Reklama

Reklama

Jak Polki uwierzyły, że tylko piękne będą szczęśliwe

Dziś nikomu nie opłaca się za darmo, za pomocą telewizji, edukować grubasa, jak ma jeść, żeby chudnąć. - Dziś odchudzanie to biznes, w którym liczą się pieniądze i handel emocjami - mówi Barbara Markowska.

Przeczytaj fragment książki Elżbiety Turlej “Naciągnięte:

Siedzę przy wejściu do bloku F Telewizji Polskiej przy ul. Woronicza w Warszawie. - Ocaleni? - zaczepia mnie 60-letnia kobieta z lekką nadwagą. - Nie - odpowiadam. - Jaka to melodia? - drąży kobieta. - Nie. Czekam na spotkanie z Barbarą Markowską, która w latach 90. nagrywała tu "Kwadrans na kawę" - wyjaśniam. - Basia od kwadransowych grubasów! - wykrzykuje kobieta. - Pamiętam, pamiętam. Proszę jej przekazać, że gdyby program wrócił na antenę, chętnie wezmę w nim udział jako widownia. Wolałaby to od siedzenia na "Ocalonych".

Reklama

Przekazuję, ale Barbara Markowska, dziś recenzent filmowy w Agencji Kreacji Filmu i Serialu, nie ma złudzeń, że program kiedyś wróci. Nie te czasy. Dziś nikomu nie opłaca się za darmo, za pomocą telewizji, edukować grubasa, jak ma jeść, żeby chudnąć. - Dziś odchudzanie to biznes, w którym liczą się pieniądze i handel emocjami - mówi Barbara Markowska. A przecież na początku, czyli w 1990 r., było inaczej. - Może to dlatego - zastanawia się Markowska - że nie mieliśmy pojęcia, jak ma wyglądać ta nowa, lepsza telewizja dla nowego, lepszego, bo wolnego Polaka. Szliśmy po omacku, sprawdzaliśmy, czego ludziom brakuje i dawaliśmy im to. Bo w czasach, kiedy nagle w sklepach było wszystko, Polak stracił orientację i najbardziej potrzebował przewodnika po świecie nowych produktów.

Nagle hasło "żyć" zaczęło znaczyć tyle co "konsumować". Ale jak konsumować to, czego się nigdy wcześniej nie widziało? - Do 1989 roku walczyliśmy o przetrwanie, łapaliśmy wszystko, co rzucili na półki, bo nie było wyboru - mówi współpracująca z Markowską przy "Kwadransie na kawę" dr Magdalena Białkowska z Instytutu Żywienia i Żywności w Warszawie. - Nic dziwnego, że przeciętny Polak nie łączył jedzenia z tyciem, nie patrzył na etykiety, a pojęcie kalorii - znane w kręgach uniwersyteckich - było mu obce. Potrzebował prostego wzoru na odchudzanie i dostał go w postaci pierwszej w Polsce diety tysiąca kalorii rekomendowanej przez mój instytut i omówionej w TVP.

Dr Białkowska przyznaje, że dieta tysiąca kalorii, opracowana jeszcze w czasach komuny przez Helenę Stobnicką, nie była niczym rewolucyjnym. Ot, dotyczyła najniższego, rekomendowanego w tamtych czasach deficytu energetycznego (dziś to 1200 kalorii) i sposobów komponowania odchudzonych - jak się wtedy mówiło - posiłków. Nie przypuszczała, że wyciągając tę dietę ze sterty innych, wrzuca do potocznego języka hasło "kalorie". Ale w pierwszych odcinkach "Kwadransu na kawę" o kaloriach, jedzeniu i otyłości było niewiele.

Przy stoliku na trzech nogach Marek Maldis i Jerzy Bralczyk dyskutowali o poprawnej polszczyźnie. Zastanawiali się na przykład, czy nie lepiej byłoby zastąpić słowo "odchudzanie", które oznacza mniej chudości, słowem "odgrubianie". Hanna Bakuła przedstawiała swój "Negatywny horoskop", w którym było trochę o jedzeniu, ale najwięcej o stereotypach. Na przykład Pan Wodnik był infantylnym bufonem osądzającym świat, a Pani Ryba - wodnistooką dziewczynką, chowającą się za szafę i płacząca przy sznyclu cielęcym z kopytkami i sałatą.

- Mimo to po programie przychodziły tony listów z prośbą o informacje, co jeść, żeby nie tyć i jak jeść, żeby schudnąć - mówi Markowska. - Efekt był taki, że od 1992 roku program był wyłącznie dla grubasów. Ludzie potrzebowali informacji, pociechy i wsparcia. I program im to wszystko dawał. Na początku Barbara Markowska mówiła: "Witam, moje kochane grubasy". Potem były porady i rozmowy z dr Magdą, czyli dr Magdaleną Białkowską. Na koniec przychodziła pora na informacje o - okrzykniętej rewolucyjną i pierwszą w Polsce - diecie tysiąca kalorii.

Z czasem do programu weszły również felietony z terenu, gdzie zaczęły powstawać Kluby Kwadransowych Grubasów. Ich lokalnymi bohaterami stawali się odchudzający się i odchudzeni, np. małżeństwo Andrzej i Ula, którzy schudli po 15 kilogramów, stosując się do telewizyjnych porad. - W połowie lat 90. w Polsce działało 550 Klubów Kwadransowych Grubasów - wspomina Markowska. - Przyjeżdżałyśmy do nich z dr Magdą na wykłady o zdrowym stylu życia. Ja przecinałam wstęgi nowych sal i - co było wtedy modne - zostawałam matką chrzestną drzew.

Dr Magda szkoliła lokalnych lekarzy, którzy potem prowadzili grubasy do zwycięstwa. Powtarzaliśmy, że otyłość to choroba i nie wolno z nią igrać. Najpierw trzeba sprawdzić jej przyczynę - niekoniecznie związaną z trybem życia, ale np. z cukrzycą - potem wypracować swój (jakby uszyty na wymiar) model odchudzania. Ale wszystko z głową i rozsądnie. Zastanawiam się, w którym momencie otyłość - ze sprawy intymnej i wstydliwej - zamieniła się w rozrywkę. No i kto stworzył pierwszą polską celebrytkę odchudzania i jak potoczyły się jej losy?

Barbara Markowska podpowiada, że powinnam porozmawiać z Urszulą Kurzeją, z domu Woronicz, która została pierwszą w historii wolnej Polski Królową Odchudzania Anno Domini 1993. Znajduję ją w Polkowicach, gdzie cieszy się sławą świetnej manikiurzystki i masażystki. Jej klientki, a - jak mówią w mieście - zna ją całe Zagłębie Miedziowe, kojarzą ją też z arystokratycznym pochodzeniem. W jej salonie refleksoterapii ważnym elementem wystroju jest herb rodu Woroniczów: rzucone na czerwone tło zielone jabłko, z którego wystają trzy miecze. Ale kiedy startował "Kwadrans na kawę", Urszula Woronicz, po mężu Kurzeja, zawód wyuczony - masaż, po epizodzie w zakładach mięsnych pracowała w kopalni na przenośnikach taśmowych. I wyróżniała się dużym poczuciem humoru, ale też nadwagą.

Już jako ośmioletnia dziewczynka ważyła więcej od matki, a kiedy urodziła pierwszego syna, jej waga - przy 1,70 cm wzrostu - skoczyła do 138 kilogramów. - Siedziałam w domu na macierzyńskim i oglądałam telewizję - wspomina. - W "Kwadransie na kawę" po raz pierwszy usłyszałam, co to są kalorie, jaki wpływ na tycie mają białko, węglowodany i cukier. To było dla mnie objawienie, bo wcześniej nikt o tym w telewizji nie mówił. Diety rozchodziły się pocztą pantoflową. Odchudzałam się na jednej z nich, tzw. trzynastodniowej, która polegała na jedzeniu wyłącznie sucharków i pietruszki. Mdlałam, a kilogramy stały w miejscu.

Na pierwszej diecie, o której mówiono w Telewizji Polskiej, miało być inaczej. Trzeba było tylko robić dokładnie to, co kazali. Najpierw nagrywać programy na kasety VHS. Potem przepisywać do zeszytu, ile kalorii ma kromka chleba, kawałek mięsa, garść makaronu. A potem dzień po dniu komponować posiłki tak, żeby mieściły się w tysiącu kalorii. Efekty były. Zrzucała po 4 kg na miesiąc, a kiedy - jak zalecali w "Kwadransie..." - zaczęła biegać, liczba zrzuconych kilogramów podwoiła się. - Sąsiedzi się ze mnie śmiali, więc biegałam po ciemku. Od 22.00 do północy - wspomina.

- Mąż wsadzał syna na siodełko i jeździł za mną rowerem. Kiedy na liczniku było o prawie 20 kilo mniej, napisała list do TVP. Jako numer kontaktowy podała telefon sąsiadki. Ta przybiegła do niej kilka dni później z krzykiem: "Ula, telewizja do ciebie!!!". - Dzwoniła Basia Markowska. Przyjechała potem z ekipą, nagrali, jak jeżdżę na stacjonarnym rowerku w domu i ćwiczę z koleżankami w sali gimnastycznej szkoły w Polkowicach - opowiada. - Władze miasta były zadowolone, bo w mediach poszedł przekaz, że w Zagłębiu Miedziowym troszczą się o kobiety. Od tej pory czułyśmy się jak królowe i mogłyśmy korzystać z kilku obiektów miejskich za darmo. Niestety, nie zachowało się nagranie z pierwszych wyborów Królowej Odchudzania. Nigdy też nie zobaczę korony, szarfy i berła w formie chochli, które dostała Urszula.

Część tych trofeów zaginęła podczas przeprowadzek, część została wyrzucona. Ale to po kolejnych latach i rozczarowaniach. Na razie jeszcze jesteśmy - wspomnieniami - w 1993 roku. Urszula razem z koleżankami z polkowickiego Klubu Kwadransowych Grubasów jedzie do Warszawy, do gmachu telewizji przy ulicy, której patronuje jeden z jej przodków. Waży 59 kilogramów. Ma na sobie wiśniową sukienkę z karczkiem pokrytym cekinami i czerwone szpilki. Włosy zafarbowała na burgund. Koronacja odbywa się na warszawskim Starym Mieście, w pierwszej otwartej w Polsce restauracji wegetariańskiej. Urszula siada na tronie. Obok zasiada Król Odchudzania, Andrzej ze Szczecina. Po koronacji, na sygnał dany przez Barbarę Markowską, inne grubasy ustawiają przed koronowanymi trzy transportery słoniny.

Mają uzmysłowić zgromadzonym i widzom, bo całość jest nagrywana i wkrótce będzie pokazana w telewizji, ile udało im się spalić tłuszczu. Migawka z koronacji będzie się pojawiać w kolejnych odcinkach "Kwadransu na kawę", a sława Urszuli wyjdzie poza Zagłębie Miedziowe. I przyciągnie firmy, które chciałyby - jako pierwsze w Polsce - zrobić biznes na odchudzaniu. - Najpierw zadzwonił do mnie producent jakiegoś środka na odchudzanie. Chciał, żebym go reklamowała, czyli oszukiwała ludzi, że pomógł mi schudnąć - wspomina Urszula.

- Byłam oburzona. Krzyczałam w słuchawkę: "Jak można mnie tak obrażać! Nie jestem kłamczuchą! Zostałam królową dzięki swojej ciężkiej pracy i myśleniu, a nie na skróty!". Potem odezwał się do mnie producent odzieży sportowej. Chciał, żebym reklamowała jego stroje. Nie podobały mi się, bo bluzeczki pokazywały ramiona, a grubas, który zrzucił kilogramy, nie ma pięknych ramion. Wisi mu skóra, którą lepiej zasłonić rękawem do łokcia. To samo dotyczy brzucha czy kolan. Nie chciałam okłamywać koleżanek, że będą w tym wyglądać pięknie. Producent odzieży był, podobnie jak jego poprzednik, zdziwiony, że nie chcę na nich zarabiać. Tuż po producentach preparatów i ubrań do ataku na królową odchudzania przystąpili producenci telewizyjni.

Konkretnie: producent pierwszego w Polsce talk-show, czyli nagrywanych dla raczkującego Polsatu "Rozmów na każdy temat". - W programie zaczęto pokazywać odmieńców i ekscentryków, ale nie miałam pojęcia, że do ich grona zostaną zaliczone - hurtem - grube kobiety. A one nagle zaczęły robić za współczesną babę z brodą, kobietę, która odstaje od wzorców, więc jest godna potępienia albo wyśmiania. W moim programie grube kobiety były jeszcze, w pewnym sensie, pod ochroną - wspomina Barbara Markowska.

- Ula była przekonana, że nikt jej nie wystawi, nie zaszufladkuje i nie oceni. Ale tym razem było inaczej. Program nosił tytuł "Grubi żyją krócej". I tym razem Urszula wyglądała - w skórzanej spódnicy i szpilkach - jak milion dolarów. Ale prowadzący pytał ją, jak wygląda seks otyłych kobiet. Jako była przedstawicielka grubych, ale już po stronie chudych, miała opowiadać również o tym, jak beznadziejne jest życie "przed" i jak wspaniałe życie "po". - Na widowni siedział mój mąż, i "przed", i "po" byłam z nim tak samo szczęśliwa. Dziewięć miesięcy ciąży, w czasie których przytyłam, też były wspaniałe - wspomina. - Te pytania były straszne. Wstydziłam się. W pewnym momencie zaczęłam płakać, a Basia, która również miała siedzieć na słynnym dachu Polsatu, wyszła ze studia ze słowami: "Nie będę brać udziału w takiej parodii programu". Też chciałam wyjść, ale nie miałam pojęcia, że papier, który podpisałam przed wejściem na wizję, nie dotyczył - do czego przyzwyczaiłam się w TVP - zwrotu kosztów, ale oddania praw do swojego wizerunku.

Nie pamięta dokładnie, co weszło do programu. Potem przełączała telewizor, kiedy leciały powtórki show. Szybko zresztą program zaczął jej się kojarzyć również z cierpieniem fizycznym, bo w przerwie między nagraniami podszedł do niej siedzący na widowni chirurg z Zabrza. Właśnie otworzył prywatną klinikę, w której zmniejszał żołądki, ale też usuwał skórę rozciągniętą po utracie dużej ilości kilogramów. Dziś nie powtórzyłaby tego, ale wtedy zdecydowała się na zabieg. Lekarz usunął jej pięć kilogramów skóry wiszącej od pępka w stronę blizny po cesarskim cięciu. Zrobił to nieudolnie. Pielęgniarki nie zajęły się nią właściwie. Rany jątrzyły się, blizny ciągnęły, brzuch naprężony i bolesny długo nie dawał się dotknąć.

A kiedy po raz kolejny zaszła w ciążę, skóra - dosłownie i w przenośni - pękała w szwach. Położnik zarządził cesarskie cięcie. Zatęskniła wtedy za swoją starą, rozciągniętą skórą. Pojemną, w odróżnieniu od tej nowej, skurczonej. Barbara Markowska nie pamięta, w którym momencie - jak mówi - grube kobiety, niczym współczesne baby z brodą, poszły na służbę do coraz bardziej jarmarcznego show-biznesu. Pamięta za to, że nagle do lokalnych Klubów Kwadransowych Grubasów zaczęli przychodzić akwizytorzy środków na odchudzanie. Kusili: jeśli kupi jedna osoba, będzie drożej. Jeśli wszystkie, zejdę do połowy ceny. Brały więc wszystkie. Łykały specyfiki ściągane z Chin, pochodne amfetaminy, suplementy diety, które miały wszystko zmienić.

"Kwadrans na kawę" jeszcze jakoś się trzymał, ale kluby się prywatyzowały. Do tytułu przyklejali się specjaliści od szybkiego odchudzania i jeszcze szybszego efektu jo-jo. Jeszcze jako jedna z metod walki z epidemią otyłości kluby zostały włączone do projektu Wieloletniego Programu Rządowego "Poprawa stanu zdrowia Polaków poprzez podnoszenie jakości zdrowotnej żywności i racjonalizację sposobu żywienia". Jeszcze w "Kwadransie na kawę" pojawił się telewizyjny kącik dla rodziców "Mamo, nie tucz mnie", a patronat nad programem objął Senat RP. Ale wszystko wskazywało, że koniec jest bliski.

Najpierw program zaczął fruwać po ramówce, potem zmienił nazwę na "Schudnij", wreszcie spadł na siódmą, potem szóstą rano. - Spokojne, rzeczowe rozmowy z dietetykami i felietony z terenu stały się passé. Widzowie chcieli łez grubasów, a nie ich dobra - mówi Markowska. A łzy można było zobaczyć np. w "Rozmowach w toku", w których otyli byli badani - na oczach milionów widzów - za pomocą wykrywacza kłamstw. Czyli sprawdzani, czy aby nie oszukują na diecie. Wreszcie w 2010 roku, kiedy epidemia otyłości w Polsce osiągnęła apogeum (z ówczesnych badań OECD wynikało, że co piąty Polak jest otyły), program "Schudnij" zniknął z anteny.

- Dlaczego? Z takich samych powodów, z jakich spadają inne produkcje. Przejadł się - mówi Markowska. Barbara Markowska zajęła się pracą recenzenta projektów filmowych. Ludzie, którzy kiedyś z nią współpracowali, znaleźli pracę w porannych programach śniadaniowych. Jeden z nich, nazwijmy go Z., zaczął kręcić reportaże do show, w którym otyłe kobiety, wybrane podczas castingu, tracą kilogramy na oczach widzów. - Szefowie powtarzali, że ma być pot, krew i łzy, bo ludzie na to czekają - mówi. - Dostawali to od prowadzących i trenerów. Ale przede wszystkim od samych grubasów. Otyłe kobiety dawały z siebie wszystko, przede wszystkim tak pożądane łzy. Zresztą łzy były łatwe do wywołania (przeciętnie w 30 sekund od włączenia kamery) po pytaniu o bliskich, samotność, izolację.

Kiedy te pytania nie działały, wystarczyło pytanie o seks. Każdy przy tym pękał. Niezawodnym sposobem na wywołanie łez było też postawienie grubasa na wadze. Ludzie, którzy trafili do programu, nie mieli w domu wagi, bo normalne, łazienkowe nie uniosłyby ich ciężaru. Sprowadzono więc specjalną wagę, jak żartowano w kulisach - dla tuczników. Stawianie na niej uczestnika show - przed i po wejściu w dietę i ćwiczenia - dostarczało widzowi wszystkich odcieni emocji. Jedni płakali z radości, że ważą 220 kg, a wydawało im się, że 300. Inni z rozpaczy, bo było odwrotnie. Jedni zamykali oczy, zanim spojrzeli na podziałkę, inni zamykali oczy tuż po. Cierpienie chudnącego grubasa szybko stało się towarem, na którym można zarobić. Tak powstało imperium jednego z trenerów, który po odchudzeniu tych, dla których nie starczało podziałki na wadze, zyskał sławę cudotwórcy.

Jeździł po Polsce z wykładami, zakładał kolejne oddziały imperium. Wszędzie ciągnęli za nim, w charakterze tzw. motywatorów, wierni wyznawcy - dawne odchudzone grubasy, którym wydawało się, że bez mistrza nie zachowają szczupłej sylwetki. Imperium zaczęło podupadać po spektakularnej klęsce jednej z jego medialnych podopiecznych. A kiedy umarł - nagle i młodo - w jego miejsce pojawili się kolejni. Bogowie i ich wyznawcy. Odchudzający i odchudzani na oczach tłumu, który chce patrzeć, jak po przerażeniu i łzach przychodzi szczęście.

Zastanawiam się, czy można wyjść z tego zaklętego kręgu. Czy można zapanować nad mechanizmem, który nakazuje ludziom wierzyć, że sukces to wygląd, a kobieta, która odstaje od wzorca, marzy, aby się weń wpasować? I czy kobieta, naznaczona jako gorsza, bo niedopasowana, może czerpać ze swojego niedopasowania jakieś korzyści?

Katarzyna N., do której przyjaciele mówią królowo, umawia się ze mną w modnej, warszawskiej piekarnio-kawiarni. Czekam na nią w tłumie szczupłych, modnie ubranych kobiet, które ze swadą rozmawiają o biznesie, start-upach i popularnych w ich korporacjach destynacjach. Nie wiem, o czym myślą ani jaką mają historię życia, ale kiedy mój komputer szuka wi-fi, widzę nazwy ich sieci: Pączek, Milusia, Pusia, Koteniek76. Nie wiem, jaką nazwę wybrała Katarzyna N. Nie chcę jej pytać o to, co od dekady zaprząta prasę plotkarską. Czyli: czy schudła, czy utyła, jaką dietę stosuje i dlaczego nie jest już dziewczyną znanego prezentera telewizyjnego. Dla mnie do końca rozmowy i do końca tego tekstu będzie dr Katarzyną N., ekspertką ds. zarządzania zmianą, absolwentką wydział prawa, byłą wiceprezes banku i prezes dużej firmy odzieżowej. Kobietą, która dziś ma własną firmę headhunterską, a kiedyś nadzorowała kilka dużych fuzji i przejęć.

A to oznacza, że musiała też zapanować nad losem kilku związków zawodowych i kilku tysięcy pracowników i ich rodzin. - W tamtych czasach mogłam zapanować też nad tym, co o mnie napiszą w mediach i w jaki sposób użyją mojego wizerunku - mówi. - Pamiętam pierwszą okładkę, na której pojawiła się moja twarz. To był magazyn branżowy. Pozowałam na nim z kubkiem z logo firmy, dla której wtedy pracowałam. Miałam 28 lat. Wywiad i zdjęcie, na którym wyglądam tak, jak chcę się pokazać innym, były autoryzowane. Przez kolejne siedem lat w każde wakacje na rozkładówkach gazet Polacy mogli zobaczyć, jak wyglądam w kostiumie kąpielowym. Troszczyli się o to paparazzi, którzy, nie pytając mnie o zgodę, odzierali mnie z godności, z poczucia bezpieczeństwa.

Dziennikarze dodawali do tego teksty, które w trzech czwartych składały się z kłamstw albo przeinaczeń. Ale słowa były tu najmniej ważne. Liczyło się podglądanie. Katarzyna przyznaje, że nie ma pojęcia, dlaczego właśnie jej ciało, pokazane z bliska, daleka, bardziej lub mniej przykryte, szczuplejsze albo bardziej zaokrąglone, budzi od lat takie zainteresowanie. Dlaczego to właśnie jej chudnięcie czy tycie jest na tyle atrakcyjne, że chcą mu się przyglądać - jakby odrabiając w ten sposób lekcje ze społeczeństwa konsumpcyjnego - masy Polaków. Być może - zastanawia się - w ten sposób ludzie zaspokajają swoje marzenia o łatwym zwycięstwie nad kobietą sukcesu? Bo przecież nie ma nic prostszego od obgadania i wyśmiania. Ale może jest inaczej - myśli - ludzie chcą ją oglądać, bo nie pasuje do wszechobecnego modelu kobiety, która musi być szczupła, czyli przeszła na stronę "po".

Tymczasem dla tysięcy Polaków ona, Katarzyna N., stoi jeszcze na mecie. Ale być może za chwilę pobiegnie. A jej biegu - niczym skoku Małysza, oglądanego przy rodzinnym obiedzie - nie wolno przeoczyć. - Znam kobiety, które chciałyby być w ten sposób podglądane, pokazywane i oceniane, ale ja do nich nie należę - mówi. - Dlatego usiłowałam jakoś nad tym zapanować. Wytoczyłam kilka spraw sądowych. Trwały przeciętnie po trzy lata. Kosztowały po kilkanaście tysięcy, masę energii i stresu. Kończyły się przeprosinami, których nikt nie zauważał i na które było za późno. Dlatego Katarzyna postanowiła, że skoro nie da się pokonać mediów, trzeba zacząć je wykorzystywać. Ale żeby zaczęły służyć np. do promocji książki, którą się napisało, trzeba raz na jakiś czas je nakarmić. Wrzucić zdjęcie w kostiumie kąpielowym na Instagram. Zgodzić się na wywiad, w którym dziennikarki pytają po raz setny o to samo: czyli o wygląd, mężczyznę i diety.

- Nie da się wyjść z tego świata ot tak, skoro raz się do niego weszło - mówi Katarzyna. - A najlepiej jest być królową tylko dla przyjaciół. Ale kiedy wstaje od stolika, w modnej kawiarnio-piekarni, od stolików ruszają w jej stronę inni, mniej bliscy. W kioskach i salonikach prasowych nadal leży ostatni numer gazety dla pań z Katarzyną N. na okładce. Ta okładka to jej korona. Dowód na popularność, która przekłada się na możliwość dotarcia do mediów, reklamodawców, innych celebrytów. Czyli - do elity elit. Dlatego dopóki Katarzyna N. będzie na topie, niezależnie od tego, z jakiego powodu tam się znalazła, będzie królową. Panią, której właśnie teraz ktoś się kłania. Inny pochyla przed nią głowę, kolejny sypie komplementami i całuje jej dłoń z paznokciami pokrytymi delikatnym, jasnym lakierem.

Ula Kurzeja, właścicielka salonu kosmetycznego i zdetronizowana Królowa Odchudzania Anno Domini 1993, opowiada mi, jak podmuch wiatru zrzucił ją z tronu. Przygotowywała się do udziału w zawodach triatlonowych. Gnała szosą, obok przejeżdżał tir. - Pęd powietrza dosłownie zdmuchnął mnie do rowu - wspomina. - Przez kilka miesięcy nie mogłam dojść do siebie, jakby ciało powiedziało mi: stop. Nie mogłam prowadzić zajęć z fitnessu. Zaczęłam tyć. Znów wstydziłam się wyjść z domu. Wyrzuciła koronę, szarfę i chochlę. Wyprowadziła się z Polkowic, zaczęła szukać nowego pomysłu na siebie i na to, jak dojść do ładu ze swoim ciałem i zdrowiem.

Wtedy, niczym w bajce, pojawiła się dobra wróżka. Konkretnie: obca kobieta, która na dworcu PKP w Poznaniu opowiedziała jej o refleksologii, czyli metodzie terapii holistycznej, polegającej na uciskaniu odpowiednich punktów zwanych refleksami. Można je odnaleźć na stopach, rękach oraz twarzy. Każdemu z tych punktów odpowiada określony organ, narząd wewnętrzny bądź część ciała. Przez uciskanie tych miejsc za pomocą kciuka i palców poprawia się krążenie i stymuluje układ nerwowy. W ten sposób wspomaga się naturalny proces samoleczenia. - Skończyłam odpowiednie studia. I zostałam refleksologiem - mówi Ula Kurzeja. Wróciła do Polkowic. Nadal ćwiczy, dba o siebie i dobrze się odżywia, ale - jak mówi - krąży już w innym kosmosie. A w nim wygląd jest tylko elementem całości, innego, mniejszego kosmosu nazywanego ciałem.

- Czasem włączam telewizor, żeby zobaczyć, jak bardzo rozjeżdżają się dwa światy - mój i ten kreowany w mediach - mówi. - Ale dziś jestem królową własnego ciała, czasu i myślenia. Nie muszę tego robić. Dlatego nigdy nie zobaczy kobiety, która w Warszawie, przy ulicy jej przodka za moment wejdzie na widownię programu "Ocaleni". Ona sama, jak mnie zapewnia, nie obejrzy tego programu. Ostatnio przytyła. Nie lubi siebie oglądać.



Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje