Reklama

Reklama

Pokazali mi, jak żyć

Wisława Szymborska nauczyła ją dystansu do świata, Władysław Bartoszewski, żeby do końca żyć na pełnych obrotach. Zbigniew Brzeziński pokazał, że rodzina jest tak samo ważna jak kariera w Białym Domu. Katarzyna Kolenda-Zaleska z wybitnymi Polakami rozmawiała nie tylko przed kamerami.

Otwierali przed nią domy, spotykała ich prywatnie. Co zmieniły w niej te rozmowy?

W telewizji cały czas coś się dzieje, więc do ostatniej chwili nie wiem, o której się spotkamy. Katarzyna Kolenda-Zaleska przyznaje, że w tym tempie trudno zaplanować zwykłe rzeczy: kino, spotkanie z przyjaciółmi. Ale nie żałuje, że praca jest jej pasją. "Mistrzowie, których spotkałam, dali mi alibi, bo powtarzali, że zawód musi fascynować", wyznaje. A ona inaczej nie potrafi.

Twój STYL: Jest pani uzależniona od pracy?

Katarzyna Kolenda-Zaleska: - Ja ją uwielbiam. Znajomi się dziwią, że jadę na wakacje z tabletem: "Będziesz sprawdzać, co się dzieje? Żyć newsami?". A dlaczego mam tego nie robić? Interesuje mnie, co się stanie z brexitem. Właśnie na urlopie mam czas, by się rozwijać, czytać ważne książki. Nie byłam szczęśliwa, gdy ówczesna premier wymieniła pół rządu, a ja nie mogłam być na miejscu, bo spędzałam czas na Sycylii.
 W zeszłym roku, gdy wybuchły protesty pod sądami, miałam jechać z koleżankami do Włoch. Skróciłam urlop o trzy dni. Córka i mąż pukali się w głowę, ale mnie znają. Wiedzą, że gdy stanie się coś ważnego, a ja mam wolne, pytam w redakcji, czy nie jestem potrzebna.

Reklama

Zwykły dzień w sejmie też panią ekscytuje?

- Ekscytują mnie nawet normalne obrady sejmu, choć one od trzech lat nie są normalne. W pracy boję się rutyny. Kilka lat temu byłam lekko znudzona zawodem. Niewiele się działo, byliśmy już w NATO, w Unii Europejskiej, o nic nie walczyliśmy. Wiedziałam, co który polityk odpowie na moje pytania. Dlatego zaczęłam robić filmy. Tak poznałam Zbigniewa Brzezińskiego.

W filmie Strateg pokazała pani jego prywatną stronę. Jak udało się pani rozbroić człowieka o opinii surowego, niedostępnego, który nie wpuszcza mediów do swojego świata?

- Profesor sprawiał wrażenie groźnego nauczyciela, przed którym człowiek umiera ze strachu. Długo namawiałam go na film, pomagał mi ambasador Jerzy Koźmiński. Gdy się zgodził, na wstępie zaznaczył, że jeśli pytania będą długie, odpowie "tak" lub "nie". Zbił mnie tym z tropu. Bałam się, że powiem coś niewłaściwego. Pomogło to, że w szkole byłam pilna. Przestudiowałam tony materiałów w archiwach polskich, amerykańskich i profesor docenił moją pracę.

Podczas rozmowy mówiłam: "O 5.45 zadzwonił do pana telefon z Białego Domu, że jest potencjalny atak nuklearny.
 - O której? - zapytał zaintrygowany. Sprawdził w notatkach. - No rzeczywiście". Powoli się odsłaniał. Kiedy zobaczył jeszcze niegotowy film, miał łzy w oczach. Wzruszył się tym, jak dzieci o nim mówiły. Z czasem okazało się, że w prywatnych relacjach jest inny. Polubiliśmy się. Gdy leciałam do Stanów nagrać czyjąś wypowiedź, umawialiśmy się na lunch. Szliśmy spacerem przez Waszyngton, opowiadał mi o rodzinie, a ja byłam dumna.

Co w pani zostawiły te spotkania?

- Miał swoje życie, kochał pracę, ale rodzina była dla niego nieprawdopodobnie ważna. Żona i dzieciaki. Wyskakiwał z Białego Domu, jeśli akurat był mecz syna. Pokazał mi, że nawet robiąc tak wielką karierę jak on, można zachować równowagę, bo na tym polega spełnione życie.

Mężczyźnie jest łatwiej.

- Brzeziński wyznał mi, że gdyby prezydent Carter ponownie wygrał wybory, on byłby jego doradcą jeszcze tylko przez dwa lata, a nie przez cztery. Taką mieli umowę z żoną. Ona zawiesiła dla niego karierę, ale tylko na pewien czas. Później miała wrócić do życia zawodowego, a Brzeziński zająć się czymś mniej wymagającym.

Postępowe, biorąc pod uwagę, że mówimy o przełomie lat 70. i 80.

- Stworzyli partnerski związek, w którym ambicje zawodowe każdego z nich były ważne, i taki wzór dali dzieciom. Zawsze powtarzali im, że praca musi być pasją, czymś więcej niż zarabianiem pieniędzy. Każde z dzieci Brzezińskiego zrobiło karierę.

Pani córka nigdy nie miała pretensji, że pracuje pani za dużo?

- Nigdy tego od niej nie usłyszałam.

Czyli była dumna?

- Myślę, że tak. Nie gotowałam obiadów, ale wiedziała, że jeśli coś się dzieje, jestem na każde wezwanie. Pamiętam sytuacje, gdy byłam jej potrzebna, bo przeżywała sercowe dramaty, a jednocześnie musiałam być w pracy. Brałam ją do telewizji. Byłyśmy razem. Wiele momentów z mojej pracy, ważnych dla Polski i dla jej pokolenia, przeżywała ze mną.

Nie chciała iść w pani ślady?

- Jestem dumna, że kieruje się swoją pasją. Skończyła prawo, dostała się na aplikację. Mogła wybrać dobrze płatny etat w kancelarii, a zdecydowała się na posadę mniej opłacalną, ale zgodną z zainteresowaniami, czyli prawem karnym.

Czytałam, że pani rozważała zmianę zawodu.

- Tak naprawdę nie rozważałam, ale gdy pojawiła się propozycja biznesowa, trzeba było się do niej odnieść. Szybko zdałam sobie sprawę, że nie dałabym rady bez emocji, których dostarcza mój zawód. I szansy bycia w centrum wydarzeń. Chciałam być szczęśliwa, a bez dziennikarstwa bym nie była.

Przez lata relacjonowała pani dla telewizji papieskie pielgrzymki. To prawda, że papież każdego, z kim rozmawiał, traktował wyjątkowo?

- Rozmawialiśmy raz i właśnie tak tę rozmowę zapamiętałam. W sali było mnóstwo ludzi, a papież rozmawiał ze mną tak, jakbym była najważniejsza. Był szczerze skupiony na rozmówcy. Zresztą nadał sensowny wymiar naszej rozmowie, bo ja natchniona i przejęta wydukałam naiwnie: "Ojciec Święty na pewno ma miłe wspomnienia z Krakowa". Odpowiedział: "Miłe, owszem, ale przecież ja tu przeżyłem wojnę".

Była pani też blisko z Wisławą Szymborską, Władysławem Bartoszewskim. Jak bardzo te relacje wpłynęły na to, kim jest pani teraz?

- Każda z tych osób była dla mnie punktem odniesienia w innej sferze. Bartoszewski w polityce i podejściu do spraw zawodowych, Szymborska w życiu prywatnym.

Mogła pani do niej zadzwonić w trudnych chwilach?

- Wisława nie należała do osób, które się zwierzały, dzieliły trudnymi sprawami, i nie oczekiwała, że inni będą to robić. Ból czy smutek wolała pokazywać w wierszach albo przeżywać w samotności. Nauczyła mnie, że są obszary, które warto zachować dla siebie, nie epatować nimi. Przeżyć je i wyciągnąć wnioski. To ważne zwłaszcza w dzisiejszym świecie, w którym przestaje istnieć tabu. Gdy kręciliśmy film Chwilami życie bywa znośne, po południu mówiła, że idzie się położyć. Myślę jednak, że chciała pobyć sama. Dotąd spotykałam ludzi, którzy zabiegali o bycie zauważonymi, a Wisława była inna, delikatna, męczyło ją zainteresowanie.

Po odebraniu od prezydenta Orderu Orła Białego na Wawelu zostaliśmy zaproszeni do Sukiennic na przyjęcie na jej cześć. Powiedziała: "Nie pójdziemy, zapraszam was na kolację". Poszliśmy we czwórkę z Michałem Rusinkiem i moim operatorem Witkiem do włoskiej knajpki obok Sukiennic. Gdy na Sycylii czytała publicznie wiersz Miłość od pierwszego wejrzenia, zobaczyłam w jej oczach łzy. Odchyliła głowę, bo nie chciała, by ludzie to zauważyli. "Wzruszyłaś się", powiedziałam. Przytaknęła. To była nasza rozmowa o miłości.

A kiedy pani poczuła, że jest między wami więź?

- Poznałyśmy się na Sycylii, dokąd pojechałam zrobić o niej materiał. Późno, czym obie byłyśmy zdziwione, bo przecież pochodzimy z Krakowa, mieszkałyśmy niedaleko siebie, robiłyśmy zakupy na tym samym placu. Poznawałyśmy się głównie na papierosie. Szybko między nami zaskoczyło. Miałyśmy to samo poczucie humoru, widzenie świata. Mówię to z pokorą, bo Wisława miała wielu przyjaciół i nie chcę się stawiać w tym gronie, ale wiem, że nasza relacja była dla niej ciekawa. Wnosiłam w jej życie coś innego, interesowała ją polityka.

Gdy przyjeżdżałam do Krakowa, zapraszała mnie na kolacje, loteryjki, kawkę na dziesiątą rano, tyle że oprócz kawki były jej ulubione kabanosy z łososia i calvados. Dzwoniłam, gdy coś się działo w sferze publicznej, i byłam ciekawa jej zdania. Albo z jakąś banalną sprawą, na przykład gdy chciałam, żeby mi poleciła serial. Kiedyś powiedziała: "Nie spałam całą noc, bo oglądałam Tudorów".

Czym jeszcze panią zaskoczyła?

- Zadzwoniła kiedyś: "Kasiu, czy mogłabyś przysłać kamerę na jedno wydarzenie?". Myślałam, że spadnę z krzesła. Szymborska nie znosiła kamer. Gdy robiłam o niej film, nie zgadzała się mówić do kamery, musiałam szukać innych rozwiązań. Ale wtedy okazało się, że chciała uwiecznić malarstwo zapomnianej Marii Jaremianki, pierwszej żony Kornela Filipowicza, z którym Szymborska była wiele lat. Walczyła o pamięć pierwszej żony ukochanego mężczyzny i to było wyjątkowe. Zaskoczyła mnie też tym, że spacerując po nieznanych miastach, zwracała uwagę na detale. Zwykle podziwiamy zabytki, a Wisława patrzyła, jakie nazwiska widnieją na domach. Zwyczajność rozbudzała jej wyobraźnię. Snuła potem opowieści o ich właścicielach.

Szliśmy ulicą w Bolonii i nagle zauważyła na sklepiku maciupeńki napis: "pupa straci", bardzo ją to rozbawiło. W muzeach wybierała trzy, cztery obrazy, zatrzymywała się przed nimi i mówiła, że zamyka je pod powiekami. Wzięłam to od niej. Gdy dokądś jadę, wybieram, co chcę zobaczyć. Nauczyła mnie uważności. I tego, żeby więcej słuchać, a mniej gadać. Gdy we Włoszech zaproponowałam jej szybką kawę, powiedziała: "O nie, nie ma szybkich kaw, kawą trzeba się delektować". Niespiesznie. Moja praca sprawia, że ciągle pędzę, ale staram się pić niespieszne kawy z przyjaciółmi i pielęgnować takie momenty. Celebruję krakowskie i warszawskie przyjaźnie. Jeszcze te z liceum. W ostatnim tomiku Szymborska pisała, że żyjemy dłużej, ale krótszymi zdaniami. To było życie, przed którym przestrzegała.

Władysław Bartoszewski był przeciwieństwem niespieszności Wisławy Szymborskiej.

- Kiedyś do niego zadzwoniłam i zaproponowałam wywiad. Powiedział: "Kasiu, tylko sprawdzę kalendarz. Jestem w Słupsku, zaraz jadę do Poznania, rano będę w Berlinie, wieczorem wracam przez Monachium do Opola, potem Kraków, o i Warszawa, tu się spotkamy". Zastanawiałam się, skąd profesor ma tyle energii. Ale to mnie motywowało. Kiedy byłam przytłoczona zadaniami, myślałam: "profesor dałby radę, więc ja też".

Nie wiem, jak to się stało, że się polubiliśmy. Mówił, że to przez krakowskie korzenie. "Ale panie profesorze, pan przecież nie ma krakowskich korzeni", powiedziałam. Bartoszewski na to: "Nie musiałem się tam urodzić, tak jak pani. Tu chodzi o pewien wspólny krakowski kod myślenia. I ja to z panią mam". Przysyłał mi pocztówki z wakacji. Mam też jego listy. Kiedyś dostałam kopertę, w środku była żółta karteczka z naklejonym serduszkiem i podpisem: "Bardzo dobra rozmowa, Pani Kasiu, bardzo Pani dziękuję". Był wtedy ministrem u Tuska.

A o czym rozmawiała pani z profesorem, kiedy kamera nie patrzyła?

- O polityce albo o jego wspomnieniach. Profesor był gadułą, wystarczyło rzucić temat. Przed premierą Katynia Andrzej Wajda zorganizował pokaz dla znajomych. Poproszono mnie, bym przywiozła profesora. Gdy po seansie odwoziłam go z moją córką do domu, opowiadał o swoich doświadczeniach z Auschwitz. Siedziałam ze ściśniętym gardłem, nie odezwałam się całą drogę. Był jednym z ostatnich świadków historii i zdawał sobie sprawę z misji opowiadania o swojej biografii również ku przestrodze, dla przyszłych pokoleń. Niezwykłe było jeszcze coś innego. Był dziennikarzem, publicystą, naukowcem i nagle w wieku siedemdziesięciu kilku lat dostał nowe życie, został dyplomatą. To przykład, że zawsze można zacząć coś nowego. Wszyscy moi mistrzowie mieli cechę wspólną: życie fascynowało ich do końca, byli go ciekawi.

Zbigniew Brzeziński, gdy go zapytałam, czy wybiera się na emeryturę, powiedział stanowczo: "Nigdy". Jego żona, rzeźbiarka, odpowiedziała to samo. Dziś Emilie ma 89 lat i rzeźbi w wielkich konarach drzew piłą pneumatyczną. To jej pasja. Ludzie, których nazywam autorytetami, dali mi usprawiedliwienie, by pracować intensywnie. Zresztą moi rodzice również.

Mama była fizykiem, tato profesorem matematyki i energetyki.

-  I pasjonatem swojej pracy. Gdy wyjeżdżaliśmy na wakacje, na plaży często coś liczył. Tak jest do dziś. Ma 82 lata i jest aktywny. Niedawno siedzieliśmy przy niedzielnym śniadaniu, a nie mamy ich zbyt dużo, bo rodzice mieszkają w Krakowie, i nagle ojcu coś wpada do głowy, zaczyna notować i jest w swoim świecie. Rodzice nauczyli mnie, co jest ważne. Byłam dziewczynką, gdy zaczęła się Solidarność.

Mama zaangażowała się w działalność opozycyjną na UJ, tata na AGH, potem dostał kontrakt w Meksyku. Miałyśmy do niego dojechać, ale długo nie dawali nam paszportów. Dołączyłyśmy półtora roku później. Pamiętam, że chodziłam po Mexico City z plakietką Solidarności. Wybrałam się z nią do polskiej ambasady, gdzie miałyśmy z mamą przedłużyć paszporty. Konsul nas wyprosił. Mama na drugi dzień poszła sama. Gdy w 1989 roku studiowałam polonistykę oraz wiedzę o teatrze, zaczął się okrągły stół, powstawały komitety wyborcze i już straciłam głowę do nauki. Tato był szefem jednego z komitetów obywatelskich w Krakowie, a ja jeździłam z kandydatami po wioskach, robiłam kampanię i zawaliłam rok studiów.

Chyba była pani skazana na dziennikarstwo polityczne.

- Jako dziewczyna nabożnie przechodziłam obok redakcji "Tygodnika Powszechnego", który był gazetą moich rodziców. Wiele lat później udało mi się poznać Jerzego Turowicza. W redakcji wrzało, każdy krzyczał, a on stał z boku, słuchał, jedną celną uwagą potrafił nadać ton dyskusji. Uczył mnie wyważenia i dystansu. Podobnie Teresa Torańska, z którą kolegowałyśmy się, gdy byłam już reporterką telewizyjną. Spotkałyśmy się kiedyś przy winie, a ona dawała mi rady: "Nigdy nie przerywaj rozmówcy, słuchaj uważnie, wyciągaj wnioski". Ryszard Kapuściński powiedział mi raz w Rzymie: "Jeśli chcesz napisać jedną książkę, musisz przeczytać sto". On i Turowicz nauczyli mnie rzetelnie się przygotowywać.

Dziś brakuje pani mistrzów?

- Żadnego z nich już z nami nie ma, więc pustka bywa dojmująca. Rozmawiam z panią dzień po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.
 W takich chwilach brak mi ich rozsądnego, dającego nadzieję głosu. Ikon, do których możemy się odwołać, jest coraz mniej. Trochę mnie to przeraża, bo świat bez autorytetów wychowuje ludzi bez wartości. Zastanawiałam się niedawno, kogo dziś możemy słuchać, w kogo się wpatrzeć, i do głowy przyszli mi profesor Norman Davies, Timothy Snyder, ale to nie są Polacy.

A gdyby zejść z wysokiego C i poszukać ich wokół nas?

- Podoba mi się zaangażowanie Anji Rubik w uświadamianie seksualne młodzieży. Imponuje mi Maja Ostaszewska i to, jak walczy o ekologię. Przecież mogłyby tylko odcinać kupony od popularności, a jednak potrafią zagospodarować sławę dla dobrych celów i przekazywać ważne treści. A po Bartoszewskim, Brzezińskim czy Szymborskiej na szczęście zostało nam to, co napisali. Książki, wiersze, wspomnienia ich bliskich. I najważniejsze: instrukcja, jak żyć.

Rozmawiała Natalia Kuc

Twój STYL 3/2019

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama