Reklama

Reklama

Zamiast wątłej laski...

Kilka lat temu kiedy miałam dziewiętnaście lat często w wolnej chwili chodziłam do pobliskiego parku. Pamiętam ten dzień jak dziś, choć konkretnej daty sobie nie przypomnę. Lipiec. Pogoda była piękna, słonko ładnie grzało, a wietrzyk milutko otulał ramiona.

 

Siedziałam na jednej z ustronnych ławek i czytałam książkę. Wtedy dosiadła się do mnie starsza pani. Była lekko przygarbiona, z trudem szła wspierając się drobną laską. Była ubrana w granatową, kwiecistą, luźną sukienkę sięgającej do połowy łydek. Przyjrzałam się jej uważnie, gdyż moją uwagę zwróciły włosy, które miały rzadko spotykany biały kolor. Gruby warkocz z nich zrobiony sięgał jej do bioder. Gdy seniorka już spokojnie siedziała, zabrałam się z powrotem do lektury.

Zrobiło mi się troszkę głupio, gdyż zauważyłam lekkie zdenerwowanie kobiety, co mogło być spowodowane moim wzrokiem. Zupełnie bez namysłu zahipnotyzowało mnie piękno fryzury.

Reklama

– Osiwiałam, gdy mój mąż umarł. Z dnia na dzień stałam się biała. – Powiedziała. Głos miała miły i przyjemny, a z jej twarzy minęło wszelkie zmęczenie. Zamknęłam książkę i słuchałam dalej. Mówiła do mnie nie przerwanie, jakbyśmy były co najmniej znajomymi.

– To było 30 lat temu. Mąż umarł nagle, na zawał. Zawsze lubił moje włosy, lubił patrzeć jak je czeszę i plotę. Nie mieliśmy dzieci.

Kobieta zaczęła opowiadać historię swojej miłości. Pamiętała każdy szczegół, dotyk, zapach. Jakby to wszystko było wczoraj. Patrzyła ciągle przed siebie i delikatnie dotykała obrączkę na swojej dłoni. Czułam od niej emanujące ciepło, które objęło moje serce. Poczułam się lekka i pozwoliłam się nieść danej opowiastce.
W sukience, którą miała dziś na sobie brała ślub, a dzisiejszy dzień był jej rocznicą, siedemdziesiątą. Mimo, że on już dawno nie żył, zawsze robiła śniadanie, obiad czy kolację dla dwojga. Szykowała dwa talerze, dwie filiżanki, dwa zestawy sztućców. Zawsze gotowała to, co lubił jej mąż. Jego szafa została taka, jaka była, pełna jego koszul, spodni i swetrów, a na przedpokoju nadal stoją jego buty. Nic nie zostało naruszone. Prócz tego, że go już nie było. Pobrali się młodo i szybko. Kochali się od samego początku.
Pani opowiadała jak bardzo cenili swój czas, całe wspólne życie, które spędzili razem w szczęściu, i w smutku. Mówiła długo i powoli. Drążyła każdy szczegół swego opowiadania, a ja siedziałam i płakałam, całkowicie tracąc poczucie czasu. Nastał mrok.

– Gdyby on tu był pewnie dziś siedział by tu ze mną i trzymał mnie za rękę. Gdyby był. Zawsze jest obecny – sięgnęła ręką swego serca – tutaj. Zawsze będzie. Dożyłam dziewięćdziesięciu lat w zdrowiu, u boku cudownego mężczyzny. Teraz nie mogę się doczekać kiedy znowu go zobaczę.

Odprowadziłam starowinkę do domu, a będąc już w swoim, nie mogłam przestać myśleć. To naprawdę była niezwykła opowieść. O miłości, o szacunku, wsparciu, o cudzie życia.
Początkowo czułam niezręczność. Miałam chęć przerwania jej w pół słowa, jednak nie umiałam tego zrobić i nie żałuję. Wtedy nie do końca rozumiałam jej słowa, ale dziś już znam ich znaczenie. Poznałam coś cudownego, coś co zdarza się dziś rzadko. Prawdziwą miłość. W dzisiejszym świecie, gdy gonimy za jutrem, za karierą, za szerokim pasmem możliwości, brakuję czasu na uczucia, a jak są to oczekujemy od nich nieskazitelności w każdym detalu. Przy najmniejszej rysce na duszy, poddajemy się. Po prostu nie doceniamy szczęścia, które nam dano. Chcemy chłonąć i chłonąć coraz więcej, zamiast chwycić coś tak baśniowego jak kochanie swojego bliźniego.
Tak bardzo chcę się zestarzeć wraz z moim mężem, by zamiast wątłej laski wspierało mnie jego ramię.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy