Reklama

Reklama

Magda Jethon o swojej pracy w Trójce

Magda Jethon, była dyrektor Trójki /Jarosław Wojtalewicz /AKPA

Jeszcze jakiś czas jeden z wicedyrektorów, mijając mnie na korytarzu, krzyczał, tak niby do siebie: "Ja te wszystkie ku..y z Solidarności niebawem powypi.....am". Sądziłam, że moje dni są policzone - wspomina Magda Jethon, była dyrektor Programu III Polskiego Radia w swojej książce "Państwu pierwszym opowiem o Trójce".

Przeczytaj fragment książki "Państwu pierwszym opowiem o Trójce" Magdy Jethon:

Urodziłam się w Polanicy-Zdroju. Ponieważ byłam bardzo malutka, Tato nosił mnie w teczce.

Kiedy miałam cztery latka, rodzice kupili mojej starszej siostrze pod choinkę tomik wierszy Gałczyńskiego. Czytaliśmy je na głos przez całe święta. Miałam dobrą pamięć, niektóre do dziś pamiętam w całości. Wtedy nie wszystko rozumiałam, więc mama tłumaczyła mi, co to są aluzje, przenośnie, złote myśli i tak dalej.

Zafascynowała mnie wówczas "ballada o trzęsących się portkach", która tak się kończyła:
Gdy wieje wiatr historii,
ludziom jak pięknym ptakom
rosną skrzydła, natomiast
trzęsą się portki pętakom.

Reklama

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, kto to pętak, nie znałam też pojęcia "przypadek". A to właśnie przypadek, jak się okazało znacznie później, pchał mnie gdzieś tam...

Mówiono mi wówczas, że muszę być grzeczna i dobrze się uczyć, bo inaczej w przyszłości będę zamiatać ulice. Byłam więc posłuszna, poszłam do szkoły i stałam się prymuską. Nie mogłam jednak pojąć, dlaczego w świecie dzieci najważniejszy jest ten, kto się dobrze uczy, a w świecie dorosłych odwrotnie - czyli klasa robotnicza. No i niestety w pewnym momencie spostrzegłam, że będąc dobrą uczennicą, zamykam sobie drogę do tej najważniejszej grupy, czyli do klasy robotniczej. Wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że świat nie musi być logiczny, a logika może być nawet bolesna.

Czcić proste działania

I tak, być może z przekory - albo z natury, ciągnęło mnie do logiki. Stąd w młodym wieku moje zainteresowanie matematyką oraz fascynacja niezwykłym artystą, który z wykształcenia był architektem. Eugeniusz Get-Stankiewicz, czyli Get, dziś już nieżyjący profesor wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych, był w latach siedemdziesiątych minionego stulecia utalentowanym młodym grafikiem.

Get realizował swoje projekty artystyczne z żelazną konsekwencją i właśnie logiką. Pomysły podsuwało życie, a raczej system komunistyczny, bogaty w absurdy. Profesor często mawiał o sobie, że stosuje małe prowokacje, by przeżywać małe strachy, z naciskiem na małe. Ale te strachy w tamtych czasach wcale nie były takie małe. (...)

Jednak moja fascynacja dotyczyła innych jego działań. Pewnego dnia postanowił, że zrobi piękną marmurową tablicę z niezwykle starannie wykonanymi mosiężnymi literami i wmuruje ją przy wejściu do artystycznego pasażu na Jatkach we Wrocławiu. Będzie to Tablica Ku Czci Prostych Działań czyli "1+1=2". Pierwszy raz zamontował ją w grudniu 1978 roku. Zrobiłam o tym audycję. W stanie wojennym tablica została rozbita, bo "komuś" przeszkadzała. Wtedy już było wiadomo, że prawdy oczywiste mogą być bolesne. (...)

Marmurowa tablica Geta "1+1=2" z grudnia 1978 roku jest w mojej pamięci do dziś. Swoją drogą, warto czcić proste działania.

Pilnowanie rządówki

Trudno w to uwierzyć, ale dwa miesiące później otarłam się o konflikt międzynarodowy. W roku 1979 stosunki pomiędzy Chinami a Wietnamem były napięte - obydwa państwa rywalizowały o prymat w regionie, a w okresie zimnej wojny swoje robiła globalna polityka i rywalizacja mocarstw światowych. Przyznam, że kompletnie nie byłam zorientowana w światowej polityce. Jednak pracując w radiu, dowiedziałam się, że na 15 lutego 1979 Chińska Republika Ludowa planowała odwetowe uderzenie na Wietnam. I tak, kiedy wojska chińskie stanęły na granicy wietnamskiej, polskie media postawiono w stan pełnej gotowości. W Radiokomitecie, czyli w Komitecie do spraw Radia i Telewizji, bo taka była oficjalna nazwa połączonych rozgłośni Polskiego Radia i Telewizji Polskiej, ustalono nocne dyżury i ja też taki dyżur w pokoju numer 14 miałam pełnić.

W trakcie nocnego dyżuru, poza wykonywaniem wyznaczonych obowiązków, mogłam się przespać na zsuniętych fotelach dyrektorskiego gabinetu. Moim obowiązkiem było kilkakrotne obejście budynku oraz pilnowanie, czy nie zadzwoni tak zwana rządówka. Rządówka to był czerwony telefon, z którego nie dało się dzwonić na dowolny numer, ponieważ po podniesieniu słuchawki następowało automatyczne i natychmiastowe połączenie z Komitetem Centralnym PZPR. Byłam bardzo przejęta bliskością tak groźnego urządzenia. Nie wyobrażałam sobie tego, jak mój organizm zareaguje na ewentualny dźwięk telefonu. Poza tym poczucie odpowiedzialności kazało mi nie zmrużyć oka w ciągu całej nocy. Nie chciałam przecież zaniedbać swoich obowiązków i w ten sposób zagrozić bezpieczeństwu strategicznego obiektu, jakim był budynek przy Myśliwieckiej 3/5/7. (...)

A wracając do rządówki, miałam koleżankę, która w tamtych czasach pracowała w "Kurierze Polskim". Opowiadałam jej nieraz, że u nas w radiu jest rządówka. "Kurier" nie był tak strategicznym medium jak Radiokomitet, więc czegoś takiego nie mieli, ale z wielkim przejęciem, żeby nie powiedzieć ze strachem, słuchali opowieści o tym tajnym urządzeniu. Okazało się, że tej samej nocy, kiedy ja miałam dyżur w Trójce, ona nocowała w siedzibie "Kuriera". Nudząc się i nie mogąc zasnąć na dyrektorskich fotelach, postanowiłam sobie zażartować i zadzwonić do niej. Wykręciłam numer i nie zmieniając głosu, zwyczajnie powiedziałam: "Tu rządówka, proszę natychmiast wyjść z zajmowanego pomieszczenia, iść do sklepu i kupić maskę tlenową. Desant nastąpi za pół godziny". Byłam pewna, że pozna mnie po głosie. A tymczasem usłyszałam jej przerażony głos: "Ale ja nie mam żadnej rządówki, to pomyłka".

Tej nocy, grzecznie dyżurując, uratowałam Trójkę!!! Trzydzieści lat później "ratowanie" wyglądało zgoła inaczej.

Trudny start dyrektorski

1 marca 2009 roku objęłam po raz pierwszy stanowisko dyrektora Trójki. Należał mi się gabinet, czyli pokój 100c. Trudno w to uwierzyć, ale budżet roczny Trójki był już wtedy "przejedzony" w sześćdziesięciu procentach, a minęły dopiero dwa miesiące roku. Wiedziałam, że jeśli natychmiast czegoś nie wymyślę, to w bardzo krótkim czasie nie będę miała pieniędzy na podstawową działalność. Również nie będę mogła publicznie wytłumaczyć, co się z nimi stało, bo finanse to tajemnica spółki. Obawiałam się, że za chwilę to mnie posądzą o nieodpowiedzialność i nieumiejętne gospodarowanie.

A więc musiałam działać. A że miałam jakąś elementarną ogładę matematyczną, bo trochę studiowałam matematykę, szło mi całkiem sprawnie. Szybko zrobiłam remanent i błyskawicznie podjęłam decyzje oszczędnościowe. W maju wiedziałam, że to absolutnie nie wystarczy. Zaczął chodzić mi po głowie pomysł zrobienia zbiórki publicznej na Trójkę. Ponoć moi poprzednicy również o tym myśleli, ale jak wiadomo - myśleć a zrobić to nie to samo. Wtedy zrobienie zbiórki wymagało zgody Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Trzeba było złożyć odpowiednie papiery, mieć pomysł, na co ma być ta zbiórka, bo na działalność podstawową zrobić jej nie można, wszystko to opisać, wypełnić całą stertę formularzy i tak dalej. Przed nami były długie, żmudne i skomplikowane procedury.

Nikt z nas nie miał zielonego pojęcia, jak się do tego zabrać. Prawnicy radiowi odmówili pomocy, zarząd również nas nie wspierał - był prawdopodobnie zaskoczony pomysłem - ale też nie zabronił realizacji. Pewnie dlatego, że nie wierzył, iż to się może udać. Zrobiłyśmy więc razem z moimi Ankami (Anką Krakowską, wicedyrektorką, i Anką Burzyńską, sekretarzem programu) zrzutę na prawnika.

Ela Walendzik znalazła bardzo młodego praktykanta po prawie i on zaczął się w to wgryzać. Bardzo się starał, lecz stopień trudności lekko nas wszystkich przerastał. Wiedzieliśmy, że musimy założyć Komitet Miłośników Trójki, który będzie ciałem wykonawczym naszego pomysłu. Musiał to być komitet, bo można go założyć prawie z dnia na dzień, a stowarzyszenie trzeba zarejestrować w sądzie, co może trwać nawet pół roku. W skład naszego komitetu weszli znani artyści, między innymi Zbyszek Zamachowski, Wojtek Malajkat i Krzysztof Daukszewicz.

W czerwcu podjęłam decyzję, że muszę się spotkać z ministrem spraw wewnętrznych Grzegorzem Schetyną. Szczęśliwie się złożyło, że pod koniec czerwca był umówiony do Salonu Politycznego Trójki. (...)

Zaczaiłam się pod studiem i kiedy wychodził, wciągnęłam go do saloniku (pokój 127). Nigdy wcześniej nie spotkałam pana ministra, nie byłam też pewna, czy on wie, kim ja tu jestem, w końcu byłam dyrektorką dopiero czwarty miesiąc. Pan minister bardzo się spieszył i odniosłam wrażenie, że niezbyt chętnie mnie słucha. Starałam się przedstawić wszystko krótko i sprawnie. Po kilku zdaniach przerwał mi i powiedział chłodno: "Proszę złożyć papiery", i natychmiast zaczął podnosić się z fotela. W tym momencie, ku wielkiemu własnemu zdziwieniu, zauważyłam, że złapałam go za kolano i nie pozwoliłam mu wstać. Spojrzał na moją rękę i się roześmiał. Powiedziałam: "Panie ministrze, ja nie proszę o rybę, tylko o wędkę. Niech pan da nam szansę. My złożymy papiery, ale niech one tam nie leżą tygodniami". Śmiejąc się już głośno, powiedział coś w rodzaju "zobaczymy".

Złożyliśmy papiery i wyjechałam na Open’er Festival do Gdyni. Pierwszego dnia była piękna pogoda, więc rano poszłam na spacer brzegiem morza. W pewnym momencie, mimo huku fal, usłyszałam, że dzwoni mój telefon. Pan w słuchawce powiedział: "Dzwonię z MSW, chciałem zapytać, dlaczego te papiery są tak kiepsko wypełnione". Postanowiłam wrócić do Warszawy. Poprosiłam, żeby przysłali swoje uwagi. Składając dokumenty, poinformowałam, że zbiórkę zamierzamy rozpocząć 10 sierpnia. Uważałam, że to może zmusić MSW do szybszej decyzji. Prawdę mówiąc, nie wierzyłam, że to się tak szybko uda zrobić. A jednak... w połowie lipca mieliśmy decyzję. Radość była wielka.

Musieliśmy się do zbiórki przygotować. Przede wszystkim nagrać spoty ustami najwybitniejszych artystów, twórców i wybitnych ludzi. Cały zespół Trójki był w tę pracę zaangażowany. Udało się. Zaczęliśmy 10 sierpnia. Codziennie oglądałam stan konta i czytałam wpisy, które były przy wpłatach.

To niezwykle wzruszające chwile. Zebraliśmy prawie milion. Słuchacze wpłacali kwoty od 3 złotych, poprzez 33, 333, 3333, a nawet ktoś wpłacił 33 333 złote. W zespole zapanowała euforia. Słuchacze, którzy chcieli się ujawnić, wypełniali ankietę i przysyłali swoje zdjęcie. Powstał unikatowy Album Miłośników Trójki. Wydaliśmy go w trzech egzemplarzach, jeden zlicytowaliśmy podczas akcji "Idą święta", dwa zostały w Trójce. Wiedziałam, że jesteśmy uratowani. Niestety zaszła niespodziewana okoliczność - na początku września zmieniono zarząd Polskiego Radia. (...)

Radiokomitet - jednostka zmilitaryzowana

Gdyby kilka lat wcześniej ktoś mi powiedział, że w przyszłości pomoże mi MSW, to umarłabym ze śmiechu. W latach osiemdziesiątych - pozwolę sobie cofnąć się w czasie - MSW (oraz pokój numer 1 na Myśliwieckiej) przywołuje moje najgorsze wspomnienia.

Kiedy stan wojenny spowodował przekształcenie Radiokomitetu w jednostkę zmilitaryzowaną, w styczniu 1982 rozpoczęto weryfikację dziennikarzy. Wzywano nas na konkretną godzinę. Była lista i każdy wiedział, po kim wchodzi. Weszłam tam naprawdę bardzo zdenerwowana. Było to dla mnie strasznie upokarzające. Nikt nie chciał stracić pracy, a z drugiej strony nikt nie chciał kolaborować z władzą. Przy stole siedziały cztery osoby. Trzech panów i jedna kobieta. Jeden pan był z kadr, widziałam go pierwszy raz w życiu, drugi świeżo szkolony w Moskwie, parę miesięcy przed stanem wojennym zaczął urzędować na Myśliwieckiej, chyba w pokoju numer 8. Trzeci był dziennikarzem Trójki współprowadzącym audycję Polityka dla wszystkich.

Aktywna w zadawaniu pytań była kobieta. Pamiętałam ją z bufetu na Myśliwieckiej, a więc prawdopodobnie pracowała w Czwartym Programie Polskiego Radia, który wtedy miał swoją siedzibę w tym samym budynku co Trójka. Chodziła zawsze z chustką na głowie, pod którą moim zdaniem miała niezmiennie lokówki. Jak tylko weszłam, któryś z panów zapytał mnie: - No to chcieliście przejąć władzę, tak?

Chodziło im chyba o to, że chciałam obalić ustrój. Byłam autentycznie zdziwiona. Nie miałam pojęcia, jak się przejmuje władzę, poza tym denerwowało mnie to, że zwracają się do mnie w liczbie mnogiej, jak do towarzysza. A ja nigdy ich towarzyszem nie byłam. Byłam za to młoda i zadziorna (a przy okazji nieświadoma konsekwencji). Obejrzałam się za siebie i burknęłam, że przyszłam tu sama.

W połowie lutego już wiedziałam, że zweryfikowali mnie negatywnie. (...) To oczywiście znaczyło, że zaraz mnie wywalą, a nawet więcej - że nigdy nie dostanę paszportu ani nie będę awansować w żadnej pracy. Szybko poszłam do kadr i złożyłam podanie o urlop wychowawczy, dzięki czemu przez kilka lat nikt nie mógł mnie wyrzucić. Poszedł jednak za mną wilczy bilet. Dowiedziałam się o nim stosunkowo szybko.

Malowałam, szyłam, robiłam na drutach

Kiedy dyrektor Desy, który był znajomym mojej babci, obiecał, że mnie zatrudni w Galerii Zapiecek, szalenie się ucieszyłam. Gdy jednak przyszłam podpisać umowę, bardzo mnie przeprosił i powiedział, że jest mu przykro, ale dostał zakaz zatrudnienia mnie. Trójka podczas weryfikacji została kompletnie przetrzebiona. Z mojej redakcji, publicystyki i reportażu, zostały tylko dwie osoby. Wyrzucono wszystkich autorów rozrywki, między innymi Zembatego i Janczarskiego. Najłagodniej obeszli się z redakcją muzyczną, tam chyba nikt nie stracił pracy. Tych, którzy ocaleli, wysyłali do innych programów, żeby rozbić jedność zespołu. Na nasze miejsca ściągano natomiast ludzi z całego radia. Po Trójce został tylko szyld.

Żeby się utrzymać, wykorzystywałam swoje talenty artystyczne. Malowałam kopie starych ikon, szyłam ubrania i robiłam na drutach swetry. Miałam poczucie krzywdy. Kiedy ja marnowałam najlepsze lata swojego życia, inni, którzy przyszli na nasze miejsca, robili błyskotliwą karierę.

Do Trójki wróciłam w 1989 roku. Niewiele osób już znałam, a nowi patrzyli na mnie jak na intruza. Zanim jednak wróciłam, wezwano mnie, tak dla porządku, na Rakowiecką. Pan rozmawiał ze mną ze dwie godziny. Chciał, żebym zrozumiała, że wszystko o mnie wie. Nie było to przyjemne spotkanie, tym bardziej że byliśmy po częściowo wygranych wyborach w czerwcu ’89 roku.

Ledwo zaczęłam pracę, dowiedziałam się, że wkrótce będą zwolnienia. Poddali nas swego rodzaju weryfikacji. Nazywało się to przeglądem kadr. Prezesem Radiokomitetu był już Andrzej Drawicz, ale zmiany nie poszły tak szybko w dół, jak to się dziś odbywa. Jeszcze jakiś czas jeden z wicedyrektorów, mijając mnie na korytarzu, krzyczał, tak niby do siebie: "Ja te wszystkie ku..y z Solidarności niebawem powypi.....am". Sądziłam, że moje dni są policzone. Na szczęście za jakiś czas jego wyrzucili. A właściwie awansowali. Poszedł na ważnego dyrektora do telewizji. (...)

Jerzy Sosnowski

Na co dzień nie myśli się o Solidarności, no, chyba że przychodzi taki czas. U nas był to rok 2010. Naszym przywódcą duchowym był Jurek Sosnowski. Ale zanim do tego doszło, Jurek dziewięć lat wcześniej pojawił się w Trójce.

W 2001 roku do Redakcji Publicystyki, w której byłam szeregową redaktorką, przyszedł nowy kierownik Andrzej Rychcik. Wtedy Kluby Trójki prowadziliśmy w kilka osób: Hanna Maria Giza, Jacek Ejsmond, Grażyna Dobroń i ja. Rychcik zaprosił do prowadzenia Klubu nową osobę, Jerzego - powiedział nam, że pan Sosnowski podniesie poziom tego pasma. Takie sformułowanie nie sprzyjało dobrym relacjom. Krótko mówiąc, trochę nas zdołował i równocześnie nie nastawił zbyt pozytywnie do Jerzego.

Dostałam polecenie wprowadzenia nowego kolegi w tajniki kuchni radiowej, która nie była mu zbyt dobrze znana. Zaprosiłam go na mój Klub, żeby zobaczył, jak to się robi, instruowałam w sprawach podstawowych: jak się macha do realizatora, kiedy się chce na przykład wypuścić muzykę lub odebrać telefon. Nie przypominam sobie, żebym, w tej sytuacji, była szczególnie miła, na szczęście on tego w ogóle nie pamięta.(...)

Wracając do Jerzego, który jako człowiek niezwykle uczciwy zawodowo, ale również i prywatnie, honorowy, mądry, szlachetny, był zawsze dla wielu osób w Trójce autorytetem. W 2007 roku po zmianie dyrekcji odszedł, bo nie zgadzał się na tendencyjne majstrowanie przy jego audycjach. Może czasem był zbyt porywczy, ale zawsze koncyliacyjny. Tu konieczna dygresja. Kiedy ostatnio nowa pani prezes (od 8 stycznia 2016 roku) odwoływała mnie ze stanowiska dyrektora, zapytała, czy widzę kogoś właściwego z zespołu na moje miejsce, czyli na dyrektora Trójki. O to samo zapytała Ankę Krakowską, wicedyrektorkę. Jak się okazało, bez konsultacji obie wymieniłyśmy Jerzego. Pani prezes uśmiechnęła się i powiedziała, że to niemożliwe, on nie jest koncyliacyjny. To był główny zarzut pod jego adresem. (...)

Cicha koalicja

Jesienią 2009 roku w mediach publicznych zawiązała się koalicja PiS i SLD. W wyniku tej cichej umowy w Polskim Radiu obie te partie podzieliły się programami. Jedynka przypadła SLD, a Trójka PiS-owi. 29 grudnia 2009 roku zostałam odwołana, na moje miejsce powołano Jacka Sobalę. Następnego dnia w internecie ukazał się protest, który podpisało najpierw kilka osób, a już po upływie doby prawie cały zespół. Byłam w szoku, pomyślałam, że warto zostać odwołanym - choćby po to żeby czegoś takiego doświadczyć.

Inicjatorem listu był Jerzy. W styczniu wystąpił z propozycją założenia Trójkowego związku zawodowego. Duże zebrania związkowe odbywały się w Studiu imienia Agnieszki Osieckiej, gdzie formułowaliśmy postulaty do zarządu. Atmosfera była przeważnie gorąca i bojowa, chociaż niektórzy walczyli ze strachem. Taką szczególną odwagą, poza Jerzym, wykazywały się trzy osoby: Anka Krakowska, Sylwia Héjj i Wojtek Dorosz. Mniejsze zebrania, władz związkowych, odbywały się w restauracji "Return", oddalonej o sto pięćdziesiąt metrów od naszej siedziby na Myśliwieckiej. Tam omawialiśmy sprawy niewymagające obecności wszystkich. Szczerze mówiąc, tam knuliśmy.

W postulatach do zarządu PR znalazło się między innymi żądanie odwołania Jacka Sobali, który stworzył bardzo obszerną listę osób do zwolnienia, a Jerzego Sosnowskiego odsunął od anteny z powodu wypowiedzi dla prasy o konflikcie w stacji - miał on w ten sposób naruszyć interes spółki Polskie Radio SA. Ta wojna prowadzona była z naszej strony dość mądrze, a na pewno - jak się okazało po niedługim czasie - skutecznie. W końcu po dziesięciu miesiącach zarząd spełnił wszystkie nasze postulaty oraz ponownie powołał mnie na dyrektora.

Prawdę mówiąc, pomógł nam troszkę sam dyrektor Jacek Sobala, który wystąpił na wiecu "Gazety Polskiej" jako dyrektor Trójki i mówił, cytuję z pamięci: "Uwierzcie, ten kraj może być nasz". Wbił gwóźdź do swojej trumny. 26 maja został odwołany z funkcji. Stało się to wieczorem. Wiadomość otrzymaliśmy przed 21.00. Dyżur serwisowy pełniła Małgosia Spór. Nie było jednak pisemnego potwierdzenia tej informacji - Anka Krakowska zarządziła, że musimy poczekać, aż zamieszczą ją na stronach internetowych Polskiego Radia. Minutę przed 21.00 zobaczyliśmy oficjalny komunikat. Małgosia przeczytała: "Jacek Sobala nie jest już dyrektorem Programu 3, tak zadecydował zarząd Polskiego Radia...".

Radość, jaka spłynęła na każdego z nas z osobna, spowodowała, że bez umawiania się nagle niemal wszyscy przyjechali do radia. Każdy coś przywiózł. Jeśli nie był to szampan, to coś do przegryzienia. Nigdy nie przeżyłam takiej zbiorowej radości. Kolejny komunikat do następnego wydania serwisu pisaliśmy wspólnie... (...)

Sytuacja w Trójce zmieniła się, ale nowego dyrektora nie było. Mieliśmy za sobą katastrofę smoleńską oraz zaczętą nagle intensywną kampanię prezydencką. Po wygranej Bronisława Komorowskiego nadal nie było w Trójce dyrektora. Latem została wybrana nowa Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Część zarządu, jak to się mówi, ostatnim rzutem na taśmę chciała poupychać na różnych stanowiskach kilka swoich osób. Częściowo plan się udał, ale w przypadku posadzenia na miejsce sekretarza programu, zamiast najlepszej w historii Anki Burzyńskiej, jakiegoś nowego, z zewnątrz, nieznającego specyfiki tego miejsca gościa przelało miarkę. Tym bardziej że nie było dyrektora (ciągle wakat na tym stanowisku), wicedyrektorem był również nowo posadzony gość bez pojęcia o programie i jedyną osobą, która panowała nad całością, była Anka Burzyńska.

Ją właśnie chcieli odwołać. Nowy, protegowany kandydat na sekretarza przyjechał na Myśliwiecką - jeszcze nie został powołany, a już zaczął rządzić. Tego dnia Burzyńska została wezwana przez zarząd na rozmowę. Wiedzieliśmy z kadr, że będą ją zwalniać. Oburzeni, zwróciliśmy się do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która obiecała pomóc. Anka w tym czasie wyruszyła w podróż do oddalonego o około ośmiu kilometrów głównego gmachu Polskiego Radia. Zdenerwowana, weszła do gabinetu i ku wielkiemu zdziwieniu dowiedziała się, że już nikt jej nie odwołuje, a przeciwnie, powołują ją na p.o. dyrektora Trójki. Tak elegancko, a może ze strachu, zarząd wyszedł z tej trudnej sytuacji.

Naciski zelżały, a właściwie prawie ich nie było. Jednak sytuacja w Trójce ciągle była nierozwiązana. Ostatecznie w listopadzie prezes Jarosław Hasiński powołał mnie ponownie, ale tym razem na p.o. dyrektora. Po kilku dniach w przypływie szczerości powiedział, że kiedyś opowie mi, jak to mnie odwoływali 29 grudnia 2009 roku. Nigdy nie miałam okazji wysłuchać tej opowieści, choć przez całe swoje życie zawodowe wysłuchałam ich mnóstwo. Do najciekawszych zaliczyłabym tę opowiedzianą przez Jacka Kaczmarskiego.

Jacek Kaczmarski

Małpiarnia to miejsce, w którym można spotkać niejedną gwiazdę. Tu między innymi po raz pierwszy i ostatni pewnie w życiu spotkałam Edoarda Pontiego - syna Sophii Loren i Carla Pontiego, tu rozmawiałam z Marią Kaczyńską i z wielkim księciem Luksemburga Henrykiem. Tu też w listopadzie 2000 roku spotkałam Jacka Kaczmarskiego. Na antenie Trójki rozmawialiśmy wielokrotnie. Pierwszy raz zetknęłam się z nim na koncercie, niedługo po jego powrocie z dziewięcioletniej emigracji. Wcześniej znałam Jego piosenki z tajnych kaset, które krążyły w stanie wojennym. Ale spotkanie na żywo to coś zupełnie innego. Byłam prawdziwie zauroczona. (...)

Wracając do Małpiarni - pewnej niedzieli tam właśnie przypadkiem się spotkaliśmy. Zapytałam, czy nie zechciałby mi opowiedzieć jakiejś swojej zabawnej przygody do mojego cyklu Pani Magdo, pani pierwszej to powiem. Znał tę audycję, chętnie wziąłby w niej udział, ale twierdził, że nie ma takich przygód. Trochę się opierał, w końcu stwierdził bez entuzjazmu: "Mogę ci coś opowiedzieć, ale to nie jest specjalnie śmieszne i może nie pasować do twojego cyklu". Nalegałam.

W końcu zaczął opowiadać... To zdarzyło się w Australii, gdzie przez parę lat mieszkał z rodziną, ale gdzie z zasady nie koncertował. Bywało jednak, że ulegał namowom przyjaciół i jechał gdzieś, gdzie bardzo chciano go usłyszeć i zobaczyć. Pewnego razu zadzwonił do niego przyjaciel i poprosił, by pojechał do Darwin, stolicy Terytorium Północnego, gdzie mieszkało około pięćdziesięciu niezbyt zamożnych Polaków. Zgodził się, i to bez honorarium, jedynie za zwrot kosztów podróży, i pojechał. Na koncercie, śpiewając Naszą klasę, wybrał sobie spośród publiczności jednego widza. Jak podkreślał, zawsze tak robił. Tym razem padło na szlachetnego mężczyznę o pięknych niebieskich myślących oczach i twarzy przypominającej Josepha Conrada. Uznał, że właśnie z tym człowiekiem złapał dobry kontakt, że to on najlepiej zrozumie przesłanie tej pieśni. Śpiewał zdecydowanie dla niego. Postanowił mu to powiedzieć...

Po koncercie, w trakcie przyjęcia, podszedł do niego i powiedział po polsku: "Dobrze mi się śpiewało, bo czułem, że pan to dobrze odbiera". Tamten kiwnął głową i odpowiedział po angielsku: "Nie zrozumiałem ani słowa, ale mi się podobało". Od słowa do słowa okazało się, że jest to nieślubny syn Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, poczęty w obozie dipisów. Poeta poznał tam lwowiankę, więźniarkę z Ravensbrück Lucynę Wolanowską. Z tego związku w styczniu 1946 roku urodził się syn poety Konstanty Ildefons Gałczyński. Poeta wkrótce wrócił do kraju, a Wolanowska wyjechała do Australii. Była pięciokrotnie zamężna, a syn poety w wieku kilkunastu lat uciekł z domu. Przeżył dużo, miał tak zwane bogate życie, aż w końcu został wielką szychą lokalnej policji na Terytorium Północnym kraju. Rok od spotkania z Jackiem zaczął już mówić po polsku. Jego dwie córki, zafascynowane tym, że jest gdzieś ich ojczyzna i dziadek poeta, też rozpoczęły naukę języka polskiego. Syn poety po latach przyjechał do Polski, by spotkać się z "legalną" córką pisarza Kirą Gałczyńską, i zdaje się, pozostają w dobrych stosunkach do dziś.

Panorama Myśliwiecka

Od początku mojego dyrektorowania proponowałam Jurkowi Owsiakowi powrót na antenę Trójki. Nie mógł tego uczynić od razu, bo miał jakieś inne zobowiązania. Pod koniec 2011 powiedział jednak, że wreszcie dojrzał i chce wrócić. Postanowiłam to wykorzystać PR-owo. Zaproponowałam mu taki układ: my zlicytujemy coś na naszej antenie na rzecz WOŚP, przyjdziemy z tym do studia w czasie Finału i na oczach milionów widzów podpiszę z Jurkiem umowę o współpracy. Chodziło oczywiście o zaistnienie Trójki w telewizji.

Jurek się zgodził. Teraz już tylko trzeba było wymyślić, co zlicytujemy. Pomyślałam, że musi to być obraz z motywem Trójkowym wykonany przez znanego malarza. Ktoś wtedy natychmiast rzucił: "To będzie obraz zatytułowany Panorama Myśliwiecka". Kto ze znanych artystów zgodzi się na namalowanie obrazu na zadany temat i zrobi to w miarę szybko? Przyszedł mi do głowy Edward Dwurnik. Znaliśmy się, więc nie miałam problemu z nawiązaniem kontaktu. Trochę kpił z tej propozycji, trochę go chyba dotykała, ale w końcu po długich mękach zgodził się. Nie pomyślałam jednak, że artysta nie musi być słowny.

Żeby się osobiście z artystą zbytnio nie szarpać, wyznaczyłam do kontaktów z nim Michała Nogasia. Kazałam Michałowi dzwonić przynajmniej raz w tygodniu i pytać, jak postępują prace. Po dwóch tygodniach "koperkowych" rozmów Michał stwierdził, że ma obawy, czy ten obraz w ogóle powstanie. Zadzwoniłam do artysty, który mnie zapewnił, że wszystko jest na dobrej drodze i że już obraz kończy. Po tygodniu troszkę zmienił zdanie i wyznał Michałowi, że lada dzień zabierze się do malowania. Trzy dni przed terminem licytacji obrazu nie było. Stwierdziłam, że odpuszczamy, i zadzwoniłam do Andrzeja Dudzińskiego, znakomitego rysownika, z błaganiem, żeby nas ratował.

Andrzej był bardzo zajęty, ale nie odmówił. Zrobił obraz-kolaż z naszych zdjęć, pod wcześniej nagłośnionym tytułem Panorama Myśliwiecka. Obraz Andrzeja dotarł do nas w czwartek wieczorem, dzień przed licytacją. W tym samym czasie, kiedy odbieraliśmy obraz Dudzińskiego, artysta Dwurnik zadzwonił do Michała i powiedział, że jego obraz jest gotowy, ale ma jedno pytanie: czy my, dziennikarze Trójki, możemy być na nim bez majtek? Jeśli nie, to niech Michał jedzie do niego bez pośpiechu, bo on w tym czasie domaluje wszystkim majtki. Nawet się nie zdenerwowałam, bo miałam już obraz Andrzeja Dudzińskiego.

Po dwóch godzinach Michał wrócił z niezwykle zabawnym, ale co tu dużo mówić - obscenicznym dziełem. Mnie to specjalnie nie przeszkadzało, niemniej zawsze trzeba się liczyć z tym, że ktoś może uznać, iż radio publiczne nie powinno promować takich świństw. Postanowiliśmy umieścić na naszej stronie internetowej obraz w małym formacie, bez możliwości powiększenia - chodziło o to, żeby nie wywołać oburzenia, z jednej strony, z drugiej zaś, dać szansę temu, kto go kupi, żeby choć mniej więcej dojrzał, jaki obraz kupuje. Te zabiegi spowodowały niebywałe zainteresowanie słuchaczy obrazem.

Licytacja przebiegała brawurowo i rozrywkowo. Obraz osiągnął cenę najwyższą w historii naszych Trójkowych licytacji. Kwota niebywała: 180 tysięcy złotych. Licytowaliśmy równocześnie kolaż Andrzeja Dudzińskiego, który również osiągnął, jak na tę technikę, bardzo dobrą kwotę, bo 19 500 złotych. I tak Trójka przekazała w roku 2012 na WOŚP 199 500 złotych. Podczas Finału byłam w studiu telewizyjnym z Arturem Andrusem, pokazaliśmy ten obraz telewidzom oraz podpisaliśmy umowę o współpracę z Jurkiem Owsiakiem. Jurek był zachwycony kwotą, jaką od nas otrzymał, no i podpisaniem umowy. Ta niecodzienna forma kontraktu zainteresowała inne media, które następnego dnia relacjonowały całe to wydarzenie. W ten sposób znów urosła nam słuchalność.

PS Obraz Dudzińskiego kupił znany prawnik, który po dwóch latach stwierdził, że dzieło powinno wrócić do Trójki. Zapakował je elegancko, dołączył butelkę wina i przysłał na Myśliwiecką. Powiesiłam je w gabinecie, żeby wszyscy podziwiali. Obraz wisiał sobie spokojnie do 8 stycznia 2016 roku. Po moim odwołaniu Anki (Krakowska, wicedyrektorka, i Burzyńska, sekretarz programu) stwierdziły, że muszę go sobie zabrać, ponieważ jest na nim mój wyraźnie dominujący wizerunek. Powiedziały: "Żadna dyrekcja tego nie zniesie. Szkoda, żeby się zmarnował". Zabrałam dzieło do domu, ale w razie czego mogę je zwrócić.

"Państwu pierwszym opowiem o Trójce", Magda Jethon. Wydawnictwo Znak. Premiera:13 czerwca 2016.

Skróty i część śródtytułów pochodzi od redakcji.

 

Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje