Reklama

Reklama

Katarzyna Dowbor: Wędka to impuls. Od was zależy czy złowicie rybę!

Katarzyna Dowbor: Kocham urządzać domy, to moja pasja, moja wielka miłość /Tomasz Urbanek /East News

Przemierza po Polsce tysiące kilometrów, by wyremontować kolejny podupadający budynek i uszczęśliwić potrzebującą rodzinę prawdziwym, przytulnym domem. Trochę jak w bajce, lecz nie ma tu czarodziejskiej różdżki i wróżki. Jest ekipa programu "Nasz nowy dom", telewizja Polsat i Katarzyna Dowbor, która zdecydowanie woli kask, kurtkę i dres niż obcasy. Możesz nagrodzić ich pracę oddając głos w plebiscycie Telekamery 2021.

Katarzyna Droga, Styl.pl: Za chwilę rozdanie Telekamer 2021. Katarzyna Dowbor nominowana do nagrody w kategorii osobowość telewizyjna, a "Nasz nowy dom" Polsatu w kategorii najlepszy program rozrywkowy. Jest pani dumna?

Katarzyna Dowbor: - Oczywiście, to bardzo miłe. Wspaniale, że jest taki konkurs, tym bardziej cenny, że to widzowie głosują. Wprawdzie zawsze uważałam, że najważniejszą nagrodą jest to, żeby ludzie mnie szanowali i doceniali to, co robię, ale jest dla mnie bardzo istotnie, że pierwszy raz po tylu latach emisji nasz program otrzymał nominację do nagrody. To ważne dla całej ekipy, od filmowej po budowlaną. Proszę mi wierzyć, przeżyłam w telewizji trzydzieści osiem lat, wiem, jak powstają różne programy i jeszcze nigdy przy żadnym tak ciężko nie pracowałam.

Reklama

- "Nasz nowy dom" robimy już ósmy rok. Przejeżdżamy tysiące kilometrów po całej Polsce, wczoraj wróciłam z okolic Lublina, jutro będę pod granicą białoruską. Nasze rodziny z programu mówią: "Boże, myśleliśmy, że w telewizji to pstryk i gotowe, a to tyle pracy!". To nie są zdjęcia na egzotycznej plaży ani przyjemne wywiady w telewizyjnym studio. To cały dzień na planie, na zewnątrz, bez względu na pogodę. Robotnicy, ekipa budowana,  koledzy operatorzy, dźwiękowcy, ludzie od światła - wszyscy ciężko fizycznie pracują. Przecież oprócz tego, że trzeba ten dom wyremontować, postawić, to jeszcze trzeba go pokazać: punkt wyjścia, pracę i efekt, ekipa filmowa cały czas jest z ekipą budowlaną. Zapracowali sobie na Telekamerę i gdyby jej nie dostali, to byłoby mi naprawdę bardzo przykro.

- A jeśli chodzi o mnie, to śmieję się, że jestem weteranką nominacji. Nominują mnie od dziesięciu lat! Jeszcze nigdy Telekamery nie dostałam, ale ja pracuję dla ludzi, nie dla nagród. Nie ma lepszej satysfakcji niż to, ile dobrej energii dostaję od widzów, od tych, którzy obserwują mój profil na Facebooku i Instagramie. Niemniej marzę o docenieniu ciężkiej pracy moich kolegów. Nagrody nie są w pracy niezbędne, ale dają satysfakcję, są jak dobra ocena od widzów, uznanie naszego wysiłku.

Ósmy rok programu, 230 odcinków, tyle rodzin i nowych domów! To już jak całe osiedle. Jakąś osobę, rodzinę pamięta pani szczególnie?

- To rzeczywiście ogromna liczba rodzin, oczywiście bardzo różnych, jedne są bardziej otwarte i przyjazne, inne mniej, każda to odrębna historia. Pamiętam wiele osób, przejmuję się ich losem, przypominają mi się w różnych okolicznościach. Dzisiaj na spacerze z psami i przy porządkach w stajni przypomniałam sobie Amelkę, dziewczynę, która kochała konie jak ja i marzyła, żeby zobaczyć moje zwierzęta. Zaprosiłam ją do siebie, poznała moją klacz staruszeczkę i konia Bosmana, którego wzięłam z adopcji. Kocham zwierzęta - mam trzy psy i dwa konie. Przy nich  często zastanawiam się jak jej idzie, bo uczy się w technikum hodowli koni. Cudowna dziewczyna, jej mama, pielęgniarka, nie wyciągała po nic ręki, ciężko pracowała na dwóch etatach, żeby spełnić marzenie córki o własnym koniu, o szkole.

- Lubię ludzi z pasją, którzy coś sobie wymarzą i potem konsekwentnie swoje marzenia realizują, jak one. Jedno, czego nie mogły zrealizować to remont domu, nie było ich na to stać. My im ten dom wyremontowaliśmy i to jest wspaniała rzecz w tym programie. Zwłaszcza, kiedy się trafi na ludzi, którzy chcą wykorzystać wędkę, którą dostali. Bo uważam, że taki dom to wędka, staje się początkiem nowego życia, wiary w to, że teraz będzie lepiej.

Można zapoczątkować zmianę w życiu przez zmianę warunków mieszkania?

- Nie była pani w takich domach, w jakich ja bywam: wchodzi się do przestrzeni, które przerażają i przygnębiają. Bez łazienki, bez ogrzewania, smutne wnętrza, które powodują, że człowiekowi już nic się nie chce. Rozumiem czasem tych ludzi, że mieszkając w takich warunkach nie mają siły, ochoty ani pomysłu, żeby coś ze swoim życiem zrobić. Dając im nowy dom, dajemy im nową szansę, impuls do zmian, wędkę, ale ciąg dalszy należy do nich. Podaliśmy im rękę, wdrapać się na brzeg muszą sami. Nie będziemy przecież za nich pracować, żyć, dbać o nowy dom, to już ich wysiłek i wcale niemały. Dlatego mam wielki szacunek dla rodzin, które potrafiły swoją szansę wykorzystać. To wspaniała rzecz pomóc takim ludziom, najlepsze w tej pracy.

A co jest najtrudniejsze?

- Emocje, które ogarniają człowieka na widok tych domów. Rodzi się złość i bunt: jak ludzie mogą tak mieszkać, dlaczego chore dzieci mają tak marne warunki? Teraz, po paru latach udaje mi się to opanować, mówię sobie: "Nie złość się, wiesz, że za chwilę będą mieli lepiej, dostaną pomoc". Radzę sobie z tymi emocjami, bo wiem, że nasza interwencja spowoduje, że tę historię zakończy happy end. Z tą świadomością łatwiej się pracuje.

- Ale organizacja tej pracy to nie lada wyzwanie. Stąd mój ukłon w stronę naszej pani producent, która od początku programu świetnie radzi sobie z połączeniem wszystkich elementów. Na przykład w tej chwili nagrywamy dwa programy równocześnie, ja się przerzucam między jedną budową a drugą. Mamy dwóch architektów, dwie ekipy budowlane, które pracują na przemian. Robimy 24 odcinki w sezonie, a półtora sezonu w rok i to jest naprawdę bardzo dużo. Pracuje przy tym sztab ludzi, przy jednym programie prawie 40 osób, więc trzeba ustalić kto, kiedy, gdzie jedzie, załatwić noclegi dla ekipy budowlanej i filmowej, naprawdę pospinać to wszystko to wielka sztuka. No, ale ósmy rok już pracujemy i jakoś nam się udaje.

I jesteście ciepło odbierani. A pani świetnie pasuje do tematyki domów i remontów.

- Kocham urządzać domy, to moja pasja, moja wielka miłość. Myślę, że trafiłam do tego programu też dlatego, że wszyscy dookoła wiedzieli, że zamiast kupić sobie  sukienkę, kupię stół, krzesła albo drobiazgi do kuchni. Na korzystny odbiór tego co robimy wpływa też to, że wcześniej już sporo rzeczy w telewizji zrobiłam. Ludzie, do których jedziemy, znają mnie i jakoś mi ufają, niektórzy może pamiętają z dzieciństwa, jak zapowiadałam im bajki. To jest dla nich ważne, żeby to był ktoś znajomy. Traktują mnie jakbym była swoja, jak ktoś z sąsiedniej wsi, kto się już w ich życiu pojawił. Mają dobry, miły stosunek do mnie, wiedzą, że nie przyjechała do nich jakaś nieznajoma pani z telewizji, tylko pani Kasia. Łatwiej się rozmawia, szybciej się nawiązuje kontakt i ja to sobie bardzo cenię.

- No i trochę domów już urządziłam i wybudowałam. Każdy swój dom bardzo lubiłam, z każdym byłam związana i kiedy go sprzedawałam, to tak, by trafił w dobre ręce. Żeby następny właściciel też znalazł i mnożył w nim dobrą energię. Piętnaście lat temu sprzedałam dom młodemu lekarzowi, przez ten czas urodziły mu się tam dzieci, urosły, tętniło w nim życie. Ta rodzina nadal tam mieszka, kocha dom, a ja się z tego ogromnie cieszę.

Jakimi zasadami Katarzyna Dowbor kieruje się wybierając własne domy - czytaj na następnej stronie >>>

Katarzyna Dowbor  nominowana jest w plebiscycie Telekamery 2021 w kategorii Osobowość telewizyjna. Program "Nasz nowy dom" otrzymał zaś nominację w kategorii Program rozrywkowy. Głosowanie trwa do 11 lutego - oddaj im swoje głosy!

A obecny dom, ten wymarzony, jak pani go znalazła?

- Przez przypadek. Szukałam domu idealnego, strasznie chciałam, żeby był taki, jak sobie wymarzyłam i jest. Drewniany, bo jestem wielką fanką lekkich, szkieletowych domów, uważam, że sto lat żyć nie będziemy i nie musimy budować twierdzy. Dworkowaty, w świetnym miejscu pod Warszawą. Należał do mojej koleżanki, a ja pod wpływem impulsu podjechałam ją odwiedzić. Weszłam, zadzwoniłam. Koleżanka była w szoku, mówi: "A skąd ty wiedziałaś, że ja tu dzisiaj będę?". Mieszkała w Warszawie, do tego domu zaglądała od czasu do czasu, w weekendy. Nie wiem, coś mnie tknęło, żeby tam pojechać.

- Byłam z moim psem Pepe, to była jesień, cudowna pora roku. Weszłam do tego domu i od razu poczułam, że to moje miejsce. Ogień w kominku się palił, a Pepe natychmiast wskoczył na kanapę. Mówię do koleżanki: "Chcę mieć ten dom!". Ona: "Ale ja go nie chcę sprzedać". Wtedy się śmiałyśmy, ale po pewnym czasie rzeczywiście podjęła decyzję o sprzedaży i tak tu zamieszkałam. Zabawne jest to, że data umowy kupna wypadła dokładnie w dniu moich urodzin, dom stał się więc urodzinowym prezentem. Jest cudny, włożyłam w niego dużo czasu, pieniędzy i swoich pomysłów- kocham go.

- Domy mają w sobie coś takiego, że kiedy włoży się w nie serce i energię - rozkwitają. A kiedy stoją puste - marnieją. Mój też był jakiś szary i smutny, jakby chory, bo nikt w nim nie mieszkał. To dlatego, że sam dom to ściany i sprzęty, a żeby dom był naprawdę domem, muszą w nim być ludzie i zwierzęta. Bez nich to tylko smutny budynek.

Wiem o tym, bo zamieszkałam w takim domu na Podlasiu. Teraz naprawdę ożył.

- Uwielbiam Podlasie, świetnie się tam czuję! Dużo jeździmy po Polsce, widzimy wiele ślicznych miejsc, jeziora, stawy, morze, ale nigdzie nie ma tak życzliwych i ciepłych ludzi jak na Podlasiu. Nie zapomnę jednej z naszych bohaterek, kobiety z dwójką dzieci, ciężko pracującej w gospodarstwie brata. Niezmiernie pracowitej gospodyni: nigdy u nikogo nie widziałam tylu weków i przetworów przygotowanych na zimę, cała spiżarnia pełna słoików. Przyniosła nam orzechy - "zdrowe nie pryskane". Na jej podwórku chodziły najgrubsze gęsi i kaczki, jakie widziałam, miała też ogród. Zwierzyłam się jej, że też mam ogródek i zwierzęta, ale maliny nie chcą mi dobrze rosnąć, nie owocują. Szczerze się przejęła. Oddaliśmy im dom, pożegnaliśmy się, ruszamy do auta, ale słyszę, że ktoś za nami biegnie: "Pani Kasiu, pani poczeka!". Nasza bohaterka taszczy worek na śmieci, a w nim cztery krzaczory malin. "A to, żeby pani miała moje maliny w ogrodzie. Urosną!". Bardzo mnie tym wzruszyła, podzieliła się ze mną, mimo że sama miała niewiele. To w dzisiejszych czasach bardzo rzadkie. Ale tacy są ludzie z Podlasia...

A jak brzmi pani życiowa filozofia?

- Mam takie powiedzenie, które pomaga mi funkcjonować w życiu i nie zachłystywać się sukcesami: nic nie jest nam dane na zawsze. Powtarzam to też moim rodzinom z programu: "Nic nie jest wieczne, teraz dostajecie nowy dom, ale do was należy, żebyście coś jeszcze z tego mieli, żebyście tą wędką wyciągnęli sobie rybę. Nie wierzcie w to, że jak jest ten nowy dom, to już wszystko będzie się robić samo. Teraz wy musicie zadbać o niego i o siebie, pracować, walczyć o swoje marzenia. Coś dostaliście, ale nie po to, żeby wywyższać się nad innych ludzi, przechwalać się: ‘My teraz mamy najładniejszy dom na wsi’. Szanujmy też tych, którzy mają mniej i to co dostaliśmy".

I szanujmy zwierzęta. Bez nich nie ma domu.

- Bardzo mnie cieszy, że wokół programu poszła taka prozwierzęca fama. Ludzie z naszych rodzin i tych, którzy zgłaszają innych, mówią: "Tylko pamiętaj, pies nie może być na łańcuchu, bo Dowbor nie weźmie domu, gdzie zwierzęta są źle traktowane". Nie tylko ja - wszyscy w ekipie uwielbiają zwierzęta, dopieszczamy je jak się da i staramy się im pomóc. Składamy się na budy, miski i jedzenie. Pies, który miał łańcuch na szyi, dostał od naszej pani reżyser obrożę. Każdy się stara zrobić coś dobrego i za to cenię swoje "dzieciaki". Tak mówię o ekipie, bo przecież ja jestem najstarsza! "Dzieciaki" są spoko. Będę naprawdę szczęśliwa, jeśli dostaną Telekamerę 2021.

Rozmawiała: Katarzyna Droga

Katarzyna Dowbor  nominowana jest w plebiscycie Telekamery 2021 w kategorii Osobowość telewizyjna. Program "Nasz nowy dom" otrzymał zaś nominację w kategorii Program rozrywkowy. Głosowanie trwa do 11 lutego - oddaj im swoje głosy!

***

Zobacz również:


Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama