Reklama

Reklama

Kryptonim kotek

Alina od dziecka pragnęła stać się posiadaczką jakiegoś futerkowego zwierzaka, najlepiej kota, ale zawsze istniał jakiś powód, że do tej pory się na niego nie zdecydowała. Tak, wiedziała, że mnóstwo Bogu ducha winnych zwierzaków przebywa w schroniskach. Tak, chciała przygarnąć jakiegoś pokrzywdzonego kociaka. Tak, kochała koty. Niestety, z racji wykonywanej pracy, większość dnia przebywała poza domem, zwłaszcza, że ostatnio często brała nadgodziny.

Alina od dziecka pragnęła stać się posiadaczką jakiegoś futerkowego zwierzaka, najlepiej kota, ale zawsze istniał jakiś powód, że do tej pory się na niego nie zdecydowała. Tak, wiedziała, że mnóstwo Bogu ducha winnych zwierzaków przebywa w schroniskach. Tak, chciała przygarnąć jakiegoś pokrzywdzonego kociaka. Tak, kochała koty. Niestety, z racji wykonywanej pracy, większość dnia przebywała poza domem, zwłaszcza, że ostatnio często brała nadgodziny.

Pracowała jako sekretarz redakcji informatycznego miesięcznika „Procesor”. Miała 30 lat, proste, długie do pasa włosy w kolorze miodu, błękitne oczy, zniewalająco długie i gęste rzęsy, długie do nieba nogi, uśmiech, który hipnotyzował wszystkich jej współpracowników a figury pozazdrościć jej mogła niejedna modelka. Była to dziewczyna bardzo sympatyczna, cierpliwa, ciepła, wiecznie uśmiechnięta, choć czasem bywały dni, że także nad jej życiem gromadziły się burzowe chmury i uśmiech nie przychodził jej łatwo. Nic zatem dziwnego, że była ulubienicą wszystkich swoich redakcyjnych kolegów. Już od pierwszego dnia swej pracy stała się ich maskotką. Zawsze mająca dobre słowo dla każdego, służąca wszystkim dobrą radą, potrafiąca słuchać i pocieszyć, ale przy tym żartować i śmiać się z informatycznych żartów kolegów, a także z samej siebie, szybko podbijała serca wszystkich nowo poznawanych osób. Nie da się jednak ukryć, że najmocniej podbiła jedno męskie serce należące do Cypriana, jej kolegi z pracy, programisty i grafika, z którym spotykała się od roku.

Alina i Cyprian tworzyli parę idealną. Wszyscy znajomi zazdrościli im zgodnych charakterów, miłości jak z bajki i dobrej, rozwijającej pracy. Cóż z tego, skoro Alina jak każda kobieta w jej sytuacji, już od kilku miesięcy marzyła o oświadczynach Cypriana a on, jak sądziła, jak to mężczyzna, nie dążył do szybkiego ożenku. Nic jednak bardziej mylnego. Dzień 13 maja 2011 roku Alina miała zapamiętać do końca życia.

Dzień ten wypadał dokładnie 13 miesięcy i 13 dni od dnia, w którym zostali parą. Słońce świeciło, ptaszki śpiewały już od świtu – słowem przyroda w pełnym rozkwicie. Jednak ten dzień nie zaczął się dla Aliny zbyt dobrze. Zbudziła się przed świtem z krzykiem na ustach, zlana potem i nie w humorze, co jej się praktycznie nigdy nie zdarzało. Ze snu wyrwał ją senny koszmar. Zerwała się szybko z łóżka, wzięła gorący prysznic, zjadła pożywne śniadanie, nałożyła elegancki kostium i wyszła do pracy. A w pracy… odkąd tylko przekroczyła próg miała wrażenie, że coś jest nie w porządku. Koledzy szeptali po kątach a ona nie miała pojęcia o czym. Dowiedzieć się miała wkrótce. Wszyscy zostali wciągnięci w konspirację Cypriana, łącznie z redaktorem naczelnym, który to o godzinie 10:27 wezwał ją przez interkom do swojego gabinetu. Okazało się, że redaktor odpowiedzialny za pozyskiwanie reklamodawców jest „zawalony robotą po czubek monitora i jego procesor nie jest w stanie obsłużyć kolejnego wątku” (słowa naczelnego) i w tej sytuacji nikt tylko ona może uratować całą redakcję. Ekscentryczny i niezmiernie bogaty reklamodawca (sir James Coperfield Wharton) będzie dnia dzisiejszego czekać na nią o godzinie 13:13 pod głównym wejściem do schroniska dla zwierząt przy ul. Wodnej 17. To człowiek bardzo bogaty i w razie czego ma nie szczędzić środków finansowych i swego uroku osobistego, by go pozyskać dla „Procesora”. Jednym słowem – los gazety zależy od niej.

Alina niezbyt chętnie udała się w umówione miejsce. Takie spotkania nie leżały w zakresie jej obowiązków, a ona sama nie przepadała za biznesowymi spotkaniami. Świat pieniędzy i wielkiej finansjery był jej tak odległy jak pierwszy komputer od jego współczesnego następcy. No, trudno. Co miała biedna w takiej sytuacji zrobić? Włączyła swój procesor na najwyższe obroty, szybko uporała się z najpilniejszymi obowiązkami, po czym punktualnie co do minuty przybyła na miejsce spotkania z sir Whartonem. Spotkania z komputerowymi dziwakami odbywały się w przeróżnych dziwnych miejscach, więc miejsce spotkania nie bardzo ją zdziwiło, a już na pewno nie kazało się domyślać, że coś tu jest nie tak. Ten jeden jedyny raz zawiodła ją nawet kobieca intuicja, z której tak była dumna. Czekając, przybrała pozę pewnej siebie profesjonalistki. Sir James nie mógł w końcu zaskoczyć jej żadnym pytaniem o czasopismo, gdyż jak nikt inny w redakcji znała je od podszewki. Wiedziała o nim wszystko, co, gdzie kiedy, ile, dlaczego. Gdy tak sobie spokojnie czekała na przybycie tajemniczego Anglika zza jej pleców wyłonił się Cyprian. Zaskoczonej Alinie odjęło mowę, bo kogo jak kogo, ale Cypriana się tutaj nie spodziewała. Wykorzystując element zaskoczenia i to, że jeden z nielicznych razów Alinie odebrało mowę, miłość jej życia wyciągnęła zza pleców ogromny bukiet bratków (jej ulubionych kwiatów), uklękła przed nią i wzruszonym głosem zapytała:
- Słońce moje, zaopiekujemy się razem kotkiem?
Na twarzy inteligentnej skądinąd dziewczyny zawitało niebotyczne zdumienie, więc Cyprian zapytał jeszcze raz, inaczej:
- Najdroższa, kocham Cię nad życie. Zostaniesz moją żoną?

Reklama

W tym momencie Alina pochyliła się i wycisnęła na ustach swego ukochanego gorący, namiętny pocałunek a potem wykrzyknęła:

- Dwa razy tak! Tak, zostanę Twoją żoną i tak, przygarniemy wspólnie kotka.

I przygarnęli czarnego dwuletniego kocura, któremu nadali imię... Procesor.

Były to zaręczyny tak cudowne i wyjątkowe, że wspanialszych sobie nie mogła wyobrazić. Dokładnie rok po pamiętnych oświadczynach zakochani stanęli na ślubnym kobiercu. Wśród ich weselnych gości oczywiście nie zabrakło nikogo z redakcji „Procesora”. Po ślubie młodzi małżonkowie zamieszkali w kupionym i odrestaurowanym przez rodziców Cypriana podwarszawskim dworku i mają obecnie całą zgraję kotów i kilka psów. Oczywiście wszystkie są ze schroniska przy ul. Wodnej 17. Natomiast cała akcja oświadczyn jest przez ich redakcyjnych kolegów wspominana do dziś. Nadali jej nawet nazwę: Kryptonim kotek.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy