Reklama

Reklama

Przełęcz Diatłowa: Tragiczna i tajemnicza śmierć studentów

Zima, 1959 roku. Dziesięciu studentów z Jakaterynburga wyrusza w góry północnego Uralu z zamiarem zdobycia góry Otorten (w ludowym języku Mansów "Nie idź tam"), mierzącej 1234 metry nad poziomem morza. Są młodzi, zdeterminowani i przygotowani fizycznie. Wydawałoby się, że przy odrobinie szczęścia dotrą do celu bez uszczerbku na zdrowiu. Ich los potoczył się jednak zupełnie inaczej, a wyprawę Diatłowa do dziś uznaje się za jedną z najbardziej zagadkowych tragedii w historii ZSRR.

Grupa studentów wyruszyła z Iwdiel na północnym Uralu 23 stycznia. Przewodził jej 23-letni Igor Diatłow, którego imieniem została nazwana feralna przełęcz. Każdy z nich był już doświadczonym narciarzem i turystą górskimi, mającym na swoim koncie niejedną wspinaczkę oraz, co ciekawe, udział w podobnych ekspedycjach.

Młodym poszukiwaczom przygód towarzyszył starszy, doświadczony przewodnik górski, Semjon Zołotarew. Ekipa skierowała się wieczorem następnego dnia do opuszczonego osiedla Siewiernyj Rudnik-2. Po spędzonej w obozie nocy z powodu zapalenia stawów od grupy odłączył się Jurij Judin. Uniemożliwiająca mu kontynuowanie podróży dolegliwość uchroniła go przed straszliwą śmiercią. Judin ocalał jako jedyny z całej ekspedycji.  

Reklama

Reszta grupy kontynuowała przeprawę przez pokryty grubą warstwą śniegu teren. Mimo odpowiedniego ekwipunku i sprawności, z jaką poruszali się na nartach, szybko natrafili na pierwsze przeszkody. Sytuacji nie ułatwiała zmieniająca się diametralnie pogoda.

Gęsto padający śnieg zdecydowanie pogorszył widoczność, a porywisty wiatr przyczynił się do tego, że grupa zboczyła ze szlaku. Studenci oddalili się od rzeki Auspii, ale po śladach pozostawionych przez myśliwych udało się im dotrzeć do granicy lasu. Tam w małym schronie zostawili zapasy żywności na drogę powrotną.

Wieczorem 1 lutego dotarli na zbocze Góry Nieboszczyków, zwanej również Chołatczachl, której początkowo w planach ekspedycji nie było. Nieopodal bezimiennej przełęczy rozbili obóz, chcąc przeczekać śnieżną zamieć. Gdy nastał poranek, wszyscy już nie żyli.

Długie poszukiwania i pierwsze wnioski

15 lutego minął termin powrotu ekspedycji do bazy, dlatego zaniepokojeni przyjaciele studentów zorganizowali akcję ratunkową. Ta przerosła jednak ich możliwości. Tydzień od jej rozpoczęcia operację poszukiwania młodych podróżników rozpoczęło wojsko.

Po niespełna dwóch tygodniach odnaleźli pusty, rozcięty z boku i przysypany śniegiem namiot oraz trzy zamarznięte ciała. Pozostawione w okolicy namiotu ślady urywały się w pewnym momencie, a ratownicy nie mogli stwierdzić, ile osób dokładnie je pozostawiło.

Dotarli jednak na skraj lasu, gdzie znaleźli dwa kolejne ciała leżące niedaleko miejsca, w którym studenci rozpalali ognisko. Według opisu nieszczęśnicy wybiegli z namiotu ubrani jedynie w nocną bieliznę, a gałęzie sosny, pod którą leżały zwłoki były połamane i mogły wskazywać na próbę wspinania się na drzewo w trakcie ucieczki lub obserwacji obozowiska przez potencjalnego mordercę.

Znaleziono również ślady krwi i wyszarpanych tkanek ciała. Do tej pory nie wyjaśniono, dlaczego studenci ścięli aż 20 choinek i wyłożyli nimi znajdujący się nieopodal kilkumetrowy jar. Poszukiwania kolejnych uczestników trwały znacznie dłużej, bo aż do maja. Topniejące wówczas śniegi doprowadziły ekipę ratunkową do owej doliny rzecznej, w której znaleziono kolejne trupy.

"Jeden człowiek był w butach, pozostali w skarpetkach lub boso" - tak brzmiał telegram wysłany z miejsca tragedii. Ratownikom udało się ustalić, że studenci musieli się czegoś przestraszyć. Wybiegli bowiem z rozciętego nożem namiotu półnadzy, w niekompletnych strojach.

Biorąc pod uwagę przeraźliwie niskie temperatury, jakie wówczas panowały na górze Chołatczachl, wyjście z obozowiska bez odpowiedniego ubioru wiązało się z pewną śmiercią. Przyczyną zgonu pierwszej piątki okazała się właśnie hipotermia, czyli wychłodzenie organizmu. Ratowników przeraził widok zwłok.

Zeznawali, że ofiary miały niemal pomarańczową skórę, na ich ciałach znajdowały się liczne rany, a twarze pokrywała odrażająca wydzielina z nosa i gardła. U niektórych martwych studentów znaleziono na kończynach ślady poparzeń. Najwięcej trudności sprawiło specjalistom ustalenie przyczyny śmierci pozostałych czterech osób. Każda z nich miała na sobie ciepłe ubrania, zabrane prawdopodobnie z ciał współtowarzyszy. Zwłoki znalezionych w jarze studentów były jednak mocno poturbowane. Ich klatki piersiowe były zmiażdżone, a czaszki strzaskane.

Mnożące się teorie spiskowe

Mimo, że od tej przerażającej tragedii mięło ponad sześćdziesiąt lat, wciąż nie wiadomo, co wydarzyło się na stokach Góry Nieboszczyków. Oficjalne wyjaśnienia nie odpowiadały na liczne pytania żądnych sprawiedliwości osób, które zaczęły dochodzić do rozwiązania zagadki przyczyny śmierci studentów na własną rękę.

Niektórzy za sprawców uważali rdzennych mieszkańców tamtych terenów - Mansów. Ten syberyjski naród zamieszkuje ziemie między Uralem a rzeką Obi. Zwolennicy owej teorii twierdzili, że Mansowie wzięli członków ekspedycji za intruzów, którzy bezprawnie wkroczyli na ich tereny. Koncepcję obalono jednak dość szybko, wskazując na brak śladów walki w obozowiskach i niepasujących do tych okoliczności obrażeń, które wykryto u ofiar.

Znalezione w pobliżu namiotu kawałki onucy, noszone najczęściej przez radzieckich żołnierzy, dały początek najgłośniejszej teorii spiskowej wokół tragedii na Przełęczy Diatłowa.

Zdaniem jej zwolenników, na których czele stały głównie rodziny ofiar, podróżnicy weszli na teren wojska, na której prowadzono testy nad nową bronią. Co ciekawe, niedaleko miejsca, gdzie leżały ciała studentów, znaleziono fragmenty bliżej niezidentyfikowanych urządzeń.

Mieszkańcy wiosek znajdujących się najbliżej Góry Nieboszczyków zeznali, że w nieszczęsną noc widzieli nad niebem łunę oraz żarzące się bladym światłem kule. Szybko wysnuto wniosek, że miało to związek z wybuchami, które prawdopodobnie wystraszyły studentów i mogły być bezpośrednią przyczyną ich śmierci.

Wojsko stanowczo zaprzeczało doniesieniom, jakoby było odpowiedzialne za śmierć młodych podróżników. Po latach od feralnego zdarzenia na przełęczy prokurator badający sprawę wyznał, że nie przedstawił rodzinom ofiar szczegółowych informacji dotyczących stanu zwłok oraz wyglądu obozowiska.

Zatajono również fakt o przebadaniu odzieży i ciał studentów na obecność promieniowania, na co wskazywał pomarańczowy kolor skóry oraz ich zegarki, które zatrzymały się w półgodzinnych odstępach. U dwóch ofiar potwierdzono przewyższający normę poziom radioaktywności. Podejrzeń o wojskową interwencję w obozie studentów nie zaniechano więc tak, jak wydarzyło się to w przypadku Mansów.

Wznowienie dochodzenia

- Musimy wznowić sprawę, ponownie przesłuchać świadków oraz krewnych. Tylko komisja śledcza może się podjąć tego zadania - zapowiedział Jurij Kuncewicz, dyrektor fundacji "Pamięci Grupy Diatłowa". Przyznał, że ma zastrzeżenia co do wniosków wysnutych i opisanych przez prokuratora generalnego w konkluzji dramatycznej sprawy.

Wynika z nich, że turyści usłyszeli huk dochodzący z gór, zdając sobie jednocześnie sprawę ze schodzącej w ich stronę lawiny. Wpadli w panikę. Przecięli namiot, ponieważ byli przekonani, że ten jest już zasypany przez śnieg i wybiegli z niego czym prędzej.

Prokurator nie wyjaśnił jednak, dlaczego na miejscu zdarzenia nie znaleziono śladów zejścia lawiny. W dochodzeniu pominięto również doświadczenie ekspedycyjne studentów, którzy rozbili obóz w bezpiecznym, osłoniętym miejscu o niewielkim nachyleniu. Wciąż pozostaje pytanie, dlaczego część podróżników po śmierci towarzyszy udała się w głąb lasu, zamiast wrócić do obozu.

Kuncewicz wskazuje, że uczestnicy ekspedycji doznali obrażeń, które wskazują nie tyle na działanie lawiny, ile sprawkę człowieka.

- Uczestnicy zapewne ponieśli rany w wyniku przestępstwa lub podczas zdarzenia antropogenicznego. Lawina nie przyczyniła się bezpośrednio do ich śmierci - tłumaczy. Kilka lat temu szef funduszu pamięci grupy Diatłowa przyznał, że natrafił na dokumenty pochodzące z archiwum byłego śledczego Władimira Korotajewa, które rzuciły nowe światło na sprawę. Z notatek wynika, że władze wiedziały o śmierci studentów znacznie wcześniej, choć oficjalne poszukiwania wszczęto 20 lutego.

- Prokuratura musiała zdawać sobie sprawę z tego nieszczęścia, zanim ratownicy ruszyli na poszukiwania. To może oznaczać, że na przełęczy wykonywano jakieś operacje wojskowe. Mieli aż miesiąc, aby ukryć ślady - wyjaśnia Kuncewicz. 

Zobacz więcej! 

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje