Reklama

Reklama

„Nie znasz mnie, ale wszedłeś do mojego ciała”. Szczere wyznanie Chanel Miller

- Tworzymy iluzję, w której ofiary przemocy żyją w jakiejś wyizolowanej przestrzeni. Tymczasem my jesteśmy wszędzie: chodzimy z wami na fitness, uczymy w szkole wasze dzieci, tworzymy sztukę. Jesteśmy tuż obok i jest nas bardzo dużo – mówi Chanel Miller, pisarka i graficzka, której wyznanie, dotyczące przemocy seksualnej, poruszyło miliony osób na całym świecie.

"Skonfiskowano moje ubrania. Byłam naga, gdy pielęgniarki mierzyły moje rany za pomocą linijki i robiły im zdjęcia". "Stałam pod strumieniem wody, patrząc na swoje ciało, i zdecydowałam, że już go nie chcę. Byłam nim przerażona" i jeszcze "Czasem myślę, że gdybym nie poszła na tę imprezę, to wszystko by się nie wydarzyło. A potem dociera do mnie, że wydarzyłoby się - tyle, że innej dziewczynie".

To fragmenty oświadczenia, wygłoszonego w sądzie przez Chanel Miller (podczas rozprawy, by chronić jej tożsamość, posługiwano się pseudonimem Emily Doe). W styczniu 2015 roku Chanel padła ofiarą przemocy seksualnej. Znaleziono ją rozebraną w pobliżu śmietnika na kampusie Uniwersytetu Stanforda. Sprawcę zatrzymano na miejscu zdarzenia. Proces, w którym studenta Stanfordu oskarżono m.in. o napaść z zamiarem popełnienia gwałtu i penetrację osoby nieprzytomnej obcym przedmiotem, był szeroko opisywany przez amerykańskie media. W relacjach regularnie dopuszczano się wtórnej wiktymizacji oraz koncentrowano się na tym, jak duży wpływ na życie i karierę sprawcy może mieć wyrok skazujący. Po długim procesie chłopaka skazano na sześć miesięcy więzienia.

Reklama

Po wydaniu wyroku, emocjonalne oświadczenie wygłoszone w sądzie przez Chanel opublikował serwis Buzz Feed. W ciągu czterech dni tylko w tej witrynie tekst przeczytano 11 milionów razy. Został on też udostępniony przez setki tytułów na całym świecie, stając się ważnym głosem w dyskusji o systemowej przemocy wobec kobiet.

Swoją historię Chanel Miller opisała w książce "Know my name", nagrodzonej National Book Critics Circle Award. Jej polskie tłumaczenie ("Nazywam się. Moja historia") niedawno ukazało się nakładem wydawnictwa Marginesy.

Aleksandra Suława: Większość ofiar przemocy seksualnej milczy. Ty zdecydowałaś się mówić. Dlaczego?

Chanel Miller: - Żeby posłać w świat komunikat: hej, ciągle tutaj jestem, może nawet silniejsza niż kiedykolwiek.

Mocna deklaracja na początek.

 - Dziś brzmi mocno, ale takiej siły nie nabywa się od razu. Ja też milczałam, dokładnie przez cztery lata. Tyle czasu potrzebowałam, żeby umieścić w tej historii moje prawdziwe imię. Wszystko inne już podczas procesu stało się publiczne: szczegóły nocy, kiedy zostałam napadnięta, zdjęcia mojego nagiego ciała, informacje o tym, kim są i gdzie mieszkają moi bliscy. Sześć liter imienia było jedyną prywatnością jaka mi została. Musiałam znowu zacząć, ufać ludziom, by zdecydować się je ujawnić.

Wcześniej twoją wersję historii znali tylko najbliżsi?

 - Tak, a i to nie od razu. Długo myślałam, że mówiąc komuś o tym, co mnie spotkało, zrzucę na niego balast, którego być może wcale nie ma ochoty dźwigać. Planowałam zachować wszystko dla siebie, ewentualnie kiedyś, w dalekiej przyszłości, rzucić przy kolacji: mamo, tato, wiecie co? Kiedyś przytrafiło mi się coś złego, ale teraz już wszystko OK.

 - Potem jednak uświadomiłam sobie dwie rzeczy. Po pierwsze - ludzie, którzy cię kochają, chcą dźwigać ciężar z tobą. Po drugie - moja opowieść ma wartość. Kiedy zaczynałam pisać książkę myślałam: kim ja jestem, żeby opowiadać o przemocy seksualnej? Przecież istnieją kobiety, które zgwałcono w najbardziej literalnym znaczeniu tego słowa, a ja? Co ja wiem? Po jakimś czasie zrozumiałam jednak, że owszem, wiem i to całkiem sporo. Wiem, jak to jest składać zeznanie w sądzie i raz za razem odpowiadać na dziesiątki pytań, próbując wycisnąć z pamięci detale. Wiem, jak to jest słyszeć: ona nie jest wiarygodna, bo przecież była nieprzytomna. Co z tego, że to jej ciało? Ona nic nie pamięta. Wiem, jak wtedy pachnie powietrze, wiem, jakie napięcie się czuje. To jest moja perspektywa, perspektywa ofiary, którą tak wielu próbuje lekceważyć.

Długo szukałaś języka, którym mogłabyś opowiedzieć o tej nocy na Stanfordzie. Najpierw, chciałaś mówić do bliskich - tak, żeby nie ranić. Potem do wymiaru sprawiedliwości - tak, by szczegółów było jak najwięcej. Potem, do czytelników - by zrozumieli. A jak opowiedziałabyś o niej dzisiaj?

 - Dziś brzmiałoby to tak: wychowałam się w Palo Alto, zaraz obok Uniwersytetu Stanforda. Tak blisko, że kampus uczelni, traktowaliśmy trochę jak własne podwórko. To było miłe, bezpieczne miejsce. Dorosłam, skończyłam studia i nadal mieszkałam z rodzicami w sąsiedztwie Stanfordu. W styczniowy weekend 2015 roku odwiedziła nas moja siostra. Zaproponowała, żebyśmy poszły na imprezę do męskiego bractwa na kampusie. Zgodziłam się, ale bez przekonania. Po prostu chciałam spędzić z nią trochę czasu.

 - Imprezy na kampusie to specyficzny rodzaj przyjęcia: dużo alkoholu, lepka podłoga, piwo jak siki. W tym przypadku było tak samo, ale mimo to nieźle się bawiłam. Wygłupiałam się, śmiałam, robiłam idiotyczne zdjęcia, trochę piłam, tańczyłam na stole. W pewnym momencie wyszłam z siostrą na patio. To moje ostatnie wspomnienie z tej nocy.

A pierwsze z kolejnego poranka?

 - Leżę na wąskim łóżku, z prawej ręki odkleja się opatrunek. Mam śmieci we włosach, ale nie mam bielizny. Jest też dwóch mężczyzn: jeden to policjant, drugi nosi bluzę z logo Stanfordu. Wiem, że mają mi do powiedzenia coś ważnego, ale boję się zapytać co. To tak, jakbyś stała obok śpiącej bestii i bała się poruszyć. Wiesz, że jeśli się zbudzi, będziesz musiała się z nią zmierzyć.

 - To miejsce z wąskim łóżkiem było szpitalem. Dostałam do podpisania stos papierów, zmierzono i obfotografowano moje otarcia, zbadano mnie, wręczono mi teczkę z ulotkami dla ofiar przemocy, zabrano stare ubranie i dano nowe. Nikt nie użył słowa "gwałt". Potem detektyw zapytał mnie, co pamiętam z ubiegłej nocy. 

 - Kilka dni później, w przerwie na lunch zajrzałam na lokalną stronę z informacjami. Zobaczyłam słowa "gwałt" i "nieprzytomna kobieta". W tym momencie rozpadłam się na dwie osoby: na dotychczasową mnie, która wciąż udawała że nic się nie stało i nową - zranioną, skrzywdzoną, lękliwą, Emily Doe, z którą nie chciałam mieć nic wspólnego.

Czytaj dalej na następnej stronie >>>

"Jestem nieśmiała" - to jedno z pierwszych zdań twojej książki. Dlaczego nieśmiała dziewczyna decyduje się na sądową batalię?

 - Bo jest doskonałą ofiarą.

To znaczy?

 - Takiego określenia użył detektyw, zajmujący się moją sprawą. Niewielki odsetek przypadków przemocy seksualnej jest zgłaszany, jeszcze mniejszy trafia do sądu. Ofiarom brakuje świadków, dowodów, dokumentacji medycznej. Ja miałam to wszystko: sprawcę zatrzymano, policja została wezwana na miejsce zdarzenia, zabrano mnie do szpitala. Przeżyłam coś okropnego, ale dostałam do ręki broń, którą mogłam walczyć. Takiej okazji nie wolno przepuścić.

 - Była też moja młodsza siostra, Tiffany, z która poszłam wtedy na imprezę. Podczas rozprawy miała zeznawać jako świadek. Był kompletnie rozbita, mówiła że to wszystko jej wina, że gdyby nie namówiła mnie na imprezę, to wszystko by się nie wydarzyło. Kiedy patrzyłam jak cierpi, pomyślałam: o nie. Zaatakowałeś mnie i to było złe, ale zaatakowałeś też moją siostrę i tego ci nie odpuszczę.

Nigdy nie uczestniczyłam w rozprawie. Większość mojej wiedzy o przebiegu procesu pochodzi z filmów. W kinie zwykle jest tak: adwokat wykonuje całą pracę, a pozostali zainteresowani spokojnie czekają na wyrok. W twojej książce wygląda to jednak nieco inaczej...

 - Ja przed tym zdarzeniem byłam w sądzie raz. Dlatego, kiedy detektyw zapytał "czy chcę wnieść oskarżenie", a ja odpowiedziałam "tak", miałam pojęcia na co się piszę. Amerykański system sądownictwa jest jak chora gra, daje złudzenie porządku, ale tak naprawdę nic nie dzieje się zgodnie z planem. Od zdarzenia do rozpoczęcia procesu minął rok, do wydania wyroku półtora, potem była jeszcze apelacja. To prawie dwa lata, przez które musiałam czekać, żeby wreszcie odzyskać kontrolę nad własnym życiem.

 - Ludzie narzekają, że wizyta u dentysty rujnuje im plany. Moje plany były rujnowane przez kilkanaście miesięcy, 24 godziny na dobę. Ciągłe przekładanie, planowanie i odwoływanie planów. Idziesz do sądu i nie wiesz, ile czasu tam spędzisz. Planujesz wakacje, ale nie wiesz, czy nie będziesz musiała przerwać ich w połowie. Dziękowałam Bogu, że studia są już za mną, bo w takim chaosie nie byłabym w stanie ich skończyć. Rzuciłam pracę, bo w takich chaosie nie jesteś w stanie wykonywać obowiązków. Musisz brać wolne nie tylko na rozprawę, ale również na kilka dni po rozprawie. W moim przypadku każde wyjście do sądu było jak choroba, po której musiałam dojść do siebie. Na szczęście miała oszczędności i bliskich, którzy mnie wspierali. W tej chwili, kiedy patrzę wstecz, mam wrażenie, że życie wyposażyło mnie we wszystkie niezbędne narzędzia, pozwalające przejść przez ten koszmarny proces.

Tak wyglądały dni w okolicach rozpraw, a jak wyglądała codzienność?

 - Kilka miesięcy po zdarzeniu zapisałam się na letni kurs grafiki w Rhode Island School of Design. To stan położony bardzo daleko od mojej rodzinnej Kaliforni, ale czułam, że potrzebuję pobyć wśród ludzi i miejsc, których nie znam. Potrzebowałam jeszcze czegoś. Kiedy detektyw czy prokurator zadawali mi pytania, czułam się jak obca osoba. Mówiłam tylko o tym, co działo się z moim ciałem, co jadłam, co piłam, gdzie byłam, co miałam na sobie tej nocy. Nikogo nie interesowało kim jestem, co lubię robić, jakie mam marzenia. A przecież osobowość każdego z nas składa się z tak wielu elementów. W moim przypadku, jednym z nich jest chęć tworzenia. Potrzebowałam tego kursu, by udowodnić sobie, że ta twórcza część wciąż jest we mnie, że nie zdołano jej zniszczyć. Chciałam udowodnić sobie, że jestem kimś więcej niż ofiarą.

 - Tworzenie to była dobra część codzienności, ale była też ta zła. Były dni, kiedy z trudem wstawałam z łóżka. Złościłam się, czasem obsesyjnie sprzątałam. Kiedy jeszcze pracowałam, odwlekałam powrót do domu, by uniknąć pytań "jak minął ci dzień". Depresja stała się jedną z moich bliskich znajomych.

Czytaj dalej na następnej stronie >>>

Sześć miesięcy pozbawienia wolności. Co pomyślałaś, kiedy usłyszałaś wyrok?

 - Że pomyliłam pokoje. Miałam wrażenie, jakbym oglądała bardzo emocjonujący film, a na końcu, zamiast sceny finałowej, pojawił się napis: koniec, dziękujemy. Dano mi za to do zrozumienia, że jestem jedną z setek spraw, które dzisiaj rozwiążą, rutynową, nieważną. Przez długie miesiące dawałam z siebie wszystko, ale okazało się, że to wciąż nie dość.

 - Kiedy wyszyłyśmy z sali prokuratorka zapytała, czy może przekazać mediom moje oświadczenie. Następnego dnia dostałam mail - dziennikarka serwisu Buzz Feed prosiła o zgodę na publikację. Opublikowali je po południu, w ciągu dwudziestu minut tekst przeczytało 1500 osób. Po godzinie licznik wyświetleń wskazywał osiem tysięcy, po tygodniu - 15 milionów. Ja zaś cały czas dostawałam wiadomości od czytelników. Prawie każda zaczynała się od słów, "płakałam, kiedy czytałam twoje słowa", a później padały słowa, których nigdy nie użyłabym w stosunku do samej siebie: że jestem odważna, silna, inspirująca. Dopiero ci ludzie uświadomili mi, że moja historia się liczy, a moje słowa mają moc.

W książce przywołujesz sytuację, w której prokuratorka mówi, że w sprawach o gwałt kobiety nie są pożądane jako członkowie ławy przysięgłych. Ponoć nie potrafią znaleźć w sobie współczucia dla ofiary, myślą: mnie nigdy by się to nie przytrafiło. Przemoc seksualna to chyba jedyny typ przestępstwa, w którym relacje i emocje ofiary poddaje się w wątpliwość. Dlaczego?

- Bo to jest przerażające. Jeśli przyjmiesz do wiadomości, że ofiara jest dziewczyną taką jak ty, musisz dopuścić do siebie jeszcze jedną myśl: ty też możesz zostać zgwałcona. Łatwiej więc jest przypisać ofierze negatywne cechy. Jeśli przyjmiemy, że jest niewiarygodnie głupia, albo niezwykle nierozważna, za dużo pije, zbyt często się całuje, nie dość skromnie ubiera, to łatwo pomyśleć: ach, to wszystko tłumaczy. Ja taka nie jestem, nie przytrafi mi się nic złego. Wmawiając sobie, że ofiara jest kimś innym, podtrzymujemy własne, złudne poczucie bezpieczeństwa.

 - To smutne, bo w ten sposób tworzymy też iluzję, w której ofiary przemocy żyją w jakiejś dziwnej, mrocznej, wyizolowanej przestrzeni. Tymczasem my jesteśmy wszędzie: uczymy w szkole wasze dzieci, chodzimy z wami na fitness, tworzymy sztukę. Jesteśmy tuż obok i jest nas bardzo dużo.

Nie jesteś jedyną, która mówi o przemocy na kampusach uniwersyteckich. W ciągu ostatnich kilku lat pojawiło się sporo wywiadów, książek, filmów dokumentalnych. Ze wszystkich przebija jedna myśl: przestępstw jest wiele, a sprawcy niemal bezkarni. Co jest nie tak z tymi miejscami?

 - To specyficzne środowiska, tylko pozornie otwarte. Jeśli przychodzisz tam na imprezę, oni są u siebie, znają każdy kąt, ty jesteś obca. Alkohol zwykle leje się strumieniami, a ludzie przymykają oko na wszystkie ekscesy. Cokolwiek by się nie działo, mówią: ach, studenci! To jest jedna część problemu. Drugą jest administracja. Kampusy są miejscami, w których bardzo brakuje transparentności. Władze uczelni, by nie psuć wizerunku swoich placówek, wolą ignorować doniesienia o przemocy niż bliżej się im przyjrzeć. Do mnie ze Stanfordu zadzwonili raz i powiedzieli jedno zdanie: on nie ma już wstępu na kampus. I tyle. Tak jakby oznajmili: widzi pani, pozbyliśmy się nadgnitego jabłka i teraz wszystko jest w porządku. Nie, nie jest w porządku. Zepsute jabłko to nie bolączka sam w sobie, a oznaka większego problemu. Sygnał alarmowy, którego nie powinno się ignorować.

Rozmawiamy od kilkudziesięciu minut. Gdyby ktoś miał mnie zapytać, jaka jesteś, powiedziałabym: miła, zabawna, serdeczna. Jak udało ci się przejść przez wszystko, o czym opowiadasz i nie zatracić tych cech?

 - A jaka miałabym być? Smutna? Przyjmuje się, że ofiary powinny być smutne i zdruzgotane. Jesteśmy takie. Ale jesteśmy też zabawne, zadziorne, słodkie, ironiczne i dzikie. Jesteśmy ludźmi, z całą plejadą cech i emocji, chociaż w czasie procesu łatwo jest o tym zapomnieć. Kiedy czytasz komentarze w internecie, słyszysz co mówi adwokat obrony, zaczynasz nasiąkać opiniami innych jak gąbka. Ja na szczęście miałam oparcie w bliskich i silny fundament w postaci pisania, czytania, sztuki, to pozwalało mi pamiętać, kim jestem. Cały czas starałam się być dla siebie dobra. Myślałam: to nic, że nie masz pracy, że się boisz, że wyglądasz na zmęczoną. Wszystko co teraz musisz zrobić, to trwać. Po prostu przez to przejść.

W tej plejadzie emocji, o której mówisz jest smutek, nadzieja, strach, ale nie ma gniewu. Nie ma go też w książce. Jak to możliwe?

 - Szkoda, że nie widziałaś jej pierwszych wersji. Na początku chciałam, żeby książka była takim kopiuj - wklej najbardziej hejterskich komentarzy pod moim adresem, ale potem pomyślałam: i co? Czy chcę, żeby właśnie tak została opowiedziana moja historia? Wydawca poradził, żebym wyobraziła sobie, że razem z przyjaciółką siedzę na ławce w parku i opowiadam jej, co się wydarzyło. Właśnie w takim spokojnym tonie tkwi siła literatury. Mówiąc w ten sposób, mogę stać się głosem w głowie kogoś, kto być może przeszedł przez to samo, ale nie jest gotowy, by mówić, mogę być jego doradcą, koleżanką, pocieszycielką. To o wiele ważniejsze, niż posyłanie gniewu w świat.

"Jestem ofiarą i nie boję się tego słowa, ale lęk, budzi we mnie, że nie jestem nikim więcej" - piszesz na początku książki. Gdybyśmy więc na chwilę zapomniały o całej tej historii, o przemocy seksualnej, o procesie, o medialnym szumie... to kim jesteś Chanel Miller?

 - Cudowne pytanie. Jestem dziewczyną, która wychowała się w multikulturowym domu, gdzie jadło się chińskie i amerykańskie jedzenie. Jestem dziewczyną, która w liceum została wybrana osobowością roku. Jestem dziewczyną, która kocha rysować dziwaczne postacie i przez kilka lat studiowała sztukę, ale potem nie było jej stać na czesne więc zmieniła kierunek na tańszą literaturę. Jestem dziewczyną, która kocha pisać i opowiadać historie, zwłaszcza dzieciom. One są szczere, otwarte, wrażliwe i w przeciwieństwie do dorosłych, nie zadają bólu.

Zobacz również: 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje