Reklama

Reklama

Moje drogie ciało

Patrzymy krytycznie w lustro, oceniamy swoje ciało, jakby od niego zależało nasze szczęście. Kremy, dieta, botoks, czasem skalpel – i wciąż niezadowolenie. Ciągła myśl „jestem za gruba, tu mi coś zwisa” odbiera radość życia i pewność siebie. Tak bardzo, że w badaniach na temat wyglądu przypadł nam tytuł najbardziej zakompleksionych Europejek. Co kryje się za tą obsesją? Jakie problemy chcemy ukryć? I czy naprawdę piękniejsza, szczuplejsza, młodsza znaczy lepsza?

Być jak Marylin

Małgorzata, 50 lat, stomatolog. Dzięki operacjom plastycznym wygląda 15 lat młodziej. - Co myślisz o swoim ciele? - Wszystko pasuje. Legginsy i skąpy kostium kąpielowy. Żałuję, że ukrywałam ciało przed pięćdziesiątką. - Co najbardziej pragniesz zmienić? - Nie ma operacji, która doda mi centymetrów. Jestem kurduplem skazanym na szpilki.

- Z czego jesteś dumna? - Dziewczęcość plus doświadczenie kobiety po przejściach równa się seksapil. - Atrakcyjność w skali od jednego do dziesięciu? - Nigdy nie czułam się tak piękna. "Ja chcę do tej ładniejszej pani!", pamiętam sześciolatka wskazującego na mnie w poczekalni. Umówiony do innej dentystki, ciągnął matkę do mojego gabinetu.

Ciotka malarka powtarzała mi: "Pamiętaj, Gosiu, uroda jest ważniejsza niż logika. Ładna znaczy lepsza". Z wiekiem jestem coraz "lepsza". Na 47. urodziny zafundowałam sobie wypełnienie kwasem hialuronowym ust. Potem uwydatniłam implantami policzki. Rok temu powiększyłam piersi. Wstrzykuję botoks, żeby wygładzić czoło i okolice oczu. Koszty? Usta i bruzdy około 2 tys. zł, policzki 6 tysięcy. Na botoks wydaję w ciągu roku jakieś 1,5 tys. zł.

Reklama

Podobno 500 tysięcy Polek i Polaków rocznie decyduje się na operację plastyczną. Wśród znajomych liposukcja czy powiększenie biustu jest czymś oczywistym. Przyjaciółka, właścicielka salonu urody, mówi: "Nie ma lepszego lekarstwa na stres czy frustrację niż lepsze ciało".

Odkąd czuję się ładna, czuję się też wartościowa. To głupie? Zrobiłam doktorat, znam trzy języki, od lat jestem samowystarczalna, mam przyjaciół. Wśród nich 19-letniego syna, który jest najlepszy na roku na międzywydziałowych studiach humanistycznych. Nie opieram życia na urodzie, ale zestarzeć się z godnością? Nie, dziękuję.

Patrzę co rano na swoje piersi i się cieszę. Rozmiar 75 E. Od 25 lat regularnie ćwiczę. Sto brzuszków albo kilkadziesiąt pompek na "pelikany", czyli wiotczejące tylne części ramion. Przysiady - najprostszy sposób na niezłą pupę. Koniecznie antycellulitowy preparat z kofeiną. Stosuję dietę pięciu przemian: kasza, gotowane warzywa, nie jem nabiału.

Znam przepis na urodę. Szczupła sylwetka. Wystające kości policzkowe to oznaka młodości. Podobnie wysokie łuki brwiowe, pełne usta, zadbane zęby. Jest też kilka trików: kobieta powinna mieć długie włosy, szpilki, czerwone paznokcie. Może to skrzywienie, ale odruchowo patrzę na człowieka i myślę, co poprawić.

Szara mysz jest alfa

Na zdjęciu do dyplomu wyglądam na przestraszoną 14-latkę. Wizerunek wróbelka Elemelka wyniosłam z dzieciństwa. Mama, perfekcyjna pani domu uwieszona na ojcu, wmawiała mi: "Bądź skromna, nie rzucaj się w oczy, nie mądrz się i nie strój. Ustępuj". Konflikt, bo odziedziczyłam też geny po tacie. Był władczy, tyranizował. Miałam jego siłę, ale udawałam uległą. Ja, szara mysz, idealna kandydatka na żonę.

Pawła poślubiłam po studiach. Harowałam w dwóch gabinetach. Rozpieszczałam męża, ulegałam, byle zasłużyć na miłość. Dziś wiem, że mój doktorat, sukces finansowy go uwierały. Kobieta ma być na drugim planie. Nie lubił, gdy zbyt wiele mówiłam, kiedy się stroiłam, byłam ładna. Czuł zazdrość, więc chodziłam w dżinsach albo w dresie! Musiałam znieść wiele upokorzeń, zanim się rozstaliśmy.

Potem drugie małżeństwo. Urodziłam dziecko i kolejne siedem lat byłam szarą myszką. "Gosia dobra. Gosia głupia. Gosia brzydka". Przyjaciółki ostrzegały: "Dajesz z siebie zrobić ścierkę. Skoro jesteś mądra, wykształcona i hojna, to masz się czuć winna?!". Poczułam żal. Gniew na facetów. Żeby coś zmienić, trzeba się wściec!

Jak milion dolarów

Na siłę uczyłam się dbać o siebie. Manikiur, fryzjer, masaż. Pamiętam 45. urodziny. Tylko dziewczyny i prezent niespodzianka: w mojej szafie pojawiły się spódniczka mini, sukienka na halce w stylu Marilyn, szpilki.

Poczułam się jak milion dolarów. Tylko byłam za chuda, po rozwodzie straciłam dziesięć kilogramów. Kiedyś pełne piersi obwisły. Przyjaciółki namówiły mnie na implanty. Bałam się. Jestem lekarzem, znam ryzyko paraliżu mięśni, dlatego czekałam na termin w najlepszej klinice. Zachwycona efektem decydowałam się na kolejne zabiegi. Wiem, że kwas hialuronowy, botoks czy kolagen nie wyleczą z braku wiary w siebie, poczucia zaniedbania przez partnera. Zmiana losu zależy też od naszej pracy.

Przyjaciółki "terapeutyzują" dalej: kluby, taniec, życie towarzyskie, babskie wyjazdy nad morze. I mężczyźni. Już się ich nie boję. Już nie zabiegam. Od rozstania z mężem miałam trzech kochanków młodszych ode mnie. Ciało pomogło mi zrewidować pogląd o samej sobie. Nie chcę być wycofaną dziewczyną ze zdjęcia do dyplomu. To, kim teraz jestem, daje siłę, żeby powiedzieć: "nie będziesz mnie tak traktował".

Nauczyłam się mówić o pragnieniach. Spotkałam mężczyznę, który ich słuchał, nosił na rękach. To była dosłownie love story. Po roku szczęśliwego związku zmarł nagle na raka mózgu. Przy nim mogłam być mądra i silna. Piękna, seksowna. Powtarzał mi: "zawsze byłaś ładna tylko nieszczęśliwa". Odszedł, ale zostało we mnie przekonanie: żeby czuć się kochana, nie muszę być ani głupsza, ani słabsza od mężczyzny. Chcę zwracać na siebie uwagę. To mi dało władzę i poczucie kontroli. Jestem szczęśliwsza. I choć nadal mężczyźni widzą we mnie drobną, słodką blondynkę, ja wiem, że w środku jestem olbrzymem.

Ładna inaczej

Agnieszka, 37 lat, biochemik w firmie farmaceutycznej. Stanowczo sprzeciwia się cielesnej obsesji. Co myślisz o swoim ciele? - Nie boję się zmian, niedoskonałości, bo nie skupiam się na nich. - Co najbardziej pragniesz zmienić? - Chciałabym dla męża nauczyć się chodzić na szpilkach. I usunąć, pod warunkiem że bezpłatnie, "tatuaże" na dekolcie, jakie zostały mi po radioterapii.

- Z czego jesteś dumna? - Z zaraźliwego śmiechu. - Atrakcyjność w skali od jednego do dziesięciu? - Głupie pytanie. W konkursie na taniec brzucha zajęłam trzecie miejsce. "Za pewność siebie i kobiecość" - brzmiał werdykt. Byłam ubrana w greteksowe spodnie, a polarową bluzę zawiązałam na supeł pod biustem. Zabawa półserio, bo rywalizowałam z innymi mamami na rodzinnym wyjeździe narciarskim. Dumna, że nie onieśmieliły mnie ani mocnym makijażem, ani kreacjami, których u mnie w walizce zabrakło. Jak zwykle byłam "sauté".

Od lat taka sama fryzura, czekoladowe oczy i mocne brwi. Nie używam tuszu ani cieni. Mam gładką cerę chyba dzięki genom. Nie nakładam make-upu, różu. Czasem ciut pudru na czoło. Nie jestem jednak kosmetyczną ascetką, pewne rzeczy są oczywiste: zadbana skóra, lśniące włosy, zęby bez kamienia i wydepilowane ciało. Dużo uśmiechu - ja uśmiecham się także oczami.

Dbam o sylwetkę trochę przez przypadek. Jesteśmy rodzinnie sportowi. Jeżdżę na rowerze, córka namówiła mnie na zajęcia jogi u niej w szkole. Nie zwracam uwagi, czy po trwaniu w pozycji półksiężyca mam jędrniejszą pupę. Tyję, chudnę, nie znam wymiarów w centymetrach, noszę rozmiar M.

"Mamo, ale z ciebie by była laska", mówi 14-letnia córka i namawia na zakup botków na obcasie. Kilka takich sexy rekwizytów mam w szafie. Granatowe szpilki, przez które omal nie wybiłam zębów, spódnicę z rozporkiem pod pupę, rajstopy kabaretki. Głównie prezenty od szwagierki i córki. Czuję się w nich przebrana.

Lidka, siostra męża, od lat próbuje mnie reformować. Kupuje kremy do dojrzałej cery, namawia na jakieś mezoterapie, endermologie i botoksy. A ja pytam: "Ile kosztuje ta endermologia? Oszalałaś, mam wydać na dziesięć zabiegów 1700 złotych tylko po to, żeby mieć jędrniejszy tyłek?". A ona: "Kobieta czuje się najpiękniejsza koło trzydziestki. Potem to już tylko walka z czasem". Widzę, jak się katuje: bieżnia, dieta - tylko mięso i sałata. Co parę miesięcy spa, owijanie ciała w... czekoladę. Przekonuje: "Nic się nie denerwuj, ładny wygląd można kupić".

Lidka jednak mnie wyedukowała, teraz na półce w łazience mam tonik, krem 30+, oliwkę do ciała dla niemowląt, dezodorant i perfumy. Od lat jestem wierna Issey Miyake. W szufladzie są też cienie, tusz, korektor, brokat, mgiełka do ciała, naklejki na paznokcie - to arsenał córki. Nie chce odstawać od koleżanek - u nich kreska na powiece, make-up i wypracowana fryzura to być albo nie być w klasowym towarzystwie. Rozumiem, akceptuję, ale sama nie zajmuję się tym.

Owszem, patrzę w lustro i widzę sińce pod oczami albo wałeczki na plecach, bo stanik wpija się w coraz okrąglejsze ciało. Czasem sięgam po puder lub odmawiam sobie przez kilka dni kolacji. A czasem mam to gdzieś, bo zajmują mnie inne rzeczy - egzamin córki, choroba teściowej, a teraz walka o awans. To, jak wyglądam, nie pomoże. Jestem dobra w tym, co robię.

Chora, więc piękna

Naiwnie wierzę w najprostsze kuracje. Sen. Dobra dieta - ciepłe śniadanie, potem sporo warzyw i ryb. Herbaty ziołowe, woda. Chodzę do sauny, bo wierzę, że oczyszcza. Kolejny przepis: dobrze dobrana fryzura to chyba mój jedyny bzik. Farbuję włosy tylko w salonie plus funduję sobie intensywną kurację odbudowującą - 200 zł miesięcznie to luksus, z którego nie zrezygnuję.

Byłam kiedyś... łysa. W klasie maturalnej zachorowałam na nowotwór tarczycy. Chemio i radioterapia. Mimo że naświetlano szyję, włosy wypadły, a blizny na dekolcie mam do dziś. Miesiącami byłam brzydka. Chude ciało chowałam w dresie. Ale nawet jednak gdy nie chodziłam do szkoły, odwiedzali mnie znajomi i przyszły mąż. Przesiadywali do nocy, bo... potrzebowali mojego wsparcia. "Na problemy tylko Aga...", mówili.

Czułam się ważna i potrzebna, a nie gorsza. Ufałam mojemu chłopakowi, oswoił moje ciało, które wtedy było wychudzone, szorstkie, głowa bez włosów. Zachwycał się: "Jesteś taka subtelna, tajemnicza, zmysłowa, bo krucha". Teraz wiem, że mimo brzydoty widział we mnie kobietę. 

Czytaj dalej na następnej stronie.

Vademecum sztucznych rzęs

"Mózg jest sexy. Liczy się inteligencja", powiedziała ostatnio córka. Ma starszego chłopaka, który będzie zdawał międzynarodową maturę. A ja jestem dumna, że ona tak myśli. Dla mnie są takie przyjemności: wieczór, kiedy we trójkę wylegujemy się na kanapie i oglądamy "Niebo nad Berlinem" Wendersa. Czuję ulgę, że przekazaliśmy jej z mężem to, co dla nas się liczy.

Ale ona trochę walczy ze mną: "Sorry, mamo, ale ładna dziewczyna ma łatwiej ", i zaczyna wymieniać kompleksy. Bo chciałaby mieć większe usta, biust, szczuplejsze nogi, a bez okularów Ray Ban model Aviator czuje się gorsza. "Nie przesadzaj", ucinam. A potem myślę: "Co mi przeszkadza, że Zuzka chce być najładniejsza? Skoro jest fajna i mądra". Czasem z ciekawości oglądam z nią na YouTubie filmiki tak zwanych vlogerek. To wideoblog, na którym nastolatka radzi na przykład, jak ze średnich włosów zrobić fryzurę na imprezę (O, Jezu!) lub przedstawia vademecum sztucznych rzęs (O, matko!).

Co wieczór Zuza przygotowuje ubrania, dobrane zestawy, detale - getry, bransoletki, rano przed lustrem spędza 30 minut. Nie wpędza mnie w kompleksy. Jestem odporna na presję, że tylko chuda, wymalowana i wystrojona będę szczęśliwa. Nie robią też na mnie wrażenia programy, gdzie ochotniczki zmieniają się tak, że czasem trudno im poznać siebie. Czy one z nową twarzą, po "odjęciu" 20 lat wiedzą, kim są? A może za tym nowym wyglądem coś ukrywają? Pewnie dziewczyny z tych programów uznałyby mnie za niedzisiejszą dyletantkę.

Ja nie wychowałam się na wideoblogach, nie pożądałam T-shirtów z metką za tysiąc złotych. Chyba nawet nie wiedziałam, że "muszę je mieć". Kiedy czytam o matkach, które usuwają ośmiolatkom żebra, żeby były szczuplejsze, o tym, że w Anglii jest już podobno milion anorektyczek, to się obawiam, że naprawdę jestem niedzisiejszą dyletantką. Po tej rozmowie myślę o sobie: jestem ładna. Nawet jeśli dla innych "ładna inaczej".

Dziękuję ci, ciało

Iwona, 42 lata, pedagog szkolny. Trzy lata temu pożegnała się ze starym wizerunkiem. Zadbała o siebie i stała się szczęśliwszą egoistką. - Co myślisz o swoim ciele? - Jestem mu wdzięczna, że w 42. urodziny słyszę, że wyglądam na "góra" 35 lat. - Co najbardziej pragniesz zmienić? - Patrząc w lustro, omijam brzuch. Wisi i się trzęsie. - Z czego jesteś dumna? - Widzę fajne długie nogi. Duże piersi. I pewną siebie kobietę. - Atrakcyjność w skali od jednego do dziesięciu? - Gdy oglądam na zdjęciach sprzed pięciu lat "wieloryba" z ohydnymi odrostami, myślę, że dziś jestem bliska ideału.

W sylwestra trzy lata temu wstydziłam się wyjść z domu. Próbowałam wcisnąć nogę w czarne szpilki. "Nawet stopa mi utyła - ściągnęłam z furią buty i kieckę - wyglądam, jakbym była twoją matką! - nakrzyczałam na męża. - Sam idź do przyjaciół". Przepłakałam wieczór. Parę drinków i poczułam się zapomniana, bezużyteczna. Mąż mnie zdradzi - snułam wizje. Syn, który właśnie się wyprowadził, już mnie nie potrzebuje. Co teraz? Nad ranem z lekkim kacem spojrzałam w lustro: "Jesteś żenująca, ogarnij się", powiedziałam na głos.

Inaczej w tego sylwestra. W sukience mini kręciłam biodrami, rzucałam zalotne spojrzenia mężowi, tańcząc z młodszymi facetami. To, co się stało trzy lata temu, okazało się początkiem zmiany. Przez lata byłam mamą, żoną, dobrym pedagogiem w podstawówce. Zapomniałam, że jestem kobietą. Ładną kobietą. Obudziłam się po czterdziestce.

Brzydka i szczęśliwa

Przysiadam w miniówie na biurku kolegi i rozczula mnie, że on pąsowieje. W butiku mierzę ołówkową spódnicę, wychodzę zza kotary i poluję na komplement. Sprzedawczyni: "Świetnie leży na pupie". Czuję się ładna, czuję się pewna siebie, bardziej inteligentna.

To nie tak, że byłam sfrustrowana. Ja wyłączyłam kobiecość. Swój czas przeżyłam w liceum. Wtedy ostatni raz miałam talię. Chodziłam na obcasach, ale nie chciałam być ładną lalą. Wolałam być laską z osobowością. Zdobyłam najfajniejszego faceta w szkole. Wyszłam za mąż. Nie szkodzi, że obżerałam się w ciąży. Mąż i teściowie oszaleli na punkcie dziecka, byłam gwiazdą. To co, że z 61 kilogramów przytyłam do 91?

Po porodzie miesiącami nie wracałam do dziewczęcej figury. Przecież byłam supermamą! Dziś myślę, że uciekłam w drugą ciążę. I znowu córka była najważniejsza, karmiłam ją co godzinę. I jadłam. Żeby niczego jej nie zabrakło. Ale też ze złości, że tak fatalnie wyglądam.

Unikałam seksu. Maciek cierpliwie czekał, odbudowaliśmy bliskość, choć w łóżku nie byłam tak swobodna jak kiedyś. Bo wyglądałam jak w kolejnej ciąży. Miałam jedną czarną spódnicę na gumkę. Pamiętam przypadkowe spotkanie z dawną miłością ze szkoły. Patrzył z żalem, ale nie z zachwytem. Po raz pierwszy przeszłam na dietę.

Po tygodniach menu szpinak plus jajka schudłam. By zaraz przytyć. I tak było przez kolejne lata. Dieta kopenhaska. Owocowa. Basen albo siłownia. Preparaty antycellulitowe z apteki. Wiosną potrafiłam zrzucić siedem kilo, a już latem, upojona swoim sukcesem, przytyć dziesięć. Jo-jo. Dlaczego nie potrafię? - ciągle się zastanawiałam.

Chyba brakowało motywacji. Po pierwsze byłam atrakcyjna dla męża. Kochał i pożądał. Ceniono mnie w pracy, wybudowaliśmy dom. Syn dostał się do gimnazjum. "Wokół koleżanki się rozwodzą, tracą pracę, ich dzieci biorą narkotyki - myślałam.

- Ja kontroluję swoje życie. Mam moc! A jaką miałabym moc, gdybym jeszcze potrafiła stać się laską. Ale chyba nie można mieć wszystkiego..."

Teraz będę ładna

Z układanki: perfekcyjne życie rodzinne i zawodowe, trzy lata temu wypadł klocek. Syn wyjechał do liceum artystycznego w Zakopanem. Tęskniłam za nim i obawiałam się odejścia córki. "To już? Najważniejsze rzeczy za mną? - zastanawiałam się.

- Teraz będę stara, mąż mnie rzuci? Za co ma podziwiać?"- przeraziłam się. Miałam 39 lat. Złapałam się na tym, że zazdroszczę córce młodości. A potem przyszedł sylwester, gdy wstydziłam się wyjść. W Nowy Rok przyczepiłam do lodówki zdjęcie z liceum. "Będę młodsza, bo chudsza" - pomyślałam.

Postawiłam na dietę Dukana. Zjechałam do 76 kilogramów. Wstawałam rano jak na haju. Biegłam na wagę. Hurra! Minus, minus. Kupiłam owocowe olejki i urządzałyśmy sobie z córką "spa": piling pod prysznicem, masaż i maska z awokado. Po 10 miesiącach od sylwestra ważyłam 19 kilo mniej. Do Warszawy przyjechała przyjaciółka z rodzinnych stron. Stałam odwrócona na peronie, a ona mnie nie poznała! Byłam i czułam się szczuplejsza. Kupiłam seksowną koszulkę nocną. Mąż się zachwycał: "Ale masz power, kochanie, brałaś coś?".

Woda sodowa

Fokus na ciało to była moja droga do egoizmu. Do wyjścia z roli mamy i żony. Zaczęłam regularnie chodzić do manikiurzystki, pożółkłe blond strąki obcięłam i przefarbowałam na kasztanowe. Szorowałam ciało pod lodowatą wodą. Mąż dostał premię i zafundował mi dziesięć zabiegów body wrappingu. Szaleństwo za 2,5 tys. zł. Niestety, obwisły brzuch i skóra po pełnych udach wyglądały kiepsko.

W tajemnicy przed Maćkiem otworzyłam linię debetową i podarowałam sobie rozbijanie tkanki tłuszczowej laserem. I jeszcze odmładzanie twarzy mezoterapia. Zniknęły sińce pod oczami, zmarszczki. Robiłam sobie zdjęcia, żeby utwierdzić się w przekonaniu: "Już nie jesteś foką, tylko atrakcyjną babką". Trochę mi odbiło. - "Co chcesz sobie udowodnić?" - przyjaciółka wyciągnęła mnie siłą do domu. Spokorniałam.

Ze zmiany wyglądu zostało to, co najlepsze. Poczucie, że jestem sprawcza. Pamiętam wyjścia z koleżankami do restauracji. Ja listki szpinaku, one spaghetti carbonara. To była codzienna walka, żeby się nie złamać. Ale każdy dzień dawał moc. Bo dla mnie chyba bardziej niż meta, czyli idealne cyferki: rozmiar 36, 60 kilogramów, liczy się droga do celu. To, że potrafię się tak kontrolować.

Perwersja?

Lubię patrzeć na swój cień, kiedy biegnę rankiem. Słońce świeci z tyłu, a ja widzę, czy urosła mi pupa i muszę wziąć się za siebie. Teraz ważę 67 kilogramów. Dziś zjadłam kremówkę. Nie martwię się kilogramami, bo zaraz znowu zacznę się kontrolować. Mąż mówi, że to jakaś perwersja, że ja wciąż chcę ze sobą walczyć.

A dla mnie to znak, że skoro radzę sobie z kompleksami, poradzę sobie w innych dziedzinach. Od lat mówiłam o portalu internetowym, w którym specjaliści pomagaliby rodzicom w wychowaniu dzieci. "Tylko jak się do tego zabrać? - marudziłam. Właśnie skończyłam szkolenia z e-biznesu. Zabrzmi głupio, ale odważyłam się, bo najpierw wypiękniałam. (śmiech) Dlaczego uważałam, że bycie ładną to małostkowy obciach? Odkąd schudłam moje jest pełniejsze. Jestem fajną mamą, żoną i stuprocentową kobietą. A to dało mi odwagę, żeby poszukać dla siebie nowej roli. Może będę teraz bizneswoman. Czy jestem szczęśliwsza? Tak. Bo się rozwijam.

Czytaj dalej na następnej stronie.

Chude szczęście

Zosia, 21 lat, 167 cm wzrostu, rozmiar 38-40. Studentka pedagogiki na SGGW. - Co myślisz o swoim ciele? - Gąbczaste i mało jędrne. Jest go za dużo. - Co najbardziej pragniesz zmienić? - Nienawidzę słoniowatych kostek i kulfona zamiast nosa. - Z czego jesteś dumna? - Czasem... z piersi i z tego, że śmieję się "pełną buzią". Nosiłam aparat ortodontyczny i zlikwidowałam diastemę. - Atrakcyjność w skali od jednego do dziesięciu? - Cztery? Sześć? Pracuję nad tym, odkąd pamiętam.

Mój ostatni "zryw piękności"? Juwenalia 2011 roku. Przed wyjściem cztery razy się przebierałam. Legginsy i tunika - wyglądam jak walec. Dżinsy i obcisły golf? Za krótka szyja! Patrzę na siebie w lustrze i myślę: "za gruba, niemodna i ten nos jak u Gérarda Depardieu". W klubie trochę tańczę, ale nie z tym facetem, który mi się podoba. Nie umiem sprowokować, przyciągnąć. O świcie obżeram się kebabem. Od jutra biorę się za siebie. Dieta South Beach.

Postanawiam: zero piwa w weekendy. Lepiej pić wódkę. Mała ilość to mało kalorii i ma efekt przeczyszczający. W poniedziałek rano truchtam z podręcznikami do modnego bistro. Spaliłam ze 200 kalorii. Koktajl warzywny piję przez trzy godziny, choć mam ochotę na jeden haust. Oglądam ogłoszenia o pracy, muszę dorobić. Sporo. Pięć tysięcy złotych na korektę chrząstki nosa to mój plan na ten rok. Ojciec odmawia pożyczki, choć to on zawsze mówił: "Jak cię widzą, tak cię piszą". I wołał na mnie: "Kartofelku", pstrykając w nos.

Matka mojej matki

Dla ojca byłam "Kartofelkiem", dla matki "Bąblem". Okrąglutkim pączusiem. W okresie dojrzewania szybko urosłam i schudłam. Miałam spory biust. Pod koniec podstawówki wyglądałam jak 18-latka. Ważyłam 50 kilogramów, a mama marudziła, że mam anemię. Byłam chuda i śliczna. Chyba nigdy potem nie słyszałam tylu komplementów.

"Kartofelek" miał powodzenie. Nie byłam prymuską, ale lubiłam szkołę. Dziewczyny mi się zwierzały, faceci podrywali, a ja czułam się silna, bo zgrywałam królewnę. Inaczej w domu. Tam mama była królewną. O jej względy trzeba było zabiegać, bo ona była skupiona na ojcu. Awantury o jego nielojalność pamiętam od dziecka. Miałam 18 lat, kiedy tata wyprowadził się do innej kobiety. Matka się rozsypała. Wtedy przypomniała sobie o mnie, tylko zamiast miłości przelała udrękę. Miałam być jej sukcesem.

Za wzór stawiała kuzynkę - śliczną Gosię, stewardesę i studentkę prawa. Mama chwaliła: "Jak ona się ubiera, ma buzię jak z reklamy, bo w przeciwieństwie do ciebie nie miała takiego ropnego trądziku i tego głupiego kolczyka w nosie". Opiekowałam się mamą, przejęłam na siebie obowiązki, bo leki antydepresyjne ją otępiały. Myślałam, że z życia towarzyskiego rezygnuję na chwilę. Poza szkołą zero kontaktu ze znajomymi. Czułam się jak w więzieniu, a ona chciała się "zaprzyjaźnić".

Zaczęła się zwierzać. Kiedy opowiadała, jak ojciec traktował ją w sypialni, byłam zażenowana. Mnie nie słuchała. Jedyną frajdą stało się bieganie do kuchni: co by tu skubnąć? Opakowanie katarzynek albo po prostu parówki z serem. Puszka chałwy. W ciągu czterech miesięcy przytyłam 9 kilogramów. Dziś wiem, że zajadałam stres. No i za wcześnie musiałam być matką własnej matki. O tym opowiedziała mi już terapeutka. Do poradni zdrowia psychicznego trafiłam jako 19-latka. Po tym, gdy wylądowałam na pogotowiu, bo zaczęłam głodówkę.

Jesteś jak Fiona

Rok po odejściu ojca. Dwanaście kilo na plusie. Koleżanka wprost wypaliła: "Zojka, ogarnij się, bo już o tobie mówią Fiona". W internecie był ratunek. Strony dla dziewczyn "50 kg minus". Popatrz w lustro i powiedz sobie: "Jestem gruba. Gruuuuba" - taką mantrę znalazłam na jednym z forów.

Zaczęłam się głodzić. Żyłam jednym "gorącym kubkiem" i wodą. Wtedy czułam się silniejsza, chudłam trzy, cztery kilo w tydzień. W weekend potrafiłam za to pochłonąć strudel z makiem, a w nocy przed otwartą lodówką zajadać kabanosy.

Zbuntowałam się przeciw mamie i złożyłam papiery na pedagogikę, a nie na medycynę, jak chciała. Zdałam i zaczęłam głodówkę przed wakacjami. Po czterech dniach na wodzie i paru truskawkach zemdlałam. N

a pogotowiu lekarka spojrzała mi w oczy: "Masz serce pięćdziesięciolatki". Dostałam elektrolity i skierowanie do psychologa. Starsza kobieta w godzinę dała mi więcej ciepła niż rodzice. Uświadomiła, że objadam się kompulsywnie, by rozładować napięcie. - "Mama na tobie wisi, a ty szukasz adoracji. Nie musisz stać się twardzielką w obcisłej kiecce, żeby być najlepszą koleżanką. - Jestem o tym przekonana!" - oponowałam.

"Ogarnę się", wierzyłam. Koniec 2012 roku to akurat dobry czas. Prawie panuję nad wagą. Zbieram na operację nosa. Jestem przekonana, że wybrałam pedagogikę, żeby być lepszą mamą niż moja. Nie nazwę dziecka kartofelkiem ani pączusiem. Ale czy jeśli będzie brzydkie, moja akceptacja wystarczy, żeby było szczęśliwe?

Ciało to nie wizytówka!

Eliza, pielęgniarka anestezjologiczna, od dwóch lat na urlopie wychowawczym. Kiedyś zakompleksiona, dziś pewna seksapilu nawet w rozmiarze 44. - Co myślisz o swoim ciele? - Nie pasuję do wizerunku nowoczesnej mamy, która miesiąc po porodzie ma wyglądać jak kościotrup. - Co najbardziej pragniesz zmienić? - Wkurza mnie, że w ulubionym sklepie z ciuchami największy rozmiar to 42. - Z czego jesteś dumna? - Mam seksapil. - Atrakcyjność w skali od jednego do dziesięciu? - Pewnie jurorzy z programu "Top Model" nazwaliby mnie Wielkim Udźcem. A ja i tak chodzę w mini, bo dobrze o sobie myślę.

Mój dwuletni syn Filip przechodzi fazę zachwytu kobiecym biustem. Łapie mnie za piersi, zagląda za bluzkę i mówi "Ooooo". Noszę rozmiar 85 F. Jestem kobietą pełną. Cieleśnie. Ale przede wszystkim emocjonalnie. Mam fajnego męża i kocham być mamą. A gdybym jeszcze była laską? Jestem. Choć daleko mi do standardów lansowanych wkoło. Kiedy patrzę na Muchę, Cichopek, które błyskawicznie po porodzie wychudły, zastanawiam się, co bardziej interesuje te piękności: dziecko czy własna koścista pupa? Albo gdy widzę, jak moja znajoma z osiedla pali paczkę papierosów dziennie, bo to najlepszy sposób na walkę z głodem. Owszem, jest chuda. I wiecznie podenerwowana, podobnie jak jej 18-miesięczny syn, który wyczuwa napięcie.

Dieta wbrew szczęściu

Pół roku po urodzeniu Filipa ważyłam 25 kilogramów więcej niż przed ciążą. Nie chciałam się katować drakońską dietą, bo najważniejszy był synek. To nie tak, że zapomniałam o sobie. Co rano malowałam eyelinerem kreski, zawsze miałam zrobiony manikiur. Jestem fanką pilingów kwasem migdałowym. Sama zlikwidowałam przebarwienia po zmianach hormonalnych w ciąży. Owszem, czasem stawałam przed lustrem, jęcząc: "Boże, jakie mam tłuste kolana. Obrzydliwe rozstępy!". Mąż patrzył wtedy zdziwiony. "O co ci chodzi. Ja w ogóle nie zauważam tych kolan ani rozstępów." Filip skończył rok, a ja się zaparłam: chcę dopiąć się w ulubionej sukience. Rozmiar 44.

Dieta: sałata, szpinak, ryby plus dużo wody. Kupiłam płytę "spalanie tłuszczu". Pani Anna zapewniała na niej, że jak zrobię setną pompkę, poczuję się boginią. Sapałam przed telewizorem, byłam głodna i obolała. Co z tego, że byłam o centymetr od upragnionej sukienki, a sąsiadka chwaliła: "Nikniesz w oczach!", kiedy zrobiłam się nieznośna. Drażnił mnie mąż. Traciłam cierpliwość do synka.

Wskazówka pokazała 76 kilogramów. Centymetr - 118 cm w biodrach, 90 w pasie, 120 w biuście. Widziałam efekty, ale czułam się... nieszczęśliwa. Pomyślałam: dość! Wolę być wielka i nie zrzędzić. Przyrzekłam sobie, że nie katuję się więcej, ale trzymam w ryzach. Różnie to bywa. Jestem dramatycznie niekonsekwentna. Trzy dni z kolei włączam płytę z treningiem, a potem przez miesiąc nie umiem zmusić się do kilkunastu przysiadów.

Nie byłam kobietą

Lubię kontrowersyjne Grycanki. Nie imponuje mi ich parcie na szkło, ale inspiruje kobiecość. Marta to chodzący seksapil. Zaczęłam jak ona malować usta czerwoną szminką i czesać włosy w łagodne fale. Zrewidowałam szafę. Żadnych rombów, falistych wzorów. Zaczęłam szperać na amerykańskich blogach dla modelek XL. Mogę nosić legginsy, jeśli włożę wciętą w talii tunikę. Zadbane stopy, bordowy pedikiur i klapki na obcasie. Odrobina połyskującego brązera na łydki i mężczyźni odwracają się za mną na ulicy.

Seksapil to pewność siebie nawet w rozmiarze 44-46. To, jak odgarniam włosy za ucho, wypinam biust, jak brzęczą moje bransoletki. Sąsiadka zza ściany jest chyba rozczarowana. "Czemu odpuściłaś dietę, tak dobrze ci szło?" Podobno mąż ją motywuje, że będzie wyglądać młodziej, kiedy spadnie do rozmiaru 34. "Świat bez mężczyzn byłby pełen szczęśliwych i grubych kobiet" - powtarzam jej usłyszane gdzieś zdanie.

Mój Marcin jest zachwycony krągłościami. Idzie za mną po schodach i łapie za pupę "Tyle dobra do głaskania" - żartuje. Syn wciąż się przytula. Dziś wiem, że chuda, znerwicowana matka jest wbrew biologii. Dopiero teraz wiem, że kwintesencję kobiecości podpatrzyłam u mamy. Jest nauczycielką muzyki, ale dzieci i mąż to była jej główna rola w życiu.

Odkąd pamiętam, mama była puszysta i miała śliczną buzię, podobną do Rosie O’Donnell. Tata wciąż bywa zazdrosny, bo ona w wieku 60 lat ma grono adoratorów. "Nie warto być niewolnicą własnego ciała" - wątek pod takim tytułem założyłam na forum dla matek. Mam tam kilka koleżanek, które czują podobnie jak ja. "Jestem sexy, choć nie wystają mi żebra". "Nie paraduję z drogą torebką, bo wolę wydać pieniądze na dzieci. Wiem, to takie niemodne". Niedawno na stacji benzynowej usłyszałam na swój temat: "Obsłuż tę grubą świnię". Nie. Nie zaczęłam głodówki.

Marta Bednarska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje