Reklama

Reklama

​Państwo Gucwińscy: Nie zgadniesz, którym mężem Hanny jest Antoni

Państwa Gucwińskich trudno jest sobie wyobrazić osobno /archiwum prywatne

Hanna i Antoni Gucwińscy to autorzy popularnego w PRL-u programu "Z kamerą wśród zwierząt". Przez długie lata prowadzili wrocławskie ZOO, zajmowali się zwierzętami w pracy, w domu i opowiadali o nich przed kamerami. Trudno wyobrazić ich sobie osobno. Autor książki "Państwo Gucwińscy. Zwierzęta i ich ludzie" Marek Górlikowski poznał sekret pani Hanny...

Fragment książki "Państwo Gucwińscy. Zwierzęta i ich ludzie":

Wydaje się, że Gucwińscy jak skrzypce, nie występują w liczbie pojedynczej, ale pewnego dnia ten stan pluralia tantum podważa Hanna:

- Nigdy o tym nie opowiadałam, ale Antoni nie jest moim pierwszym mężem. Ależ pan zszokowany. Człowiek nie jest święty. Ja jestem trochę bandziorowata.

Wracamy do Gorlic roku 1953. Władze miasta uznają, że wdowie po granatowym policjancie można kogoś dokwaterować. Tym bardziej że Jurczakowa mieszka sama z córką w wielkiej willi z ogrodem w centrum miasta. To też dobre miejsce na miejskie przedszkole.

Reklama

Hanna: - Już w Kortowie sobie jakoś życie ułożyłam. Mieszkałam w akademiku, tańczyłam w zespole, liczono się ze mną, dobrze mi szło w nauce. Raptem matka pisze list: ratuj dom jedynej swojej siostry! Wyjdź za mąż za kogokolwiek, wtedy zameldujemy was jako drugą rodzinę w willi, bo nam ją odbiorą. Miałam serdecznego przyjaciela, którego rodzina pochodziła z dworu na Wileńszczyźnie. Był asystentem w zakładzie pszczelarstwa, starszy ode mnie o siedem lat. Poprosiłam i wzięliśmy ślub cywilny w Olsztynie. Chyba w 1953 roku zostałam żoną Mieczysława. Dla naszych rodzin, zwłaszcza tych z dworu, religijnych, ślub cywilny bez kościelnego nic nie znaczył. Na uczelni trzymaliśmy to w tajemnicy. Umowa między nami była taka, że to nie będzie normalne małżeństwo w żadnym aspekcie, tylko na papierze. Przesłałam mamie akt ślubu i władze się od willi odczepiły. Zabrały nam park i tam wybudowały przedszkole.

Mieczysław przyjął w czasie wojny pseudonim "Minus", zmniejszał liczebność Niemców na Wileńszczyźnie w zgrupowaniu "Baza-Miód" Kedywu Armii Krajowej. Zachowało się zdjęcie wysokiego, przystojnego partyzanta w bryczesach z lipca 1944 roku. Inny miód, prawdziwy, staje się jego pasją po wojnie, Mieczysław zostaje zawodowym pszczelarzem. Niestety dla niego małżeństwo nie jest papierowe.

Hanna: - Pilnował mnie bez przerwy, był zazdrosny. Mieszkałyśmy z koleżankami w akademiku, było nas dużo, więc wystawiałyśmy buty za drzwi. On przychodził rano i moje buty czyścił. Pośmiewisko gotowe. Jego brat ciągle mi dawał prezenty, bursztyny. Miał chyba na imię Zygmunt. Ich matka uparła się, że mam zostawić dom akademicki i mieszkać u nich w domu, bo Mietek potrzebuje zdrowej żony. Kategorycznie odmówiłam. Tańczyłam w zespole, w niedziele razem z kolegami jeździliśmy na Mazury, lasy, jeziora, żaglówki to był mój żywioł, a on mnie za rączkę, do kościoła, a potem do mamusi na obiad. Nie zgodziłam się. Męczyłam się z tym chyba cztery lata, w końcu się rozwiedliśmy. Byłam za młoda, żeby wychodzić za mąż. Zostałam użyta jako narzędzie, żeby ratować dom. Najpierw miał pszczoły koło zoo w Warszawie, potem wielkie ogrodnictwo, ożenił się. Prawie pięćdziesiąt lat później, gdy byłam posłanką, odważyłam się z koleżanką go odwiedzić. Przyjął mnie dobrze. Dał mi kosz malin do Sejmu. Był głuchy na jedno ucho, miał wielką tubę i sobie przykładał. Jego rodzina zawiadomiła mnie o śmierci. Wiem, że jest pochowany na Powązkach. Wygląda na to, że zniszczyłam mu życie, a to był dobry, opiekuńczy człowiek. Pomógł mi z rozwodem, gdy był potrzebny do ślubu z Bernardem.

- Z Antonim - poprawiam.

Hanna: - Nie. Z Bernardem, drugim mężem. Z nim miałam prawdziwy, kościelny ślub w Gorlicach. Kościół cały w kwiatach, mnóstwo gości, on jak lalka, piękny, przystojny. Taka sceneria, że całe życie się to może śnić.

Jaka jest historia drugiego męża Hanny Gucwińskiej - czytaj na następnej stronie >>>

Po długich miesiącach poszukiwań odnajduję Bernarda w Gdyni, ma osiemdziesiąt dziewięć lat i nie chce wspominać żony sprzed lat ponad sześćdziesięciu. Potwierdza, że był ślub, że dla Hanny zawsze ważniejsze były zwierzęta niż ludzie. Od byłej teściowej wie, że od niemowlęctwa przynosiła robaki do domu i się nimi bawiła. Nie życzy sobie występowania w tej historii pod nazwiskiem.

Historia w księdze parafialnej parafii Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Gorlicach zajmuje dwie linijki. Hanna Jurczak bierze tu ślub z Bernardem 23 września 1957 roku. Poniżej mniejszymi literami zdanie, że sąd biskupi stwierdził nieważność tego ślubu 28 lutego 1962 roku.

Hanna: - Bernard studiował na Wydziale Rybołówstwa, najbardziej elitarnym w Wyższej Szkole Rolniczej w Olsztynie. Przystojny nieprzytomnie; byliśmy najpiękniejszą parą na uczelni. Zatrudniłam się w zoo w kwietniu 1957 roku jeszcze jako jego narzeczona, ale potem zdecydowaliśmy się na ślub. Dlaczego? Na samym końcu studiów opanowuje cię lęk: co dalej?

Hanna po ośmiu miesiącach rezygnuje z pracy w zoo i wraca do męża do Olsztyna. Dyrektorowi Łukaszewiczowi jako powód zwolnienia podaje brak mieszkania. Ma dość spania kątem u ciotek na Jęczmiennej lub w wynajętym mieszkaniu przy ulicy Kotsisa. W pierwszym jest ciasno, z drugiego ucieka oknem z powodu pijackich imprez współlokatorów. Wraca na uczelnię dokończyć magisterkę.

Hanna: - Przyjechałam za późno, kazali czekać rok, czyli do 1959. Po kilku tygodniach Antek przysyła list: wracaj do Wrocławia, zoo dało nam służbowe mieszkanie. Ciągnęło mnie do zwierząt. Coś takiego w głowie siedziało, że musiałam.

Służbowe mieszkanie jest właściwie służbowym gospodarstwem rolnym.

Antoni: - To było gospodarstwo należące do zoo, uprawiano tam warzywa i owoce dla zwierząt. W środku był ogród ze stawem, stajnia i dom. Ja dostałem pokój na górze, a młode małżeństwo Hanna i Bernard - dwa pokoje na parterze i kuchnię. Jak na zrujnowany Wrocław to był luksus. Znałem Bernarda, to bardzo fajny facet, pomagałem im nawet tapczan wnieść.

Bernard zostawia Hannę, wraca na studia do Olsztyna. Staje się mężem dojeżdżającym. Hanna twierdzi, że raz w tygodniu, Antoni, że raz w miesiącu. To Antoni jest z nią w pracy i w pokoju obok. Hanna jest niepraktyczna jak dziecko, nie nosi torebki, wydaje cały rulon pieniędzy z pensji w jeden dzień na wrocławskim Rynku, nie myśląc, że trzeba za to przeżyć miesiąc. Antoni proponuje jej kupno za wspólne pieniądze pralki, potem mebli. Po kilku tygodniach przenosi się do jednego wolnego pokoju na parter, bo stoi pusty.

Hanna: - Za moją zgodą i niezgodą mojego męża. Pokoje były połączone drzwiami, więc mu się to bardzo nie podobało, ale tego jasno nie wyraził. Zajęty był sobą. Każdy młody człowiek jest zajęty sobą. Nie miałam pretensji, ale on nie uznawał zwierząt, nie uznawał Wrocławia. Uważał moją pracę w zoo za kaprys, nic poważnego. Bernard to był świetny facet, ale po prostu nam nie wyszło.

Hannie w lutym udaje się przeprowadzić przed sądem biskupim stwierdzenie nieważności małżeństwa. Bernard nie robi problemów, interesuje go inny gatunek zwierząt i ludzi niż Hannę. Formalnie Państwo Gucwińscy powstają w 1962 roku, choć widzą się już wtedy od czterech lat każdego dnia od rana do nocy, w domu i w pracy.

Dyrektor zoo Karol Łukaszewicz pyta ich: "Po co to wam?". Nie pamiętają, jak mu odpowiedzieli.

Antoni: - Myśmy już byli za starzy na zakochanie. To było małżeństwo z przyzwyczajenia. Poza tym byliśmy już "przejrzali", mieliśmy po trzydzieści lat. Wtedy ludzie się tak późno nie pobierali. Byliśmy w tej samej sytuacji, z tymi samymi kłopotami. Bez rodziny, bez własnego mieszkania, właściwie bez pieniędzy, bo pensje były byle jakie.

Hanna: - Miłość dla mnie wtedy nie istniała. To nie była też sprawa podobania się, tylko przyjaźni i pewności, że nic mi nie grozi. Antoni mi to dawał. Dzieci, które w pewnym okresie tracą ojca, zwłaszcza w takim okresie jak ja, nie są normalnymi dziećmi. Czuje się taki straszny brak przyjaźni, że człowiek w zasadzie nie bardzo siebie kontroluje. Rozpaczliwie szuka kogoś bliskiego, ale prawdziwie bliskiego, a nie udającego. Właśnie zwierzęta też to dają, bo nie potrafią udawać.

W tajemnicy przed rodzinami ślub cywilny biorą w maju 1962 roku, świadkami są koledzy.

Antoni: - Skonani poszliśmy 6 maja do Urzędu Stanu Cywilnego, bo dzień wcześniej goniliśmy poranionego jelenia na działkach w Krzykach. Nawet chleba nie zdążyliśmy kupić. Wypiliśmy trochę ajerkoniaku w butelce i tyle.

Ślub kościelny jest w Nowym Sączu, w mieście rodzinnym Antoniego. 29 czerwca, specjalnie w imieniny Piotra i Pawła, żeby uczcić Piotra Jurczaka, ojca Hanny.

Hanna: - Wesela nie było, tylko spotkanie rodzinne bez kropli alkoholu. Poszliśmy do kościoła, wybuchła awantura, bo swojego księdza przywieźliśmy. Nasz przyjaciel, jezuita ojciec Józef Oleksy, uparł się, że da nam ślub, i dał.

Fragment książki "Państwo Gucwińscy. Zwierzęta i ich ludzie", Marek Górlikowski. Wydawnictwo Znak. Premiera: 2 czerwca 2021r.

Fragment książki
Dowiedz się więcej na temat: Hanna i Antoni Gucwińscy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje