Reklama

Reklama

Marta Żmuda Trzebiatowska: Przyszłość nam powie po co to było

Delikatna, miła blondynka z seriali potrafi zaskoczyć! Pokazała pazur w „Mowie ptaków”, jako Jakubcowa nie jest już taka miła. Marta Żmuda Trzebiatowska, aktorka teatralna i filmowa, jest realistką, ale wierzy w intuicję. Kiedy wewnętrzny głos każe jej sięgnąć po nowe, słucha go. I to jest właśnie ta chwila…

Katarzyna Droga: - To prawda, że podczas pracy na planie "Blondynki" zauroczyło panią Podlasie?

- Tak, ale nie była to miłość od pierwszego wejrzenia.  Kiedy rozpoczynaliśmy zdjęcia do "Blondynki", mówiłam: "okej, ładnie tu, ale moje Kaszuby piękniejsze!" Wróciłam na Podlasie po roku, miałam trochę więcej swobody i mogliśmy z mężem wyruszyć w  różne nieznane zakątki regionu. Pojechaliśmy do Kruszynian, zwiedziliśmy maleńkie, malownicze wioski, do których trzeba zbłądzić, żeby je zobaczyć. Wtedy straciłam  głowę dla Podlasia. Dwie godziny jazdy od stolicy  i jest się na krańcu świata, w dzikich miejscach bez internetu, na skrawku jeszcze niezadeptanym  przez turystów. Dla mnie to bardzo ważne, spotkania z naturą dają mi siłę. To taki paradoks: pracuję z ludźmi i dla ludzi, kocham swoją pracę, ale jest bardzo wyczerpująca energetycznie i potrzebuję wyciszenia, pustelni. Ładuję baterie w miejscach, gdzie nie spotyka się drugiego człowieka, lecz łosia i bociana... Wyrosłam w sielskim świecie, więc za nim tęsknię.

Reklama

Pochodzi pani z Przechlewa na Kaszubach.  Prowincja dała pani siłę czy czasem utrudniała start w wielki świat?

- I to, i to... Kocham moje rodzinne strony , ale pewnych marzeń tam się nie spełni. Marzyłam o aktorstwie, więc musiałam wybrać jedną z czterech aglomeracji, w których wówczas działały wyższe szkoły aktorskie. Myślałam o Krakowie, ale moją mamę przeraziła odległość,  poszłyśmy na kompromis i stanęło na Warszawie. Większość ludzi nie wierzyła, że zostanę aktorką,  bo wszystkim wydaje się, że do tego trzeba mieć koneksje i mocne łokcie. To zwątpienie i kpiny jeszcze bardziej mnie motywowały, żeby się stamtąd wyrwać. Udało się, ale zderzenie z rzeczywistością było trudne.

 - Kiedy pierwszy raz przyjechałam do Warszawy miałam 18 lat. Nigdy wcześniej nie poruszałam się sama po dużym mieście, doskwierało mi poczucie, że jestem ze wsi i mnóstwa rzeczy nie wiem. Zwykłe sytuacje życiowe mnie zaskakiwały. Na przykład, kiedy pierwszy raz jechałam komunikacją miejską, nie wiedziałam jak skasować bilet. Podpatrzyłam jak to robią inni, ale pamiętam ten stres. Bałam się, że się zgubię.

 - Warszawę tak naprawdę poznałam dzięki  planom zdjęciowym, bo pod koniec studiów zaczęłam dużo grać i wtedy zwiedziłam każdą dzielnicę. Ale już na studiach, w okolicach trzeciego roku, poczułam, że to skąd pochodzę i wartości, które dała mi prowincja, są moją wielką siłą. Może nie jeździłam z klasą na wycieczki do Paryża, ale znałam wolniejsze tempo życia, inaczej mnie wychowano, dostałam w posagu istotne wartości. Dziś wnoszę je do zawodu i do życia rodzinnego. Te wartości chcę pielęgnować i przekazać dzieciom. Niech zbudują swój świat z marzeń, bardzo o to dbam. Ja bardzo lubiłam marzyć, kiedy byłam dzieckiem.  Miałam w pokoju duże okno i siadałam na parapecie i wpatrywałam się w przestrzeń. Nic nie działo się na tym podwórku, ale snułam sobie różne marzenia. 

Według obiegowych opinii szczęśliwe małżeństwo aktorskie, to rzadkość. Czy receptą na dobry związek jest zgodny system wartości?

- To postrzeganie aktorów jest nieco mylne.  Kiedyś pewien kolega powiedział mi: "Martusia, ty to nie jesteś typową aktorką! Z ciebie to taki "generał", masz wszystko poukładane  i twardo stąpasz po ziemi." Też miał wyobrażenie, że my aktorzy unosimy się trzy centymetry nad ziemią. Zapewniam, że pracując w tym zawodzie, można mieć realistyczne podejście do życia, nawet trzeba. W szkole teatralnej moim mentorem i przewodnikiem był Jerzy Radziwiłowicz. Potrafił świetnie opowiadać o aktorstwie, uważał, że ten zawód, to nie tylko chwile uniesienia, ale też technika, warsztat. Bo może nadejść gorszy dzień, kiedy talent nie niesie cię na wyżyny, ale jeśli masz odpowiednią technikę, zawsze zagrasz na pewnym poziomie.

 - Aktorstwo to zawód, tak to pojmuję i to przenosi się na moje życie rodzinne. Ja buty aktorskie zostawiam za drzwiami domu. Owszem, dyskutujemy czasem z mężem przy kolacji, o tym co się wydarzyło na planie czy  w teatrze, ale nie przenosimy emocji do domu.  To, że oboje jesteśmy aktorami postrzegam jako atut, bo ja nie muszę mężowi pewnych rzeczy tłumaczyć.  On dokładnie wie jak ja się czuję dwa dni przed premierą i jak ze mną wtedy postępować. I wzajemnie: kiedy wraca z pracy, od razu czytam czy miał lepszy czy gorszy dzień. Jeśli jest czternastą godzinę na planie i nie odbiera telefonu, to wiem, że zdjęcia się przedłużają i nie może rozmawiać. Kiedy gra sceny "intymne",  wiem co przeżywa, jakie to jest krępujące i obnażające dla aktora, więc mu nie dokładam, nie ma we mnie poczucia zazdrości.  Wiem potem jak go przytulić, albo nie, w ogóle nie ruszać. Dokładnie znam te stany.

Bliskość, rodzina, dom były chyba pomocne w trudnym czasie pandemii?

- Dla mnie to był dziwny moment życia. Pandemia wybuchła  w momencie, kiedy byłam rozpędzona jak pendolino i... nagle jakby ktoś wszystko zabrał. Przed samą pandemią  film Xawerego Żuławskiego "Mowa ptaków." odniósł sukcesy na festiwalach w Gdyni i Nowych Horyzontach  (nominacja do Złotych Lwów 2019, sześć nominacji do Orłów, - przyp. red) Grałam  tam rolę Jakubcowej, która dała mi nominację do Orła i nagle zaczęła otwierać nowe drzwi.  Po tym sukcesie nastąpiło sporo zawodowych rozmów, po których czułam, że nadchodzi coś interesującego. Ale już  w Gdyni wiedziałam, że jestem w ciąży i że plany będą musiały poczekać. Planowałam rok przerwy w pracy, dałam taki czas synkowi, córce też chciałam. Niemniej wiem, że szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko, więc w razie wyjątkowej propozycji zamierzałam godzić macierzyństwo z pracą. 

-  W marcu  przyszła pandemia i wszystko zniknęło. Początkowo myślałam: "nie ma tego złego, poświecę ten czas dzieciom", ale kiedy lockdown zaczął się przedłużać, zaczęłam  tęsknić za pracą, myśleć do jakiego świata wrócimy ... to nie będzie taki sam świat i stracone szanse nie wrócą.  Trudno mieć pretensje do kogokolwiek, tak miało być i myślę, że zrozumiemy to w przyszłości. Uważam, że nie  można oceniać tego co się wydarzyło tu i teraz, trzeba na to spojrzeć z bardziej odległej perspektywy. Zawodowo żal mi pewnych straconych okazji, ale kiedy będę miała 70 lat i będę siedziała na fotelu bujanym, wtedy już będzie jasne, dlaczego tak się zdarzyło.  Może córka będzie mi wdzięczna, że  dostała ode mnie ten czas?  Cieszę się, że ten rok mogłam być przy niej.  Na pewno zaprocentuje to  w jej  życiu.

Córka ma na imię Klara na cześć bohaterki ze "Ślubów panieńskich". To była ważna dla pani rola?

 - Tak, odkąd pierwszy raz w szkole przeczytałam "Śluby panieńskie". Pamiętam, czytałam  na głos, sprawiało mi to olbrzymią frajdę, słyszałam rytm i ten zabawny język.  Już wtedy chodziło mi po głowie, że chciałabym być aktorką i zagrać właśnie Klarę. Potem, na studiach, na drugim roku,  mieliśmy zajęcia z  wiersza fredrowskiego z nieżyjącym już Andrzejem Łapickim.  Przydzielał teksty, byłam pewna, że da mi Anielę, bo wszyscy widzą we mnie taką eteryczną, delikatną  kobietę. A we  mnie drzemie power i siła, ja nie jestem  Anielą, jestem Klarą,!  I jakie było moje  cudowne zdziwienie, kiedy Andrzej Łapicki dał mi scenę Klary.  Jego asystent, Przemek Kaczyński, powiedział potem: "A, Łapa! Po prostu zna się na kobietach!"

 - I tak się rozsmakowałam  w tej Klarze, że kiedy zaproszono mnie na casting do filmu  Filipa Bajona, szłam z przekonaniem, że to musi być moja rola. Tak się stało, a Ania Cieślak została Anielą.  Później, po  zdjęciach, Bajon opowiadał nam, że kiedy weszłyśmy na casting, od razu wiedział, że Aniela i Klara to my.  A kiedy urodziłam córkę, chciałam, żeby była Klarą, dla mnie Klara to silna dziewczyna z temperamentem. Nie wiedziałam tylko co na to mąż, na szczęście bardzo mu się to imię spodobało. 

 Ale teraz, kiedy Klara ma prawie rok, podjęła pani  ważne decyzje zawodowe.  Myśli pani o czymś nowym, w stylu "Mowy ptaków"?

 - Pewnie, że o tym marzę.  Ale jestem realistką i wiem, że takie projekty jak "Mowa  ptaków"  zdarzają  się raz na jakiś czas, a niektórym aktorom nie zdarzają się wcale. Jestem niezmiernie wdzięczna losowi, opatrzności i  Andrzejowi Żuławskiemu, że to mi się przytrafiło. Marcie Kownackiej, która  wspomniała  Xaweremu Żuławskiemu  o moim spotkaniu z jego ojcem,  o tym, że chciał ze mną pracować. Do końca życia  będę nosić w sobie i pielęgnować tę cudowną przygodę: pracę na planie, wolność, i zaufanie, które dał mi Xsawery. A wszystko co się wydarzyło potem, było wielkim zaskoczeniem. Wydawało mi się, że zagrałam Jakubcową  jak każdą inną rolę, którą dostałam, więc kiedy  zaczęłam dostawać  gratulacje i świetne recenzje,  myślałam: "co się wydarzyło, co oni zobaczyli?" Bo to,  co odkryli we mnie po tej roli krytycy, ja wiedziałam o sobie już wcześniej:  że mam siłę i charakter, że umiem być  brzydka wewnętrznie, mogę to zagrać, tylko nikt mi takich ról nie proponował.  To było jak impuls do czegoś nowego.  I to, co mogę teraz dla siebie zrobić, to nie zmarnować tej szansy - pracować i grać, szukać nowych wyzwań. Chciałabym przez swoje role coś mówić.

 - Ważna moja decyzja to rozstanie z Teatrem Kwadrat, który jest teatrem stricte komediowym. Gościnnie z dużą przyjemnością będę tam nadal grać, ale stwierdziłam, że bycie na etacie w teatrze nieco mnie uśpiło. Byłam na ciepłej posadzce 11 lat. W tej chwili jestem wolna i chcę pracować z różnymi zespołami  aktorskimi i reżyserami, chcę doświadczać nowego jako aktorka, może producentka, dojrzewam do tego, żeby zrobić coś sama i po swojemu.  Wiem, że robię to w momencie, kiedy  wszyscy kurczowo trzymają się pracy, bo w pandemii i tak wszyscy dużo potraciliśmy. Czasem sama nie rozumiem swoich decyzji, ale później z perspektywy czasu widzę, po co to wszystko było, i że musiałam tak postąpić. Taka jestem: kiedy intuicja mi mówi "dość", coś się wyczerpało, muszę pójść dalej. Co prawda nie mogę narzekać, bo cały czas troszkę pracuję w serialach...

Na przykład w "Kuchni", nadchodzącym serialu polsatowskim jest pani właścicielką restauracji.

 - To jest nowa rzecz, serial który będzie emitowany prawdopodobnie na jesieni. Śmieję się, że obecnie jestem najlepszym szefem kuchni we własnym domu! Dawniej gotowanie mnie zupełnie nie interesowało. Kiedy byłam nastolatką, mama z babcią usiłowały mnie czegoś nauczyć, babcia ubolewała; "dziecko  jak ty obiad mężowi  ugotujesz?" Śmiałam się z tych schematów starszego pokolenia: "babciu, mąż będzie mi gotował!" Kiedy zostałam mężatką też nie gotowałam, mąż  wiedział, że nie będę siedziała w kuchni i wcale tego nie oczekiwał.

 - Dopiero, kiedy pojawiły się dzieci, polubiłam gotowanie, zrozumiałam że jest  to rodzaj wyrażania miłości, zwłaszcza że jestem fanką zdrowej żywności. Bardzo długo robię zakupy, wnikliwie sprawdzam etykiety, pochodzenie produktu. Dzieci karmię metodą wyboru.  Kładę przed córką  warzywo, rybę i mięso  i obserwuję ją, a ona sama wybiera, czy chce i co chce zjeść. Nie namawiam dzieci do jedzenia. Za moich czasów było tak: "a jeszcze troszeczkę ziemniaczka, chociaż mięsko." W naszym domu tego nie ma, bo ja wierzę, że dzieci są mądre i że trzeba mieć  do nich i do siebie więcej zaufania.

Jest pani poukładaną osobą, ale intuicja jest ważna?

- Lubię mieć wszystko poukładane i pod kontrolą. Już jako nastolatka wracałam ze szkoły i na małej karteczce robiłam sobie plan od której  do której czego się uczę, żeby się ze wszystkim wyrobić i wieszałam sobie te rozpiskę na ścianie. Mama do dziś to wspomina.  Obecnie dzieci uczą mnie, żeby nie wpadać w panikę, jak coś nie pójdzie według planu, uczą mnie luzu i jestem im za to  bardzo wdzięczna. A jeśli chodzi o intuicję, to tak, mam ją bardzo silną, i kiedy się w nią wsłuchuję dobrze na tym wychodzę. Ilekroć ją zlekceważyłam, źle to się kończyło.   Moja "biblią", książką, która  mnie zbudowała i dała mi dużo siły jest "Biegnąca z wilkami."  Pincola Estes  pisze też  w niej o intuicji, że jest  bardzo ważna dla kobiety i każda z nas jest w nią wyposażona, tylko nie każda potrafi czy chce ją czytać. Ja chcę, gdy mam życiowy zakręt, to lubię uciec poza miasto i wiem, co dalej robić. Stąd też moje powroty do natury, bo tam, w ciszy, więcej słyszę.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje