Reklama

Reklama

Miłość w czasach powstania

Gdy wybuchło powstanie, miała zaledwie 23 lata, studiowała medycynę na tajnym uniwersytecie i była szaleńczo zakochana. Jej młodzieńcze marzenia, tak jak i wielu innych ludzi z jej pokolenia, legły pod gruzami Warszawy. Po latach w powieści "Doktor Irka. Wojna, miłość i medycyna" Katarzyna Droga odtworzyła losy Ireny Ćwiertni-Sitowskiej i innych studentów podziemnego wydziału medycznego.

Izabela Grelowska, Styl.pl: Napisała pani powieść, ale nie jest to wymyślona historia. Co jest w niej prawdą, a co fikcją?

Katarzyna Droga: - Lwia część fabuły jest prawdą. Pisząc książkę o kobietach w międzywojniu, trafiłam na korespondencję kierowaną do dr Zdany. Postanowiłam dowiedzieć się o niej więcej i w trakcie tych poszukiwań natrafiłam na pamiętniki Ireny Ćwiertni. Dziewczyna studiowała na tajnej uczelni medycznej w czasie okupacji. Szkoła Jana Zaorskiego w Warszawie była oficjalnie szkołą zawodową dla pielęgniarek i sanitariuszy, bo przecież Niemcy nie zgodziliby się na polską uczelnię wyższą. Pod takim płaszczykiem profesorowie realizowali program przedwojennej akademii medycznej.

Reklama

- Irena Ćwiertnia prowadziła dziennik przez prawie dwa lata. Opisywała zajęcia, kolegów, zdarzenia, miłość, swoje wątpliwości i rozterki. Nie mogłam wypuścić z rąk takiego materiału. Zaczęłam szukać jej potomków, gromadzić informacje. Niemal wszystko zaczerpnęłam z jej pamiętnika oraz relacji innych lekarek, które spotkałam. Postacie są prawdziwe, historia miłosna jest prawdziwa, tło wydarzeń jest prawdziwe.

Jak wyglądało kształcenie młodych lekarzy podczas wojny?

- Kiedy rozpoczęła się okupacja, wszystkie polskie uczelnie i szkoły ponadpodstawowe zostały zamknięte. Mogły funkcjonować jedynie szkoły zawodowe. Na przykład w branży medycznej Polacy mogli być najwyżej pomagierami, sanitariuszami i salowymi. Jednak wraz z powstaniem państwa podziemnego zaczęto organizować również nauczanie. To nie były tylko tajne komplety czy matury, także uczelnie wyższe wznowiły swoją działalność. Uniwersytet Warszawski z wydziałem lekarskim też działał. Studenci spotykali się w domach prywatnych, odbywały się lekcje i wykłady.

- Chirurg Jan Zaorski, który jeszcze przed wojną miał szkołę kształcącą masażystów, dostał od dowódców podziemia polecenie stworzenia wydziału medycznego. Niemcy, którzy panicznie obawiali się tyfusu, zgodzili się na kształcenie niższego personelu medycznego w "Prywatnej Szkole Zawodowej dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego" doktora Zaorskiego. Początkowo szkoła mieściła się przy Krakowskim Przedmieściu w gmachu uniwersytetu. Później twarze Polaków zaczęły Niemcom przeszkadzać i Zaorskiemu odebrano tę siedzibę. Dopóki mieli sale, wyglądało to tak, że niby odbywał się przedmiot "Wiedza o ciele człowieka", a w rzeczywistości była to szczegółowa i prowadzona przez bardzo wymagających profesorów anatomia.

- Tajne zajęcia w prosektoriach przypominały sceny z filmu grozy. Studenci wchodzili do mieszczących się w podziemiach prosektoriów pojedynczo, w ciemności, w absolutnej ciszy. Gdy zgromadziła się mała kilkuosobowa grupa, drzwi zamykano na klucz. Sporą część zajęć studenci mieli w szpitalach, przy łóżkach pacjenta. Irena opisuje, jak uczyła się szyć rany, zakładać klamerki. Wszyscy wiedzieli, jak zachować się w razie kontroli ze strony Niemców. Były nawet przygotowane ubrania "odwiedzających", w które studenci mogli się szybko przebrać, oraz szachy czy książki, którymi jako "rodzina" zabawiali chorych. Takie sceny miały miejsce i Irena opisuje je w swoich pamiętnikach.

Opisuje pani życie młodych ludzi, którzy mimo okupacji żartowali, zakochiwali się.

- Chciałam pokazać ludziom, zwłaszcza młodym, że czas okupacji dla osób, które miały wtedy 18- 20 lat to nie była czarna pięcioletnia dziura. Oni musieli jakoś żyć. Nie tylko bać się, nie tylko uciekać i się zamartwiać. Byli młodzi, kochali się, chcieli się bawić, urządzali domówki, sylwestry. Chcieli się śmiać.

- Irena napisała w pamiętniku, że najszczęśliwszym dniem w jej życiu był ten, w którym dostała się na tajne studia medyczne. Zrobiło to na mnie wrażenie. Mimo okupacji, strachu, niepewności to był najszczęśliwszy dzień jej życia. Miłość, niezapomniana i jedyna, też miała miejsce w czasie okupacji. Ten wątek powracał również we wspomnieniach innych lekarzy. Byli młodzi, spotykali się, mieli plany, chcieli się pośmiać, choć wiedzieli, że mogą zginąć. Nasz obraz okupacji jest zdominowany przez grozę, a istniały też inne elementy codzienności. Młodzi ludzie po prostu chcieli żyć, kochać i być szczęśliwi.

Była też ciemniejsza strona. W powieści na Irenę donosi koleżanka z grupy.

- To prawdziwa historia. U podstaw złego czynu legła miłość, zazdrość o mężczyznę. Anna - zostawiłam jej prawdziwe imię, choć nazwisko jest zmienione - była córką naukowca, który bardzo wsławił się w walce podziemnej. Ona sama też brała później udział w powstaniu warszawskim. Proszę zwrócić uwagę na złożoność tych losów. Ta sama osoba, córka zagorzałego patrioty, potrafiła donieść do Gestapo na Irenę, bo chciała usunąć rywalkę, ale później brała udział w walkach. Podziemie chciało zlikwidować tę dziewczynę jako donosicielkę, ale Irena wstawiła się za nią. Być może działalność jej ojca też przyczyniła się do tego, że ostatecznie jedynie ją nastraszono.

Dużo też pani pisze o roli, jaką młode kobiety odgrywały w powstaniu.

- Mówiąc powstańcy, często myślimy o tych mężczyznach z bronią w ręku, którzy musieli walczyć na barykadach. Mniej mówi się o dziewczynach, które jako sanitariuszki i łączniczki odgrywały niejednokrotnie rolę kluczową. Łączniczki przenosiły nie tylko rozkazy, ale też informacje, wiadomości od rodzin, gazety, żywność. Postać "Zytki" - "Królowej kanałów" przeprowadzającej powstańców kanałami również jest prawdziwa.

- W książce opowiadającej o studentach medycyny więcej miejsca poświęciłam sanitariuszkom, które udzielały pomocy w organizowanych naprędce punktach. Na noszach, deskach, drzwiach przenosiły chorych do szpitali, gdzie lekarze pracowali dzień i noc. Szybko powiększały się stosy amputowanych kończyn. Opatrywały, czasami nie bez wątpliwości, również rannych Niemców. Trzymały się konwencji genewskiej i takie sytuacje się zdarzały, przynajmniej dopóki działały jeszcze jakiekolwiek cywilizacyjne prawa, a Niemcy nie zaczęli mordować na oślep wszystkich.

Opisując powstanie warszawskie, skupia się pani wyłącznie na tych młodych ludziach, którzy w strukturach podziemnych byli na dole. Praktycznie pomija pani dowódców i to, jak podejmowali decyzje...

- Chciałam przede wszystkim pokazać codzienność Warszawy. Dominującym tematem tej książki jest podziemny wydział medycyny i jego studenci w czasie okupacji i powstania. Ich wysiłek i poświęcenie były niesamowite i dla mnie najważniejsze. To ci młodzi ludzie są bohaterami powstania. Rozmawiałam zresztą z wieloma z tych osób i one często nawet nie rozumieją współczesnej dyskusji, czy powstanie było słuszne i czy decyzje były właściwe. Oni na to czekali. Codziennie widzieli powieszonych ludzi, wsiadając do tramwaju nie wiedzieli, czy z niego wyjdą, czy wrócą do domu. Tego nie można było dłużej znosić.

- Myśląc o powstaniu, wyobrażamy sobie jedynie walki, bomby, kanały i oczywiście to było pierwszoplanowe, ale jest też aspekt, o którym rzadziej się mówi. Tworzono teatry powstańcze, brano śluby, zdobywano jedzenie. Zależało mi na tym, żeby tę wielowymiarowość codziennego życia powstańczego również pokazać.

Powstrzymuje się pani od oceny powstania warszawskiego, ale w dwóch miejscach książki pojawia jednak pytanie o sens, wplecione w myśli bohaterów. Nie miała pani pokusy, żeby rozwinąć ten wątek?

- Chciałam postawić czytelnika wobec faktów, żeby sam mógł odpowiedzieć sobie na pytanie, jaki według niego sens mają takie zdarzenia i takie decyzje. Ja od dawna mam wypracowany swój pogląd na ten temat. Jeśli chodzi o czyn tych młodych ludzi, którzy poszli walczyć, ginąć, którzy zmienili swoje życie z dnia na dzień, którzy byli pewni, że w kilka dni uda się im pokonać wroga - według mnie ich decyzje i działania były bezdyskusyjnym bohaterstwem.

- Jeśli chodzi o samą decyzję o wybuchu powstania i ocenę dowódców, to uważam, że miasto i społeczeństwo poniosło tak wielką stratę, że należało ją lepiej przeanalizować. Do dowódców mam żal o to, że poświęcili miasto, poświęcili całe młode pokolenie. Że nie przewidzieli, nie poczekali. Natomiast nie wiem czy powinniśmy się tak skupiać na ocenach tego, co się już stało. Dla mnie ważniejsze jest utrwalenie pamięci o tych ludziach. I może przestroga, że nie powinniśmy tak szastać bohaterami i krwią naszych dzieci.

Kontynuuje pani tę historię również w czasach powojennych. Czy trudno było odtworzyć te losy i wydarzenia?

- Bardzo lubię patrzeć na zdarzenia z perspektywy różnych czasów. Do tego taka konstrukcja pomogła mi wpleść w fabułę tajemnicę Jerzego. Pamiętniki Ireny nie sięgały do czasów współczesnych, więc nagle tych informacji było mniej. Znalazłam jednak sporo materiałów dokumentalnych, odnalazłam też syna Ireny Ćwiertni. Korzystałam z pamiętników wydanych przez Warszawskie Towarzystwo Lekarskie, w których relacjonowane są również czasy powojenne. Kiedy pisałam tę powieść to nie było już trudne, ale w czasach, kiedy doktor Irena Sitowska zaczynała uczestniczyć w spotkaniach kombatanckich i szukać prawdy o tym, co się właściwie zdarzyło 8 września, z pewnością było inaczej.

 

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy