Reklama

Reklama

​Kiedy w domu rządzą dzieci

Sześciolatek biega po podwórku z czekanem, maluch, który uczy się chodzić, podpiera się kuchennym nożem, nastolatek żongluje pochodniami. Takie sceny, to nic dziwnego dla rodziców, którzy zdecydowali się wychowywać swoje dzieci bez zakazów. Dlaczego wybrali taki model wychowania? Sprawdźmy.

Gemma i Lewis

Gemma i Lewis Rawnsley mają siedmioro dzieci. Gemma jest fryzjerką i pracuje w domu, Lewis jest kucharzem. Ich dzieci nie chodzą do szkoły, bo rodzice zdecydowali, że lepiej wychowają je sami, dając im nieograniczoną wolność. Głowa rodziny uważa, że dla dziecka najważniejsza jest niezależność, swoboda i umiejętność samodzielnego myślenia.

Dzieci pytane, co robią w domu, odpowiadają, że palą ogniska, budują proste konstrukcje z drewna i pielęgnują rośliny w ogrodzie. Cieszą się, że ich rodzice nie są wymagający, jak rodzice ich kolegów.

Reklama

Siedmioletnia Pearl, sama strzyże sobie włosy, choć nigdy wcześniej nie miała w ręce maszynki do strzyżenia. Gemma sądzi, że "wychowanie", to nie to samo co "posiadanie", dzieci nie są naszą własnością. Czasem, niektóre sytuacje rzeczywiście są niebezpieczne, ale dzieci uczą się w ten sposób odpowiedzialności. W jej domu dzieciaki same decydują, kiedy chcą iść spać i co będą jeść. W nocy jedzą lody, ale ich ojca wcale to nie dziwi. Uważa, że jest to normalne, bo dorośli często przegryzają coś o nietypowych porach. Dlaczego mieliby zabraniać tego swoim dzieciom?

Finlay ma 12 lat i jest "czarną owcą" w rodzinie. Tęskni za zorganizowanym życiem. Kiedy wstaje późno, ma poczucie, że zmarnował dzień. Kiedy dobrze odrobi prace domową jest z siebie dumny, że coś osiągnął. Właśnie podjął decyzję, że wraca do szkoły. Mówi, że ma tam przyjaciół, lubi się uczyć i odrabiać zadania domowe. Uważa, że zasady mają znaczenie.

Najstarsze dzieci - Finley i Skye - na próbę wróciły do szkoły na trzy dni. Rano były podekscytowane, ale też trochę przestraszone. Rodzeństwo, które było początkowo pozytywnie nastawione, po pewnym czasie stwierdziło, że nie podoba im się to, że w szkole ciągle trzeba robić to samo, a w domu jest zupełnie inaczej - jeden dzień nie jest podobny do drugiego.

Lewis sądzi, że uczenie w domu jest lepszą opcją. Jego dzieciństwo było nudne i chce, by jego dzieci miały lepiej. Z kolei Gemma mówi, że dla niej jest najważniejsze, żeby dziecko czuło się, jak dziecko, czyli było wolne. Na ścianie wisi motto rodziny: "Możesz iść swoja drogą".

Jenna i Dylan

W Salisbury mieszka mama Jenna i jej trzej synowie. Mąż Dylan pracuje w innym mieście i matka sama musi podołać opiece nad nimi. Organizuje im zajęcia - pięcioletni Otis gra w koszykówkę, trzynastoletni Archi gra na perkusji. Wszystko zależy od podejścia. Kiedy najmłodszy syn jej nie słucha, kobieta tłumaczy, że nie jest niegrzeczny, tylko eksperymentuje.

Dzieci mają przyczepę, która jest ulubionym miejscem starszego syna. Tu spędza większość czasu. Do szkoły nie chodzi od 6 lat. Jak mówią, szkoła go przytłaczała, był nieszczęśliwy i wiecznie zestresowany. Nie radził sobie z wymaganiami nauczycieli, miał problemy z tak podstawowymi umiejętnościami, jak czytanie, pisanie i liczenie.

Matka zdecydowała, żeby skupił się na tym, na czym mu zależy, czyli na grze na perkusji. Jego dziadek Mick jest przerażony, że wnuk, nie chodzi do szkoły. Chce zapłacić za jego korepetycje. Uważa, że córka bardzo kocha dzieci, ale nie radzi sobie z utrzymaniem dyscypliny w domu. Dodatkowo martwi się tym, że wnuczek nie ma przyjaciół w swoim wieku. A przecież rodzina to nie wszystko.

Plusy i minusy pobłażliwego rodzicielstwa

Pomysłodawcą rodzicielstwa z "wolnego wybiegu" był pediatra Benjamin Spock, który w latach pięćdziesiątych wydał bestseller "Dziecko. Pielęgnacja i wychowanie". Po wojnie jakość życia ludzi poprawiła się. Rodzice częściej okazywali uczucia dzieciom i akceptowali fakt, że każde z nich jest inne. Byli względem nich mniej restrykcyjni i pozwalali im samodzielnie odkrywać świat.

W latach osiemdziesiątych bardzo popularnym modelem wychowania stało się tzw. rodzicielstwo helikopterowe. Rodzice nadmiernie chronili swoje dzieci i we wszystkim je wyręczali. W efekcie produkowali dorosłych, którzy nie radzili sobie w życiu i ciągle oczekiwali od nich wsparcia. W wyniku kryzysu tej koncepcji, pomysł "wolnego wybiegu" wrócił do łask.

W 2008 roku, dziennikarka gazety "New York Sun", Lenore Skenazy, pozwoliła, by jej 9-letni syn sam wrócił do domu. Chłopiec jechał metrem i autobusem. Miał przy sobie mapę, kartę na transport i 20 dolarów, na wszelki wypadek. Podróż zatłoczonymi ulicami Nowego Jorku nie sprawiła mu najmniejszego problemu. Co więcej, postanowił przyjechać do domu z bardziej odległej części miasta. Ten wyczyn zainspirował wielu rodziców do dawania większej wolności dzieciom. Z drugiej strony, niektórym bardzo nie spodobało się nieodpowiedzialne postępowanie Lenore, a media nazwały ją " najgorszą matką w Ameryce".

Zwolennicy "wolnego chowu" uważają, że dzieci wychowane bez zasad będą szczęśliwsze i lepiej przygotowane do życia. Jako dorośli osiągną umiejętność rozwiązywania problemów i kreatywność. Przeciwnicy metody obawiają się, że ponieważ nie zostały nauczone przestrzegania zasad, nie będą umiały odnaleźć się w społeczeństwie.

Jednostki, które nie chodziły do szkoły i nie mają wykształcenia, nie będą w stanie znaleźć pracy i tym samym skończą na zasiłku dla bezrobotnych, żyjąc na koszt podatników. W Anglii, w ostatnich dwóch latach, o 65 proc. wzrosła ilość rodziców, którzy zabrali dzieci ze szkoły. Edukacja w UK jest obowiązkowa, lecz rodzice mogą uczyć dziecko w domu, bez konieczności uzyskania zgody instytucji edukacyjnych.

Zobacz także:

Koniec z rajem dla pedofilów

Oskarżają dzieci o czary. Potem dzieje się coś strasznego

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy