a nam go często brakuje. Ja też nienawidzę grzebać między wieszakami. Jak już jestem w sklepie i coś mi się podoba to po prostu biorę i to kupuję. Nawet nie przymierzam. Jestem w miarę proporcjonalny i dobrze znam swoje wymiary, więc kupuję na oko.

M. P.: Ja zdecydowanie wolę komuś doradzać. Patrzeć, jak ubranie zmienia sylwetkę, kształtuje wizerunek. Na sobie nie cierpię tego.

Nigdy was nie kusiło, aby zaprojektować coś dla siebie?

M. P.: Wiele jest takich rzeczy, które siebie zwężam, skracam, wydłużam, żeby lepiej dopasować do swojej sylwetki.

M. B.: Ja nie mam nic naszego. No, może kilka T-shirtów.

A jeśli macie jakieś wielkie wyjście i nic wam się w sklepach nie podoba, to nie wolicie zaprojektować coś samemu?

M. P. : Nie. Bo projektowanie to nie jest takie hop siup, żeby na szybko narysować i uszyć sobie garnitur. To już lepiej coś kupić. Z resztą... chyba nawet nie mielibyśmy gdzie tego uszyć, bo nasze panie krawcowe są wciąż i wciąż zajęte. Wciskanie się z naszym widzimisię nie miałoby racji bytu.

Wróćmy jeszcze do projektowania dla kobiet. Na ostatnim pokazie modelki były owszem - piękne, ale wszystkie bez wyjątku niesamowicie szczupłe. Nie chcieliście nigdy przyłączyć się do promowania kobiecych kształtów i zatrudnić nieco krąglejsze panie?

M. B.: Nam się kompletnie nie podobają kościste modelki. Raz dostaliśmy dziewczynę, która była tak przeraźliwie chuda, że założyliśmy na nią wszystko, co było możliwe, aby tylko zakryć jej te kości. Niestety to nie zawsze zależy od nas.

- Korzystamy z takich modelek, jakie są dostępne w agencjach, z którymi współpracujemy. A modelek size plus albo nie ma wcale, albo jest mało. Do pokazu musimy zaangażować dużo dziewczyn i nawet jeśli kilka z nich będzie nieco większych rozmiarów, to one na tle pozostałych modelek, tych w rozmiarze 34, wypadną źle.

A gdyby były? Mogę napisać, że Paprocki i Brzozowski popierają modelling size plus?

M. B.: Jasne, oczywiście że tak, bardzo chcielibyśmy zrobić taki pokaz.

M. P.: Ja jednak zawsze powtarzam, żeby się nie fiksować. Nie dyskryminujmy też dziewczyn, które są szczupłe. Modelki to zwykle bardzo młode dziewczyny, które pracują w bardzo trudnej, wymagającej branży, gdzie panują takie a nie inne kanony piękna. Tak samo jak baletnice czy sportsmenki spełniać muszą pewne kryteria.

- Dla nas wyzwaniem jest ubranie każdego typu kobiecej sylwetki. W butiku mamy wszystkie rozmiary. Proszę przyjść i sprawdzić.

Jak projektuje się na cztery ręce i czy często trzaska się przy tym drzwiami - czytaj na następnej stronie.

Kiedyś zapytałam was, kto jest autorem sukienki, która wyjątkowo przypadła mi do gustu. Powiedzieliście, że projektowaliście ją razem. Macie jedną kartkę i rysujecie razem? Jak to możliwe?

M. P.: Wszyscy się dziwią, ale właśnie tak jest. Wszystko projektujemy wspólnie. My sami - choć pracujemy w duecie - zastanawialiśmy się kiedyś, jak można dwoma nazwiskami firmować jedno zdjęcie. No, ale skoro tak się praktykuje, to widocznie się da.

M. P.: W projektowaniu to jest absolutnie normalne. Oczywiście to nie jest tak, że jeden trzyma nożyczki, a drugi szpileczkę... Wspólne projektowanie kolekcji to przede wszystkim dużo rozmów. Kiedy mamy już koncepcję, Mariusz rysuje. Tkaniny wybieramy razem, a na kolejnych etapach tworzenia dzielimy się pracą. Czasem jest tak, że na jeden pomysł wpadnę ja, na inny on, ale zawsze musi być zgoda obu.

M. B.: Powiedzmy, że mamy sukienkę na manekinie. Siadamy, patrzymy na nią i zastanawiamy się, co z nią zrobić. I jeden np. proponuje falbanę. Próbujemy, oceniamy jak to wygląda, przepinamy, kombinujemy, aż dojdziemy do momentu, kiedy obaj jesteśmy zadowoleni.

Kłócicie się?

M. B.: Bardzo często.

M. P.: Choć teraz już zdecydowanie mniej niż kiedyś.

Było rzucanie nożyczkami i targanie materiału?

M. B.: Targania materiału nie, bo szkoda by było. Ale bywało, że drzwi o mało nie wyleciały z futryny.

M. P.: Raz była taka sytuacja - poszło o jedną sukienkę - którą ja wymyśliłem pod nieobecność Mariusza. Jak przyjechał, to powiedział "absolutnie nie!", ale ja się uparłem, że ma zostać. Ostatecznie stanęło na tym, żeby o radę poprosić osobę trzecią. Sukienka została w kolekcji.

M. B.: Raz też zaszantażowałem Marcina, że jak to, co mi się nie podobało, pójdzie w pokazie, to ja się po nim nie wyjdę ukłonić. Wiem, może to nieeleganckie zachowanie, ale poskutkowało.

M. P.: Zdarza się, że czasem projekt, który fajnie wygląda na etapie tworzenia, gdy wróci od naszych pań krawcowych, nie jest już taki dobry, jak nam się wcześniej wydawało.

M. B.: I odwrotnie - coś niepozornego na rysunku, może na modelce zyskiwać bardzo wiele uroku i stać się nieoczekiwanie hitem kolekcji! To są projekty, które na etapie projektowania określamy mianem ciszy. Nie wywołują żadnych emocji. Za to potem, na wybiegu, o ciszy nie ma już mowy.

Porozmawiajmy trochę o waszych początkach. Najpierw funkcjonowaliście jako Brzozowski i Paprocki...

M. B.: Chcieliśmy, żeby było sprawiedliwe, tj. alfabetycznie, ale wszyscy i tak wymawiali odwrotnie. Bo tak rzeczywiście dużo lepiej brzmi. Bez żalu zgodziłem się więc, żeby to Marcin był pierwszy. I tak już zostało. Teraz tylko trochę kręcę nosem, gdy znajomi mówią, że np. idą do Paprockich...

M. P.: Ale oczywiście tylko znajome osoby sobie na to pozwalają i nikt tu się o to nie obraża. A co do naszych początków - one były bardzo burzliwe i choć minęło już jedenaście lat odkąd pracujemy razem, ja ciągle twierdzę, że jesteśmy na początku. Ciągle mam ochotę na więcej, bo wiem, że w tej dziedzinie jest bardzo dużo do zrobienia.

- Od początku przyjęliśmy zasadę małych kroków. Powolnego, ale konsekwentnego dążenia do wyznaczonych sobie celów. Może ktoś nam zarzuci, że rozwijamy się wolniej, niż robią to inni projektanci, ale my właśnie tak chcemy. Nie rzucamy się na głęboką wodę.

M. B: Wolimy drogę ewolucji, nie rewolucji.

To dlatego Paprockiego i Brzozowskiego nie ma za granicą? Nie marzy wam się fashion week w Paryżu czy Londynie?

M. B.: Nie chcemy zrobić falstartu. W momencie, kiedy będziemy naprawdę przygotowani na to, żeby wystąpić za granicą, na pewno to zrobimy.

M. P.: Mieliśmy już zaproszenia na fashion week do Wiednia i na Litwę... Jednak nie wydaje nam się to teraz priorytetem. Jak mierzyć, to wysoko. Czekamy na Paryż.

M. B.: Obecność za granicą jest w Polsce wyznacznikiem tego, czy ktoś jest dobry, czy nie. Wystarczy jedna kolekcja pokazana na Zachodzie i zaraz ranga projektanta wzrasta. Naszym zdaniem to wcale nie jest równoznaczne.

M. P.: Zresztą to nie tak, że nie istniejemy za granicą. Od dwóch sezonów sprzedajemy swoje ubrania w jednym z multibrandowych butików w Paryżu.

A tutaj, do waszego butiku na Wiejskiej 17, przychodzi dużo gwiazd?

M. B.: Dużo.

Porozmawiamy o nich?

M. B.: Nie, bo to nie w naszym stylu. Nie lubimy podawać nazwisk.

M. P.: Lista osób, które ubieramy jest bardzo długa i to jest nasza duma. Mamy wielkie szczęście do osób, z którymi pracujemy. Zawsze przychodziły do nas gwiazdy, dla których chcieliśmy projektować.

- Dla młodych projektantów to było coś wielkiego - ubieranie Kory, Kayah czy Reni Jusis. Naszej współpracy zawsze towarzyszyła świetna atmosfera, wytwarzała się pozytywna energia. I na tej samej zasadzie gwiazdy, które niekoniecznie chcieliśmy ubierać, nigdy do nas nie dotarły.

Którą gwiazdę chcieliby ubierać i dlaczego nie lubią porównań do Dolce i Gabbany - czytaj na następnej stronie.

Którą z polskich gwiazd chcielibyście ubierać?

M. B.: Myślę, że nie ma już takich osób. Nasze marzenia już się spełniły. Zresztą, nie chodzi o nazwiska. Celebrytki, aktorki, piosenkarki są też po prostu kobietami, i sam fakt, że chętnie noszą nasze stroje, czują się w nich pięknie i wyjątkowo, jest dla nas nobilitujący.

M. P.: Choć nie powiem, ekscytujące byłoby ubrać teraz np. Hannę Gronkiewicz-Waltz. Sfery politycznej jeszcze nie mieliśmy okazji poznać.

A za granicą? W szafie której gwiazdy najchętniej widzielibyście swoje projekty?

M. B.: Bardzo chcielibyśmy ubrać Monikę Belluci albo Cate Blanchett. To są piękne kobiety i potrafią nosić ubrania w niesamowity sposób.

M. P.: Dużo jest takich osób. Choć podkreślam, że my ciągle tak samo przeżywamy ubieranie gwiazd, jak i tak zwanych "zwykłych osób", które przyjdą do nas z ulicy.

Jesteście nazywani polskimi Dolce i Gabbaną. Lubicie to porównanie?

M. B.: Zdajemy sobie z niego sprawę. Już nawet przyzwyczailiśmy się do tego. W Polsce duety projektantów to ciągle rzadkość. A Dolce i Gabbana są najbardziej komercyjnym, a więc i najbardziej znanym, duetem projektantów na świecie.

- Nie do końca zgadzamy się z tym porównaniem. Jeśli mam być szczery - nawet za nimi nie przepadamy. Jeśli już mielibyśmy być do kogoś porównywani, to niech byliby to Viktor & Rolf albo Proenza-Schuler...

M. P.: Celowo też, aby uniknąć posądzenia nas o upodobnianie się do Dolce i Gabbany, nie używany w naszej twórczości skrótu P&B, żeby nie wywoływać dodatkowych skojarzeń z D&G.

Śledzicie internetowe komentarze na swój temat?

M. P. : Tak, lubię wiedzieć, co ludzie sądzą o naszych projektach. Takie czytanie potrafi jednak wciągnąć. Po takiej lekturze człowiek może czasem odejść od komputera albo bardzo zadowolony, albo bardzo rozczarowany.

M. B.: Ja mam do tego ogromny dystans. Czytam, owszem, zarówno o naszej twórczości, jak i nas samych. Jednak wyłącznie na luzie.

M. P.: Trzeba zdawać sobie sprawę, że internet to tak naprawdę wielki śmietnik, do którego każdy może wszystko wrzucić. I większością nie ma się co przejmować.

- Zauważyliśmy, że na zdjęciach z pokazów ludzie komentują raczej modelki, nie ubrania. A to, że dziewczyna za chuda, albo że ma krzywe nogi, albo że zdjęcie słabe. O modzie wypowiadają się mniej chętnie.

A na wasz temat przeczytaliście kiedyś coś, co zagotowało wam krew w żyłach?

M. P.: Nie raz! W Polsce dziennikarstwo modowe dopiero się rozwija i niestety bardzo rzadko można przeczytać naprawdę samodzielnie i przemyślane opinie na temat naszej pracy. Zdarza się, że dziennikarze przeklejają opis kolekcji, który my im wysyłamy w pakiecie prasowym i na tym poprzestają. Tęsknimy za modowym komentatorstwem na światowym poziomie.

M. B.: Naszym dziennikarzom brak własnego zdania. Pokazujemy im naszą twórczość, więc oczekujemy własnych jej interpretacji.

Uparcie trzymacie się pracy, a ja pytam o to, co czytaliście na temat swojego życia prywatnego. Widzę, że bardzo strzeżecie tej sfery...

M. B.: Pilnujemy jej i tak było zawsze. Skupiamy się na tym, co robimy. Nie mamy potrzeby, żeby się uzewnętrzniać. Wyrażamy się poprzez naszą sztukę, nasze projekty.

M. P.: Ale piszą o nas i tak. Niejedno już czytaliśmy. Że jesteśmy za chudzi, że źle ubrani...

M. B.: Albo, że jesteśmy razem...

M. P.: Łatwo jest nam jednak sobie z tym poradzić - właśnie dlatego, że jesteśmy w duecie. Zaraz sobie takie komentarze przegadamy i zapominamy o sprawie. Myślę, że osobie, która pracuje w pojedynkę, jest dużo trudniej złapać do tego dystans.

M. B.: Tak, nawet wczoraj, tu pod butikiem, Marcinowi powiedziałem, że gdyby nie on, to ja bym się nie zajmował tym, czym się zajmuję. Mimo że bardzo kocham swoją pracę.

M. P.: Ja też nie. W pojedynkę na pewno byśmy nie pracowali jako projektanci.

Tworzycie swoisty tandem, jeden bez drugiego by nie pojechał.

M. B.: Dokładnie tak jest. Jak jeden mówi, że już mu się nie chce i wszystko jest nie OK, to drugi powie: "bierz się w garść i uspokój się". Równoważymy się.

M. P.: Ja na przykład bez Mariusza nigdy nie poszedłbym na żadną z tzw. oficjalnych imprez.

Show-biznes was nie kręci? Kiedy pokażecie w kolorowych magazynach swoje domy, zatańczycie z gwiazdami albo ugotujecie coś w telewizji śniadaniowej?

M. P.: Nie mamy na to ochoty. Ostatnio co prawda jedna z gazet poprosiła nas o pokazanie naszych biurek... Ale biurko jest dla mnie jeszcze sferą zawodową, to mogę pokazać.

Biurka tak, ale łóżka już nie.

M. B.: Nie ma mowy.

To może chociaż powiedzcie mi, jak bardzo designerskie są to łóżka? Czy projektanci Paprocki i Brzozowski są gadżeciarzami, lubią drogie przedmioty?

M. P.: Lubimy oryginalne i piękne przedmioty, ale niekoniecznie muszą być drogie. To nie jest tak, że wszystko w mieszkaniu, od łyżeczki po wykałaczkę, mam z drogą metką. Lubię eklektyzm, mieszanie stylów.

M. B.: Zdarza nam się jeździć na Koło i tam na pchlim targu kupować jakieś nietypowe przedmioty.

Nie jesteście snobami?

M. P.: Nie. Nie cierpimy snobizmu. Nawet jeśli ktoś tak o nas powiedział, to nas chyba bardzo musiał nie lubić, bo nie ma do tego podstaw.

M. B.: Czasem jesteśmy postrzegani jako osoby niezwykle wyniosłe, zadzierające nosa, ale to dlatego, że na oficjalnych spotkaniach zwykle stoimy gdzieś z boku. Nie lubimy być na pierwszym planie. Poza tym drażni nas nieszczerość, udawanie, że kogoś się lubi, kiedy tak naprawdę jest odwrotnie. Często to obserwujemy. Sztuczne uściski i uśmiechy do kamery. To nie nasz styl.

Rozmawiała: Karolina Siudeja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje