Reklama

Reklama

Marzył tylko o miłości

Dlaczego najbardziej pożądany mężczyzna nie ma szczęścia w miłości i porzucają go kobiety, które kocha? Czy rzeczywiście oszalał i godzinami błąkał się po lesie?

Ostatnich parę lat mojego życia to pasmo różnych zdarzeń. Ktoś bliski umarł na raka, ktoś odszedł ode mnie, trzeba się w tej nowej sytuacji jakoś określić. To trochę kosztuje - przyznał w wywiadzie Robert Gonera (44). Ale nie tylko ostatnie lata obfitowały we wzloty i upadki. W swoim najlepszym okresie, po premierze filmu "Dług" (1999), który przyniósł mu sławę i uznanie, uważany był przez kilka pism za najprzystojniejszego i najbardziej pożądanego Polaka. Ale ten aktor o niepokojąco intensywnym spojrzeniu nie miał szczęścia do kobiet, które kochał.

Reklama

Co jakiś czas układa swoje życie na nowo. Znajomi podkreślają, że zawsze był romantykiem i nadwrażliwcem. Jako licealista napisał kilkaset wierszy, zeszyty z nimi trzymał w skrzyni. Niektóre były publikowane w literackich pismach. Większość poginęła podczas licznych przeprowadzek. - Robert miał plan B - gdyby nie dostał się do szkoły aktorskiej, studiowałby polonistykę i został pisarzem - zdradza znajomy Gonery.

Dwa małżeństwa, przyjaźń, załamanie...

Ale się dostał i właśnie na wrocławskiej uczelni spotkał swoją pierwszą wielką miłość Jolantę Fraszyńską (44). To miało być uczucie na zawsze. Mieli te same zainteresowania, dynamiczne temperamenty, radość i głód życia... Pobrali się, na świat przyszła Nastazja (23). Jednak szybko coś zaczęło się psuć. Jolanta dużo grała, odnosiła sukcesy, Robert nadal był aktorem anonimowym, większość czasu spędzał w domu z dzieckiem.

- Przestał być dla niej atrakcyjny - stwierdza znajomy. W dodatku gorące temperamenty, które początkowo rozpalały ich młodzieńczą miłość, w codziennym życiu coraz częściej prowadziły do konfliktów. Wreszcie Jola postanowiła odejść. - 4 lata po ślubie wzięli rozwód. Rozstali się w gniewie, przez lata nie utrzymywali żadnych kontaktów. Dopiero "osiemnastka" Nastki pogodziła rodziców.

Robert bardzo przeżył swój pierwszy wielki zawód miłosny. Pocieszenie znalazł w ramionach aktorki Edyty Bach (44), przyjaciółki z młodzieńczych lat. Oboje mieli złamane serca i próbowali je sobie nawzajem uleczyć. Jednak i ten związek zakończył się rozstaniem. - Byli dla siebie ratunkiem w trudnych chwilach i pomylili przyjaźń z miłością - uważa znajoma.

Przełom wieków zapowiadał Robertowi zmiany na lepsze. Odniósł wreszcie sukces, spotkał też Karolinę Wolską (36). Ponownie uwierzył, że może istnieć miłość na całe życie. Pobrali się w 2003 r., z czasem pojawiali się na świecie ich synowie - Teodor Józef (9) i Leonard (5). Jednak sukces i popularność miały swoją cenę. Robert był angażowany do wielu filmów i seriali, a nie poprzestawał tylko na aktorstwie. W 2006 r. urzeczywistnił wielkie marzenie - zorganizował pierwszą edycję Międzynarodowego Festiwalu Scenarzystów Filmowych "Interscenario", którego został dyrektorem. W dodatku stale kursował między domem we Wrocławiu a Warszawą.

- W tym samym czasie reżyserowałem spektakl, produkowałem festiwal i zarabiałem w serialu. Byłem nieustannie pod presją - mówił. Za takie życie drogo zapłacił. W 2007 r. gruchnęła wieść, że Gonera oszalał. Mówiono, że podczas kręcenia serialu "Determinator" zniknął z planu. Znaleziono go po kilku godzinach w lesie, gdzie błąkał się bez pamięci, i zawieziono do szpitala psychiatrycznego. On sam szybko prostował te plotki. - Zasnąłem w samochodzie ze zmęczenia w oczekiwaniu na zdjęcia, wyładował mi się telefon komórkowy. Obudzili mnie policjanci, którzy bez podania przyczyny nie chcieli mnie puścić ani skontaktować z produkcją. Od policjanta otrzymałem "ofertę" - albo zamkną mnie na 48 godzin pod niejasnym zarzutem, albo zabierze mnie karetka pogotowia. Wybrałem karetkę - opowiadał.

W szpitalu sanitariusze na siłę zrobili mu zastrzyk uspokajający, choć, jak twierdził, był spokojny i bez sił. - Zastrzyk spowodował palpitacje, myślałem, że umrę - mówił. W nocy żona zabrała go do domu. Po dwóch dniach odpoczynku wrócił do pracy.

Zostały podjęte nieodwracalne kroki

Robert uważa, że pokłosie tego incydentu zniszczyło mu karierę i życie osobiste. - Od tamtej pory trwa koszmar przeciwstawiania się fałszywym doniesieniom i domniemaniom, udowadniania, że potrafię pracować, komunikować się, normalnie żyć. Rodziny, relacji ze światem, kontaktu z dziećmi nikt mi już nie odda - skarżył się.

W tym czasie zmarł na raka jego ukochany ojciec, a żona stwierdziła, że z wiecznie zapracowanym i nieobecnym Robertem prawdziwej rodziny nie da się stworzyć. Przed rozpadem związku nie uchroniła ich małżeńska terapia. - Byliśmy tym kryzysem między nami umęczeni - rozmowami, dyskusjami. I w momencie, kiedy wydawało się, że go pokonaliśmy, zostały podjęte nieodwracalne kroki. I to nie przeze mnie - mówił.

Rok temu rozwiedli się. Robert znów musiał zaczynać nowe życie. Z tego starego ratował tylko jedno - dobre kontakty z synami. Rodzinie zostawił dom we Wrocławiu, sam pomieszkiwał to tu, to tam. Przez pewien czas nic nie robił. Jest sam, ale wie, że się do tego nie nadaje. Znów spróbuje żyć od nowa. I jeszcze raz pokochać kogoś na całe życie...

Agnieszka Brzoza

Dowiedz się więcej na temat: Robert Gonera | koniec kariery | rozwód

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje